
Wspomniane wydarzenie zaprezentowano w ciekawy sposób i dawały nadzieje na ciekawe kino. Jakież było moje zdziwienie, gdy z minuty na minutę było coraz lepiej. Na ekranie zobaczymy Jamesa Careya (obecnie Jima, krótka ale znacząca rola), którego obserwujemy na planie teledysku. Wykonuje utwór, Welcome to the Jungle, pochodzący z repertuary Guns N' Roses, którego członkowie pojawia się na moment przed kamerą, co już w ogóle mnie zaszokowało.
Tytułowa Pula śmierci, to zabawa w świeci filmowym, zabawa polegająca na wytypowaniu listy osób które w najbliższej przyszłości odejdą z tego świata. Pierwszym nieszczęśnikiem okazuje się wspomniany muzyk, a akcja przenosi się na plan filmowy. Tam poznajemy reżysera, cenionego twórcy horrorów (wcielił się w niego Liam Neeson) Pierwsze podejrzenia padają właśnie na tego pana, ale Callahan i jego nowy partner Al Quan nie są do końca przekonani co do tej teorii. . Fabuła będzie krążyć wokół filmu, zginie nawet krytyk, co przypomina mi, o odpowiednim artykułowaniu cierpkich słów kierowanych do twórców.
The Dead Pool okazuje się produkcją jedną z lepszych w całej serii poprzez zastosowanie banalnych zabiegów. Nowy partner inspektora to zabawny Azjata, przy którym nawet główny bohater potrafi się rozchmurzyć. Nareszcie wpuszczono trochę humory do fabuły, a ten często pomaga w przymykaniu oka na słabości scenariusza. W końcu także zatrudniono aktora, który potrafi coś zagrać. Neeson wspaniale wkomponował się w konwencje filmu i widać, że dobrze mu się współpracowało z Eastwoodem.
Na koniec muszę wspomnieć o finale, tak przerysowanym, tak bezczelnie przesadzonym, że aż miło. Callahan w ostatecznym starciu, dzierży w dłoniach ogromny harpun, kształtem przypominający potężną strzeblę. Robi to do czego nas przyzwyczaił, aczkolwiek ta scena zagrana przez kogo innego pewnie była by śmieszna i mało przekonująca, w wykonaniu Eastwood wygląda pysznie. Aktor żegna się z rolą, a widz ku swojej uciesze może obserwować solidne przypieczętowanie serii. Polecam. 7,5/10