
Liam Neeson za cokolwiek się nie zabierze, wychodzi dobrze, ewentualnie poprawnie. Tak było w 2010 roku kiedy można go było zobaczyć w Drużynie A reżyserowanej przez Joe Carnahana. Na planie „Przetrwania” panowie spotkali się ponownie, tyle, że tym razem relacje widz-aktor, widz-fabuła są bardziej prawdopodobne i życiowe. Tutaj nikomu nie będzie do śmiechu, a postać z kosą w kościastej dłoni będzie czuć się jak u siebie.
Pierwsze kilkanaście minut to kawał czystej i niepohamowanej adrenaliny. Z offu dowiadujemy się gdzie jesteśmy, poznajemy postać Ottwaya, człowieka z snajperką mającego ustrzec robotników pracujących w lesie przed wilkami atakującymi znienacka. Broń miała sprawdzić się jeszcze w jednej sytuacji, ale życie i scenariusz chciało inaczej. Sama katastrofa przeprowadzona jest krótko, treściwie i bardzo szybko znajdujemy się w centrum wydarzeń. Kiedy sytuacja ma się rozwinąć napotykamy dłużyzny, sceny które sztucznie i niepotrzebnie wydłużają seans. Przez co także rytm w jaki wpadamy na początku zostaje zakłócony i psuje odrobinę odbiór. Zakłócają go także środki podjęte do przedstawienia krwiożerczych bestii, które są wygenerowane komputerowo w nieudolny sposób.
Opowieść z założenia nieskomplikowana mimo kilku zwisów jest dobrze opowiedziana, twórcy nie męczą widza słodkim happy endem dodając w finale małego twista, przez co głównego bohatera widzimy w innym świetle. Przyzwoite kino survivalowe. 6,5/10