
Dlaczego się czepiam magii, dlaczego tak bardzo nie podobały mi się seans spirytystyczny podczas którego ożywiono pewnego barona (dosłownie) czy też czarownice rzucające urok? Ponieważ serial o zabarwieniu przygodowo-komediowym (tak odebrałem pierwszy sezon) taki powinien zostać. Tutaj, jak mniemam z braku pomysłów na kolejne pojedynki człowieka w kapturze z szeryfem z Nottingham, skryba dał upust swojej fascynacji tematem, czy zwyczajnie wybujałej fantazji i spłodził dzieło tak ciężko strawne. Bo jeśli już pominiemy moje oczekiwanie co do rozwoju wydarzeń, to nie godzi się umieszczać poważnych tematów w serialu gdzie pojedynki między wieśniakami a żołnierzami wyglądają na zabawę, a nie walkę na śmierć i życie. Nie pasuje mi opowiadanie o wierzeniach, zabobonach, duchowych sprawach kiedy charakteryzacja bohaterów potrafi się zmienić co scena, a ostrze opuszczające jeszcze przed chwilą cieszącego się świeżym powietrzem człowieka nie nosi śladów krwi. Można by tak jeszcze wymieniać, można by wspomnieć o ścieżce dźwiękowej która tym razem nie pomaga historii, a często przeszkadza, ale już dam spokój.
Siódmy epizod, ostatnie pięćdziesiąt minut ukoiło moje nerwy, uspokoiło sumienie i odrzuciło w niepamięć treści przepełnione ZŁEM . Wreszcie doczekałem się odrobiny normalności. Herne był jedynym z pogranicza życia i śmierci, człowieka i Boga. Sytuacje o symbolicznym znaczeniu były przedstawione z wyczuciem i subtelnie. Nie atakował nas z każdej strony sam Belzebub. Wzruszyłem się nawet odrobinę, podczas rozmowy Robina z Marion w jednej z ostatnich scen. Niestety za całość tylko 5/10.