
Russell Crowe (od kilku filmów wyglądający tak samo niestarannie, smutno i niechlujnie), a bardziej jego postać robi wszystko by znów być przy boku ukochanej bez więziennej kotary. Jego poczynania na ekranie są skrajnie różne. Ma tu na myśli fabularne rozwiązania, które odbijają się od rzeczy prawdopodobnych i realnych do tak urwanych z sufitu, że można tylko ręce rozkładać. Scenarzyści potrafili oczarować widza, dać trochę uciech i odpoczynku od zamieszania jakie panuje w fabule. Sceny gdzie liczył się tylko gest i spojrzenie były naprawdę dobre i rzeczowe. Nie potrzebowali scen łóżkowych, by pokazać prawdziwą miłość i oddanie, potrafili być subtelni i skuteczni. Zaś w czym dopatrywać się problemu ich zbytniej fantazji, nie wiem. Może mieli słabszy dzień, albo na szybko było trzeba coś wymyślić i powstały takie babole jak wpadka z uniwersalnym kluczem na oczach strażników i brak konsekwencji dla sprawcy. Jednakowoż trzeba przyznać reżyserowi, że nie przekroczył granicy dobrego smaku. Akcja na ekranie mimo kilku zwisów dążyła bezkompromisowo do przodu, nie miałem ochoty wyłączyć filmu, a im bliżej końca, tym byłem ciekawszy jak to wszystko się zakończy. Dla niej wszystko to obraz niedoskonały, z dziurawą fabułą, ale też taki który potrafi zaskoczyć i przyprawić o szybsze bicie serca. 6/10