
Druga ziemia, bo tak została w filmie nazwana bliźniacza planeta, pełni role epizodyczną, ale mającą wiele wspólnego z decyzjami, które podejmują bohaterowie. Reżyser nie zajmuje się rozwikłaniem zagadki dlaczego i jak planeta pojawiła się nagle na niebie, stara się zadawać pytania natury społeczno-egzystencjonalnej. Wiemy tylko, że pojęcie lustra nie zostało wprowadzone przypadkowo, druga planeta przypomina naszą ziemię, co zrodziło pierwsze pytania jak zachowamy się spotykając samych siebie. Twórcy wytykają naszemu gatunkowi, że fenomenowi przyklejają łątkę z numerem dwa, naiwnie wierząc, że jesteśmy w centrum wszechświata.
Na ziemi o numerze jeden bohaterowie mierzą się z tragediami sprzed czterech latach. Obraz prowadzony jest nadzwyczaj spokojnie, statycznie ale przyglądanie się postaciom sprawia może nie radość, ale płynie z tej obserwacji pewna nauka. Możemy bez problemów wejść w skórę każdej z stron, aktorzy zagrali naturalnie i nawet z niecodziennym widokiem za oknem film ogląda się jak dobry dramat. Spójność obrazu zmarnowana jest pod sam koniec, finał wygląda jakby pisany był w pośpiechu bez konkretnej wizji. Staje się spłaszczony do granic możliwości, ale cóż to. Dzieło za trochę ponad milion dolarów może mieć potknięcie, który widz musi wybaczyć. 7/10