
Film, jakkolwiek by to banalnie nie zabrzmiało, podejmuje temat miłości. Uczucia które powoli gaśnie w małżeństwie, tego pierwszego zauroczenia jak i ciągle nowych podbojów miłosnych, prowadzących tak naprawdę donikąd. Cal podczas kolacji, gdy ma podjąć decyzje o deserze, dowiaduje się, że jego małżeństwo dobiegło końca. Następna scena, rozmowa, a raczej jej brak i desperacki krok głównego bohatera, mnie ujęła. Bez słów, bez dramatyzowania, reżyser jasno określa motywację zranionego mężczyzny. Ten sam facet w krótkim czasie wywraca stateczne życie do góry nogami. Mając doskonałego nauczyciela, szybko orientuje się jak ma wyglądać, jak się zachowywać by zrobić wrażenie.
Obraz jest jednym z wielu, ale ma kilka aspektów przemawiających za jego obejrzeniem. Przede wszystkim obsada. O jednym aktorze już wspomniałem, następni na liście płac znaleźli się Julianne Moore, Ryan Gosling oraz Emma Stone. Mimo, iż prezentowana opowieść i jej podobne były przewertowane setki razy, ta jest na tyle dobrze skonstruowana (jest miejsce na mały twist), że czas przed ekranem szybko ucieka. Twórcy dają spokój z durnymi żartami, nie przesładzają, więc o bólu zęba można zapomnieć. W niegłupi sposób przedstawiają losy małżeństwa z wieloletnim stażem, nie siląc się na przesadny tragizm. 7/10
Prezentowany post ma numer 150! :) Wesołych i spokojnych Świat!