
Film składający się jak łatwo przewidzieć z dwóch części, zachęca do oglądania każdej z nich w równym stopniu. Początek wymaga odrobiny skupienia (trzeba było sprawdzić kim tak konkretnie był Shogun), ale nawet bez dostępu do informacji można się połapać w fabule. Pierwsza z nich przedstawia realia jakie panowały w Japonii w połowie XIX wieku. Już na otwarciu reżyser daje widzowi poznać czym w kraju kwitnącej wiśni był honor Samuraja. Poznajemy tutaj bohaterów, co prawda w sposób bardzo skrótowy, jednak wystarczający by poczuć więź z postaciami wybierającymi się na misje. Co ciekawe mimo poważnej atmosfery, scen które do zabawnych nie należą, a dosadnej ukazują okrucieństwo lorda, reżyser wplótł kilka zabawnych dialogów, sytuacji przez które obraz stał się bardziej autentyczny. Bo misja, nawet ta skazana na niepowodzenia to jedno, a chwile spędzone na dotarciu do wyznaczonego celu i humor pomagający zachować trzeźwy rozum to drugie. Kiedy bohaterowie docierają i przygotowują miejsce gdzie ma odbyć się zamach, film nabiera tempa i przez 40 minut dane nam będzie zobaczyć jedną z najlepiej zrealizowanych scen walki w ostatnich latach. Plan bitwy, wzięcie wroga z zaskoczenia, choreografia każdej jednej potyczki, każdego zamachnięcia mieczem zrealizowano po mistrzowsku. Osobiście zauważyłem tylko dwie wpadki i to z winy speca od efektów. Zastosowanie cyfrowych zwierząt niestety nie wyszło najlepiej. Na szczęście w żaden sposób nie psuje to seansu, a ten był zabójczo dobry. 7,5/10