
Bogowie Areny to opowieść o początkach Crixusa, to historia Oenomausa, to intrygująca opowieść o domu Batiatusa, o tym co uczyniło go tak znanym i szanowanym lanistą. Serial posiada prawie dokładnie taka sama magię jak Spartakus: Blood and Sand, opowiedziany w podobny sposób z identyczną werwą i zacięciem. Ciężko zaskoczyć widza w preqelu, przecież wiemy co się wydarzy w przyszłości ale uczestnictwo w życiu gladiatorów jest interesującym przeżyciem. Autorzy mimo, iż mieli mało czasu na napisanie scenariusza, poradzili sobie z zadaniem w satysfakcjonujący sposób. Jeśli miałbym się czepiać to fabularnie jest minimalnie słabiej od poprzednika, mniej zwrotów akcji (to jednak jakby samo przez się), nie ma już tego klimatu tajemnicy oraz zdarzają się momenty nudy i standardowe zapychacze. Atmosfera domu Batiatusa, była duszna, przepełniona rządzą, namiętnością, krwią i zdrad. Tutaj takich smaczków jest znacznie mniej, twórcy poszli na łatwiznę, a szkoda bo budowanie takiego klimatu było ogromną zaletą podczas emisji serialu z Andyem w roli głównej.
By wpuścić trochę pozytywnej energii w notatkę muszę wspomnieć o rzeczach które wyszły twórcą jak i samym aktorom lepiej niż poprzednio. Role odegrane przez głównych bohaterów, gospodarzy domu, czyli John Hannah jako Batiatus oraz Lucy Lawless w roli Lucreti, były nadzwyczaj dobrze zagrane, oglądać tę dwójkę na ekranie to przyjemność. Poprawiła się także oprawa graficzna walk, praca komputera jest subtelniejsza, widać, że aktorzy musieli włożyć sporo pracy w przygotowania. Krew nadal tryska po oczach widza, aczkolwiek zminimalizowano efekt sztuczności, zadawane rany są wykonane może nie wzorowo ale realniej (strach pomyśleć co będzie się działo w kontynuacji przygód gladiatorów).
To wszystko zebrane razem, kolejny raz tworzy interesujący i odważany serial, który zostaje na dłużej w pamięci i warto go znać! 8/10