niedziela, 3 marca 2013

Spadkobiercy (2011)


The Descendants (2011) – mimo, że akcja filmu osadzona jest na Hawajach ciężko tu szukać lekkiego wakacyjnego klimatu, pięknych widoków, drinków z palemką. Spadkobiercy to obraz z założenia surowy, gdzie losy bohaterów często rozmijają się z szczęściem, a małżeństwo, rodzicielstwo to droga z mnóstwem zakrętów, pułapek i dziur, które ciężko załatać.
Pomimo, że obraz bywa schematyczny i posiada oczywiste rozwiązaniami potrafi zatrzymać widza przed ekranem i pozostać na chwilę w pamięci. Raz, że historia jest odpowiednio wyważona, twórcy nie przeginają w żadną z stron, idealnie manewrują między chwilami beztroski, a gorzką prawdą codzienności. Dwa, że Clooney w roli jaką przyszło mu zagrać wypadł wyśmienicie. Aktor daje się lubić, od pierwszej sceny sprawia, że chce się mu kibicować i przeżywać jego frustracje. Film mądrze ukazuje przeszkody jakie człowiek napotyka, kiedy praca jest całym życiem i na rodzinę nie starcza czasu. Z odrobiną humoru przeprowadza widza przez historię rodziny King, udowadniając, że nie ma sytuacji bez wyjścia, że czasami to serce lepiej podpowiada w życiowych wyborach. 7/10

sobota, 23 lutego 2013

Kwiaty wojny (2011)


The Flowers of War (2011) – na przełomie lat 1937-38, wojsk Japońskie wkraczają do Chińskiego miasta Nankin. Podbój  ówczesnej stolicy Republiki Chińskiej, za cichą zgodą dowództwa, odbywa się w najbardziej nieludzki, niehonorowy sposób. Działania wojenne przepełnione agresją, okupione są śmiercią tysięcy cywilów. Wszechobecne okrucieństwo, ból, lęk przed śmiercią stają się przygnębiająca codziennością na którą ciężko szukać lekarstwa. 
W tą krwawą rzeczywistość zostaje wrzucony amerykański grabarz John Miller (Christian Bale), z misją pochowanie księdza, nauczyciela w tamtejszym kościele. Bohater szybko przekonuje się, że z zapłatą za usługę może być ciężko, na jego barki spada los uczennic, a sytuację komplikuję jeszcze bardziej prostytutki szukające schronienia na terenie kościoła. Te dwie małe społeczności tak różniące się od siebie będą musiały z sobą żyć, współpracować i wspólnie stawić czoła wrogowi i to pod przewodnictwem Johna, który na potrzeby chwili zostaje księdzem. 
Głównym motywem filmu jest przemiana jak zachodzi w bohaterach, metamorfoza tylko dzięki której można przeżyć. Reżyser spycha na dalszy plan konflikt zbrojny, skupiając się bardziej na ludzkich odruchach. W idealny sposób łączy losy postaci, czyniąc ich relacje prawdziwymi. Z przekonaniem udowadnia, że potrzeba życia jest bardzo silna, tym silniejsza jeśli chodzi o drugiego człowieka. Interesujące kino, odsłaniające kulisy niechlubnej ludzkiej historii, z przesłaniem i wiarą, że dobro jest w nas... w niektórych przynajmniej. 8/10

czwartek, 14 lutego 2013

Spartacus: Zemsta (2010-?)


Spartacus: Vengeance (2010-?) - druga odsłona Spartacusa straciła swój blask. Zawodzi praktycznie każdy element sprawiający widzowi frajdę z oglądania. Brak Whitfielda widoczny jest gołym okiem. Liam McIntyre jako odtwórca głównej roli, cały czas wygląda na zbyt przejętego, przerażonego, spiętego, a co za tym idzie sceny z jego udziałem chwilami wypadają nienaturalnie i to pomijając doniosły ton rozmów tamtych czasów. 
Twórcy poprawiając (wreszcie) wygląd i autentyczność krwi, i tak polegli nomen omen na polu walki. Za sprawą słabego scenariusza, jakiekolwiek potyczki zostały pozbawione napięcia. Już nie ekscytują, bo też ciężko kibicować komuś bez sprecyzowanego celu (pragnienie życia, samo w sobie jest celem, ale bardziej rozchodzi mi się o główny wątek, który jest słabo zarysowany).
Zniżkę formy można zrozumieć, wytłumaczyć, a w sprzyjających okolicznościach nawet wybaczyć i czekać na kolejny sezon. Ale za ulotnienie się specyficznego klimatu, seksualnej rozpusty wywołującej zaczerwienienie policzków, trzeba skarcić. Niby konwencja pozostała, schemat jest podobny, aczkolwiek z przykrością stwierdzam, że wykonanie jest na tyle mizerne, iż piękno kobiecego ciała, zbliżenia między postaciami działają tylko na jeden zmysł...
Na pochwałę zasługuje podejście do postaci z pierwszego sezonu. Rozwiązywanie wątków służy serialowi (z jednym wyjątkiem, uwaga SPOILER – rudowłosa miała zginąć wraz z mężem, jej postać jest na siłę wciśnięta do Zemsty), daje się go ogarnąć w całości, szkoda, że w bólach. 6/10

środa, 6 lutego 2013

Dracula (1992)

Dracula (1992) – film można podzielić na dwie części. Pierwsza, to opowieść jak rumuński książę Vlad i dlaczego stał się wampirem. To historia szaleńczo zakochanego człowieka, który porzuca chrześcijaństwo z ogromną determinacją i wizją zemsty. To chwile w zamku Drakuli, przepełnionego grozą, nostalgią, tęsknotą. To także doskonała rola Gary Oldmana, wspaniała charakteryzacja i dbałość o szczegóły scenografii.
Druga część, już mniej mroczna, dzieje się w Londynie. Tutaj profesor Abraham Van Helsing, zaczyna pojmować kim jest przybysz z Transylwani, jak z nim walczyć i mu przeciwdziałać. Sceny z stolicy nie są już tak teatralne jak te w zamku, ale także mają swoją siłę i w przepięknych ramach zamykają opowieść miłości, bo wampiry, strachy, wczepianie się w piękne kobiece szyje to tylko tło, sen, ułuda. 
Może to i mało profesjonalne, ale po pierwszych kilku minutach wiedziałem, ze pokocham ten film. Muzyczny motyw przewodni, początek fabuły tak dobitnie świadczący z czym będziemy mieli do czynienia, wprawił mnie w demoniczny nastrój i nie opuszczał do końca seansu. Francis Ford Coppola, popełnił najpiękniejszy jaki dotąd widziałem film o miłości, tej najprawdziwszej, nieskończonej i czystej.
Ocena tego filmu to sto procent emocji jakie kotłowały się we mnie podczas seansu. Nie potrafię porzucić ekscytacji i opisać obraz w miarę obiektywnie. Drakula z 1992 roku z muzyką Wojciecha Kilara to dzieło tak wielkie, że nie potrafiłem o nim zapomnieć przez kilka dobrych dni. Soundtrack wałkowany non stop nie dał zapomnieć o historii, o klimacie filmu i tej nieskrepowanej szarzy uczucia, gdzie śmierć nie jest przeszkodą, a żar potrafi tlić się przez stulecia. 9/10

poniedziałek, 28 stycznia 2013

Wszystkie odloty Cheyenne'a (2011)


This Must Be the Place (2011) – właśnie tak wyobrażam sobie rockmana na emeryturze, tak musi prezentować się gwiazda mająca w garści miliony serc, taka droga przeznaczona jest dla idoli, którzy często nie mogą sobie poradzić z demonami przeszłości. Jednym z tych nieszczęśników jest Cheyenne, główna postać obrazu, facet jedną nogą tkwiący w historii, drugą i to tak nie do końca w teraźniejszym świecie, to człowiek tak nieprzystosowany do współczesności, że gdyby jego życie zależało od podgrzania posiłku w mikrofalówce, dni do jego zakończenia można by liczyć na palcach.
Tak z ciekawości i bez większego pośpiechu, podczas seansu spojrzałem na licznik... minęła godzina, druga czekała w kolejce. Wszystkie odloty Cheyenne'a to obraz z dynamizmem leniwca z werwą gorączkującego ślimaka, ale posiadający ten magiczny czynnik pozwalający zatrzymać widza przed ekranem, może nie każdego ale mnie tak. Odtwórca głównej roli Sean Penn, zrobił rzecz niebywałą. Zagrał człowieka, który na dłuższą metę powinien męczyć, denerwować, a wyszło tak, że im dalej w las tym lubimy postać jeszcze bardziej. Kiedy dowiadujemy się o jego „grzechach”, potrzebie zmian, motywację, możemy tylko przyklasnąć i pogratulować aktorowi zagrania tak dziwacznej, pięknej i ryzykownej kreacji. 
Podziwiać można podjęcia się przez twórców filmu, ciężkiego tematu, bez zbędnej ckliwości i zadęcia.  Holokaust to tło dla prezentowanej historii, to odnośnik stanowiący początek wydarzeniom z którymi przyjdzie się zmierzyć następnym pokoleniom. 8/10

wtorek, 22 stycznia 2013

Niezniszczalni 2 (2012)


The Expendables 2 (2012) – największą wadą pierwszej części wcale nie był brak scenariusza, czy kulejąca reżyseria, tylko brak humoru i dystansu do założeń scenariusza Tutaj, po zmianie reżysera, uczeniu się na błędach jest o niebo lepiej, bo mnogość absurdów i niedorzeczności okraszona jest puszczaniem co chwila do widza olbrzymiego oczka, jest podkreślanie co krok, że obraz powstał dla czystej radochy widzów jak i samych twórców.
Niezniszczalni z numerkiem dwa, to twór tak karykaturalny, że nie sposób być względem niego krytycznym. To obraz który można polubić bądź przejść obok niego obojętnie. Biorąc film na warsztat i oceniając go w tradycyjny sposób, nie ma mowy aby końcowa ocena miała jakikolwiek pozytywny wydźwięk. W tym przypadku trzeba poddać się w pełni przygodzie, dać odpocząć szarym komórkom i przyzwoicie się bawić. Ponieważ krytykując owe dzieło jesteśmy nie fer wobec plejady, w większości podstarzałych, gwiazd Hollywood. Te 90 minut, często bezmyślnej rozwałki to swoista laurka, rodzaj podziękowania za możliwość oglądania przez lata niezłomnych bohaterów kina akcji.
Pisząc notatkę, przed oczami przelatują obrazy, wspominam dokonania bohaterów i... Nie, nie będę zbędnie się rozwodził... Zdrowy rozsądek przydaje się podczas prowadzenia samochodu, konsumpcji karpia, ale nie tutaj. I tego się trzymajmy. 7/10

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Igrzyska śmierci (2012)


The Hunger Games (2012) – jeśli nic się nie zmieni i świat pójdzie w kierunku z którego już dziś trudno zawrócić, nasz świat może wyglądać jak na załączonym obrazku. Pragnienie publiczności do oglądanie coraz bardziej ekstremalnych telewizyjnych show, mężczyzn z błękitnymi fryzurami, kobiet potrafiących zawstydzić świąteczną choinkę czy też smutną ludzką świadomość, że niczego nie można zmienić, że obecny stan rzeczy musi zostać zachowany. 
Film jako wizualizacja wyobraźni Suzanne Collins jest idealnym odzwierciedleniem współczesnego świata, a sama autorka tylko odrobinę przesunęła granice postrzegania rzeczywistości. Szkoda, że momentami poszła na skróty (takie na miarę wzięcia taksówki, startując w maratonie) i daje bohaterom furtki niczym zamkowe wrota. Choć przyznać trzeba, że postacie mają swój charakter, a główne role są dobrze obsadzone. Jennifer Lawrence jako Katniss Everdeen dźwiga na swoich barkach praktycznie cały film i nie wygląda jakby była tym wyczerpana. Delikatne oznaki przemęczenie widać u Woody'ego Harrelson'a, ale tego pana zawsze miło gościć na ekranie. Pod publikę i dla rozkrzyczanych nastolatek można potraktować występ Kravitza, tyle, że obrazowi to nie szkodzi, a lista aktorów zawsze efektowniej wygląda z takim nazwiskiem.
Obraz wywołujący skrajne emocje, dla mnie jest dziełem popkultury, mówiącym o dzisiejszych problemach cywilizacji. Twórcy podejmują ciągle aktualny temat uwstecznienia społecznego i chwała im za to. 6/10

niedziela, 6 stycznia 2013

Star Trek: Nastepne pokolenie (1987–1994)


Star Trek: The Next Generation (1987-1994, sezon 1) – zabrałem się za ten serial bez przekonania z twardym postanowieniem, że mnie nie porwie, a będzie tylko przerywnikiem od współczesnych produkcji. I faktycznie pierwsze kilka odcinków to wizualna porażka, wszechobecny plastik i wszystko co potrafi być tandetne znajduje się w scenografii. Cieszy fakt, że plenery, efekty były wykonywane na fizycznych modelach, jednak po latach takie podejście drażni tandetą. Z resztą sama obsada, zamiast zatrzymać widza przed ekranem, ugościć go, jest jakoś dziwnie spięta, mało realna, a przez to nieautentyczna. Co w serialu przepełnionym wytworami wybujałej wyobraźni, bo przecież nie wizjonerstwa, jest niezwykle istotne. I kiedy już miałem sobie darować oglądanie i dałem serialowi ostatnią szansę wciągnąłem się na dobre, gdyż z odcinka na odcinek Następne Pokolenie staje się dziełem kompletnym z świetnymi pomysłami i dyskretnym humorem.
Pierwszy sezon liczy 26 odcinków, podzielonych praktycznie zawsze tak samo. Otwierająca scena to powolny wstęp, plany na najbliższe godziny, rozpiska eksploracji ciekawych miejsc, poznanie nowej cywilizacji, jednak jak to często bywa w kosmosie plany szybko ulegają zmianie i przygody schodzą na inny tor. Ta przewidywalność, ten pewnik, że koniec końców musi być dobrze (tutaj na 26 odc 25 kończy się większym lub mniejszym happy endem) szybko wchodzi w krew widza i w żaden sposób ta powtarzalność nie razi. 
Sezon obfituje w mnogość pomysłów i ciekawych rozwiązań - poczynając od ukazania hierarchii na Enterprisie, poprzez odwiedzanie planet tylko złudnie podobnych do Ziemi, aż po poznawanie nowych ras, tak odmiennych od nas. Scenarzyści główny nacisk kładą na fabułę, serwują ciekawe rozwiązania na tematy moralne, społeczne, egzystencjonalne. Dlatego relacje na statku kosmicznym, w odległych zakątkach wszechświata są tak mało oderwane od rzeczywistości, brak tutaj silenia się oryginalność, która często w sci-fi przeistacza się w ciężkostrawnego potworka.
Gorąco polecam, współczując jednocześnie niektórym aktorom permanentnego zaszufladkowania i zakorzenienia się w umyśle widza jako odtwórca roli z ST.8/10

czwartek, 20 grudnia 2012

Nieznajomi z pociągu (1951)

Strangers on a Train (1951) – w idealnym wszechświecie, po takim zawodzie jaki czułem po tym filmie, powinienem zobaczyć go drugi, trzeci raz, przemyśleć co autor miał na myśli, przetrawić swoje odczucia. Może wtedy piał bym z zachwytu nad dziełem mistrza. Tak, żyjąc w brutalnej rzeczywistości, gdzie doba ma tylko 24h, nie jest się Lotto milionerem, jeden seans musi wystarczyć by ocenić.
Nieznajomych z pociągu (tylko ja myślałem, że akcja rozgrywać się będzie w... pociągu?) zaliczyć można do grona filmów które da się cenić za ich wkład w kinematografie, za wartość socjologiczną czy kulturową. Jednak jest szansa by dzieło z 1951 roku zamknąć w worku z działami, gdzie odtwórcy głównych ról, co więcej och postacie psują całość. Od pierwszych minut raził mnie Robert Walker jako aktor, a jeszcze bardziej irytowała mnie postać którą grał. Bowiem Bruno to rozpieszczony, oślizgły, nikczemny człowiek oderwany od rzeczywistości. Aktor zwyczajnie nie pasował do roli jaką wyznaczał mu scenariusz, nie potrafiłem obsadzić go w tej misji i koniec. Drugi z głównych bohaterów, Farley Granger jako Guy Haines denerwował mnie grą, nieudolnością swojego bohatera, ogólnym zagubieniem i bezradnością. Stronę aktorską ratują dwie kobiety. Jedną z nich jest córka Hitchckoca Patricia, realizująca powierzone zadanie z nawiązką. Drugą ratowniczką obrazu jest Ruth Roman, jako narzeczona Guy'a, jedna z nielicznych domyślająca się o co chodzi, kto może stać za sprawą morderstwa, dociekliwa, ponętna, seksowna. Takie kobiety, takie role pragnę oglądać. A, że historia intrygująca, mówiąca wiele o człowieku, jego wielowymiarowości, to już inna bajka. 6/10

piątek, 14 grudnia 2012

Faceci w czerni 3 (2012)


Men in Black 3 (2012) – jeśli jeszcze kiedyś usłyszę, że mróz, taki naprawdę ciężki minus, zabija wszelakie bakterie i wirusy, bo przecież one nie noszą szalików, kiedy ja akurat choruję, nie ręczę za siebie. Ale nie ma tego złego, więc wolną chwilę trzeba wykorzystać na seans. Tyle, że kiedy w organizmie prócz typowych płynów, hulają wściekłe zarazki, a percepcja nie jest stuprocentowa, ów seans musi być lekki i przyjemny. Wybór padł na trzecią część Facetów w czerni i mimo kilku chwil zażenowania, kiedy ktoś spoglądający mi przez ramię szyderczo się uśmiechał, panaceum na bezsens choroby zdało egzamin.
Kolejna odsłona serii (nie miałem przyjemności z poprzednimi) zabiera widza do podróży na koniec lat sześćdziesiątych, do czasów misji kosmicznych, hipisów, protestów przeciwko interwencji w Wietnamie. Ten interesujący skok w czasie przez agenta J (świetny Will Smith) potraktowany jest z sporą dawką umowności. Scenariusz nie przewiduje żadnych paradoksów, niejasności wynikających z tułaczki do poprzedniego tysiąclecia, tutaj chodzi wyłącznie o zabawę i zmianę środowiska. To pretekst do poznania młodego agenta K, oraz co bardziej interesujące, rozwikłania zagadki - dlaczego bohater jest tak szorstkim realistą?. 
MiB to ogólnie rzecz biorąc jeden wielki piknik, bez większego ładu i składu posiadający jednak ten nienamacalny czynnik zatrzymujący widza przy ekranie. To sprytnie zrealizowana wariacja na temat kultury, sztuki, nowej historii Stanów Zjednoczonych. Polecam tym, co rozpoczynają dzień od syropu. 6/10