
Dlaczego zaczynam notatkę w tak poważnej nucie? Ano dlatego, że filmy w odcieniach szarości niosą z sobą wielką wartość i należy o tym pamiętać. Prezentowany tutaj obraz nie jest może kamieniem milowym w kinematografii, ale jest przykładem na to jak nakręcić wspaniałą komedią z elementami romansu, pożądania, która nie będzie odrzucała swoją wulgarnością. Ten film to także dotkliwy pstryczek dla naszej sfery plotkarskiej, mającej się za coś odkrywczego i nowoczesnego. O nie. Za oceanem już siedemdziesiąt lat temu organizowano imprezy pod publikę, pod media. Ludzie z pierwszych stron gazet byli zmuszeni uważać na to co mówią, z kim się pokazują itd. Nic odkrywczego, ale doskonale ukazuje ile jesteśmy w tyle za zachodem, jak świeże jest nasze podwórko plotkarskie.
Wracając do filmu, rudowłosa Katharine Hepburn, Cary Grant oraz James Stewart stworzyli fantastyczne trio. Mimo mozolnie rozwijającej się akcji, aktorzy nie pozwalają odejść od ekranu. Każdy z nich miał swoje zadanie i wykonał je wybornie. Hepburn kokietowała męską część widowni przez cały seans, nawet pod wpływem alkoholu jej postać trzymała fason i była urocza. Grant, jako głos rozsądku daje widzowi oparcie i nadzieję na idealne rozwiązanie galimatiasu jaki wytwarza się podczas trwania filmu. No i Jams Stewart w roli początkującego pisarza, potrafi rozbawić kinomana w najmniej oczekiwanym momencie. Wspaniałe dzieło, wspaniała historia 8/10