
Tytułowym bohaterem okazuje się niski, zielono-szarawy, kłapiący językiem bez opamiętania przedstawiciel poza ziemskiej cywilizacji. W strefie 51 rozbija się jego statek, on sam trafia pod nadzór amerykańskiego rządu. Podczas projekcji okaże się, że współpracował z wojskiem, pomagał ludziom, a jego wkład w popkulturę jak się przekonacie był ogromny. Kiedy zdradził już wszystkie tajemnice, którymi chciał się dzielić okazał się zbędny. Wiedząc co go czeku, ucieka z placówki. Na swojej drodze napotkał dwójkę przyjaciół, którzy akurat wracali z Comic-Conu. Graeme i Clive to fascynaci komiksów, superbohaterów, to dorośli mężczyźni dla których spotkanie UFO to życiowe marzenie. Marzenie które się spełniło, może nie całkowicie bezboleśnie ale z wielkim wstrząsem dla obu stron.
Twórcom udało się, zatrzymać mnie do napisów końcowych, ale chwilami było pod górkę. Anglicy w swoich rolach czuli się jak ziemniaki w MC. Dzięki ich grze, możemy szybko zapomnieć o żenujących żartach i braku zdecydowania z ich strony podczas pisania scenariusza. Bowiem z lekkiej komedii chcieli wyciągnąć coś więcej. Zabrali się za moralizowanie w kwestii wiary, może i w zabawny sposób ale chyba tylko dlatego, żeby zrobić trochę szumu wokół filmu i zdenerwować kilku dewotów, moim zdaniem to droga na skróty.
Po za wspomnianymi aktorami, reszta obsady w ogóle nie istniała. Dwoje głupkowatych agentów którzy mieli rozśmieszyć, zwyczajnie denerwowali słabą grą. Znane twarze jak Sigourney Weaver, Jason Bateman czy użyczający głosu Paulowi, Seth Rogen także nie specjalnie pomogły w odbiorze obrazu. Reasumując, mogło być dobrze, a jest średniak który ma przebłyski dobrej komedii. 6/10