czwartek, 20 grudnia 2012

Nieznajomi z pociągu (1951)

Strangers on a Train (1951) – w idealnym wszechświecie, po takim zawodzie jaki czułem po tym filmie, powinienem zobaczyć go drugi, trzeci raz, przemyśleć co autor miał na myśli, przetrawić swoje odczucia. Może wtedy piał bym z zachwytu nad dziełem mistrza. Tak, żyjąc w brutalnej rzeczywistości, gdzie doba ma tylko 24h, nie jest się Lotto milionerem, jeden seans musi wystarczyć by ocenić.
Nieznajomych z pociągu (tylko ja myślałem, że akcja rozgrywać się będzie w... pociągu?) zaliczyć można do grona filmów które da się cenić za ich wkład w kinematografie, za wartość socjologiczną czy kulturową. Jednak jest szansa by dzieło z 1951 roku zamknąć w worku z działami, gdzie odtwórcy głównych ról, co więcej och postacie psują całość. Od pierwszych minut raził mnie Robert Walker jako aktor, a jeszcze bardziej irytowała mnie postać którą grał. Bowiem Bruno to rozpieszczony, oślizgły, nikczemny człowiek oderwany od rzeczywistości. Aktor zwyczajnie nie pasował do roli jaką wyznaczał mu scenariusz, nie potrafiłem obsadzić go w tej misji i koniec. Drugi z głównych bohaterów, Farley Granger jako Guy Haines denerwował mnie grą, nieudolnością swojego bohatera, ogólnym zagubieniem i bezradnością. Stronę aktorską ratują dwie kobiety. Jedną z nich jest córka Hitchckoca Patricia, realizująca powierzone zadanie z nawiązką. Drugą ratowniczką obrazu jest Ruth Roman, jako narzeczona Guy'a, jedna z nielicznych domyślająca się o co chodzi, kto może stać za sprawą morderstwa, dociekliwa, ponętna, seksowna. Takie kobiety, takie role pragnę oglądać. A, że historia intrygująca, mówiąca wiele o człowieku, jego wielowymiarowości, to już inna bajka. 6/10

piątek, 14 grudnia 2012

Faceci w czerni 3 (2012)


Men in Black 3 (2012) – jeśli jeszcze kiedyś usłyszę, że mróz, taki naprawdę ciężki minus, zabija wszelakie bakterie i wirusy, bo przecież one nie noszą szalików, kiedy ja akurat choruję, nie ręczę za siebie. Ale nie ma tego złego, więc wolną chwilę trzeba wykorzystać na seans. Tyle, że kiedy w organizmie prócz typowych płynów, hulają wściekłe zarazki, a percepcja nie jest stuprocentowa, ów seans musi być lekki i przyjemny. Wybór padł na trzecią część Facetów w czerni i mimo kilku chwil zażenowania, kiedy ktoś spoglądający mi przez ramię szyderczo się uśmiechał, panaceum na bezsens choroby zdało egzamin.
Kolejna odsłona serii (nie miałem przyjemności z poprzednimi) zabiera widza do podróży na koniec lat sześćdziesiątych, do czasów misji kosmicznych, hipisów, protestów przeciwko interwencji w Wietnamie. Ten interesujący skok w czasie przez agenta J (świetny Will Smith) potraktowany jest z sporą dawką umowności. Scenariusz nie przewiduje żadnych paradoksów, niejasności wynikających z tułaczki do poprzedniego tysiąclecia, tutaj chodzi wyłącznie o zabawę i zmianę środowiska. To pretekst do poznania młodego agenta K, oraz co bardziej interesujące, rozwikłania zagadki - dlaczego bohater jest tak szorstkim realistą?. 
MiB to ogólnie rzecz biorąc jeden wielki piknik, bez większego ładu i składu posiadający jednak ten nienamacalny czynnik zatrzymujący widza przy ekranie. To sprytnie zrealizowana wariacja na temat kultury, sztuki, nowej historii Stanów Zjednoczonych. Polecam tym, co rozpoczynają dzień od syropu. 6/10

piątek, 7 grudnia 2012

Star Trek III: W poszukiwaniu Spocka (1984)


Star Trek III: The Search for Spock (1984) – dziś, nie bezpodstawnie, możemy mieć pretensje dla dystrybutora za dziwaczne przetłumaczenie tytułu filmu, dziś kiedy powiedzenie „spoilert alert” weszło do mowy potocznej, dziwić może fakt iż tytuł  trzeciej części Treka łamie podstawową zasadę kina. Pozbawia widza tajemnicy i napięcia podczas seansu, bo w myśl zasady kto szuka ten znajdzie, fan serii słusznie może się domyślać, że Spock zostanie odnaleziony co po zakończeniu poprzedniej części jest przynajmniej zastanawiające i osobliwe. Twórcy psują odrobinę przyjemność z zapoznawania się z fabuła, ale w znacznym stopniu odpłacają się widzowi ciekawym przebiegiem akcji, zrywami, wielkimi jak sam Enterprise, a aktorstwo w tej części wznosi się nowy, bardziej intrygujący poziom. 
Poszukiwana Spocka, to podróż za przyjacielem, to wyprawa podczas której trzeba złamać kilka zasad, tak pilnie strzeżonych w Gwiezdnej Focie. Kapitan Kirk i jego wierni załogancie, uprowadzają z doku USS Enterprise i lecą na planetę Genesis, gdzie życie może odrodzić się na nowo. Ups... wygadałem.
Film z 1984 odznacza się standardowym dla serii klimatem, nie drażniącym kiczem, a co najważniejsze jest zwyczajnie dobrym dziełem z działu sci-fi. Co więcej, trzecia część wyłamuje się odrobinę po za swoje ramy. Bohaterzy plują w twarz kierownictwu, igrają z losem dla dobra przyjaciela, martwego przecież niedawno i wreszcie aktorzy przestają wyglądać jakby byli świeżo po imprezie, a pokazują swój kunszt aktorski. W szczególności Shatner, zmienił stosunek do granej przez siebie postaci, teraz kapitan jest szczery, z zadziwiającą łatwością potrafi do siebie przekonać oraz widz nie ma już tego przeświadczenia, że gra to tylko zabawa. 7,5/10

poniedziałek, 26 listopada 2012

Kolor magii (2008)


The Colour of Magic (2008) – dokładnie rok temu towarzysząc małżonce w kolejnej eskapadzie do biblioteki (wstyd się przyznać, ale moje towarzystwo ograniczało się do roli bagażowego, targającego stertę jej książek) natknąłem się na twórczość Pratchetta. Właśnie ta wizyta sprawiła, że pokonałem irracjonalny lęk, lenistwo przed słowem pisanym,  oraz wciągnąłem się w Świat Dysku tak mocno jak to tylko możliwe. Z książki na książkę mój podziw dla autora nie słabnie, co więcej uwielbienie do przedstawionych postaci, miejsc, wydarzeń zapoczątkowało prawdziwą pasję mogącą przerodzić się tylko w jeden cel – poznać wszystkie działa człowieka, który od 2008 roku szczyci się tytułem szlacheckim.
Przed seansem miałem podstawy do niepokoju, ponieważ kto zna treści, oraz formę w jakiej autor opowiada historie ten wie, iż przełożenie ich na język kina może być trudne, a wręcz niewykonalne. Tutaj w dziele stworzonym dla telewizji ta trudna eskapada powiodła się, nie przyniosła twórcom wstydu i okazała się ciekawą alternatywą na poznanie Ricewinda, Niewidocznego Uniwersytetu, świata Dysku w ogóle. Film podzielony na dwie części (mowa o publikacjach: Kolor Magii i Błysk Fantastyczny) doskonale oddaje klimat książki. W wielu dziedzinach moje wizje, wyobrażenia pokrywają się z tym jakie mieli ludzie odpowiedzialni za scenografię, kostiumy, atmosferę panująca w Ankh-Morpork. Ale czemu tu się dziwić, kiedy nad scenariuszem pracował sam Terry Pratchett, wpisując w niego główne założenia fabuły książek pomijając te, które ciężko przedstawić na ekranie, oraz te bardziej kosztowne w produkcji. Kolor Magii to nijako spełnienie marzeń czytelnika, to wizualizacja świata do którego każdy fan książki chce zajrzeć i podziwiać kunszt autora. 7,5/10

czwartek, 22 listopada 2012

Dyktator (2012)

The Dictator (2012) – jako człowiek otwarty na różnego rodzaju odchyły od normy, mający się za osobę z poczuciem humoru, fan Borata, a nawet (dużo słabszego od produkcji z 2006 roku) Bruna, nie mogę się nadziwić jak Sacha Baron Cohen (jako scenarzysta)zepsuł swój ostatni film. I nie chodzi mi o żarty przekraczające wszelkie granice dobrego smaku, słabe aktorstwo, czy też znikomej fabuły, tutaj brak pomysłu na całość bije po oczach przez cały seans. Te kilkanaście zaprezentowanych skeczy z słabo widocznym wspólnym mianownikiem, nie prezentuje niczego nowego z działalności Larry Charlesa i Cohena, a tylko nieudolnie odcina kupony z poprzednich wspólnych produkcji.
Mimo szczerych chęci ciężko wymyślić coś pozytywnego o tym filmie, trudno, po za trzema scenami, mówić o dobrej komedii, bo o czymś więcej można zapomnieć. Niby są elementy scenariusza, które nieśmiało chcą przemycić jakiś morał, wyśmiać pewne schematy, wypunktować bzdury i zakłamanie międzynarodowej polityki. Problem w tym, iż prezentacja tych ważniejszych wartości została zaprezentowana bez pomysłu, mało zabawnie i wygląda jak kpina z widza, który kolejny raz raczony jest tym samym z jeszcze większa domieszką zażenowania. Brak słów, chęci do opowiadania o filmie, szkoda czasu... 3/10

wtorek, 13 listopada 2012

Prometeusz (2012)

Prometheus (2012) – nie ukrywam, czekałem na ten film, może nie z zaciętością maniaka, ale jednak. I ucieszył mnie fakt, iż moje wyobrażenie o najnowszym dziele Scotta były adekwatne do tego co zobaczyłem na ekranie. Szczęśliwie z góry założyłem, że rozrywkowe kino, POPularne kino nie może rozwikłać problemów człowieczeństwa, nie może być drogowskazem dla zagubionych dusz. Może natomiast sprawić przyjemność z oglądania i skłonność do przemyśleń i to nie tylko o  wpadkach w fabule, czy też niedokończonych i niepotrzebnych wątkach.
Prometeusz, dzieło tak bardzo rozpalające serca fanów sci-fi przed premierą, tuż po niej szybko straciło szansę na zaszczytne miejsce w kinematografii. Powodów jest klika. Najważniejszy z nich to oczywiście przekombinowany scenariusz, to scenarzysta nie mogący się zdecydować, czy robić kino rozrywkowe czy rozprawkę o człowieku, powstaniu i temu podobnych. Przez ten brak decyzji i nieumiejętność w połączeniu dwóch stylów, całość wygląda momentami tak niemrawo. Drugim czynnikiem powodującym niechęć do obrazu była zbyt intensywna promocja, odsłaniająca praktycznie wszystkie szczegóły z fabuły, jeszcze przed pierwszym pokazem. Nie pomogło także naznaczanie dzieła z 2012 roku następcą Obcego, filmem który od nowa zdefiniuje opowieści o kosmosie.
To tyle, jeśli chodzi o uwagi publiczności, ja po seansie byłem zadowolony, nacieszyłem oczy genialnymi zdjęciami, efektami które nie wyglądały jak specjale. Byłem ucieszony z obcowaniem z bohaterami, śledzenie ich poczynań to przyzwoicie spędzony czas przed ekranem, a nienamacalna wartość jest w tym przypadku bez znaczenia. Zabawa i relaks przede wszystkim, film polecam, a po mądrości to do książek. 7/10

sobota, 3 listopada 2012

Fringe (2008-2013, sezon 4)


Fringe (2008-2013, sezon 4) – twórcy serialu igrają z widzem w czwartym sezonie w sposób całkowity, przedstawiając losy bohaterów nie tylko w drugim świecie, ale poszerzają fabułę o inny wymiar czasu zyskując nowy wymiar historii. Od teraz nikt nie jest tym kim był (prawie nikt) w pierwszym sezonie, tutaj aktorzy dostają do dyspozycji kreacje im znane, poszerzone o nowe horyzonty. 
Jestem pełen podziwu dla kanału FOX, który mimo sporego zamieszania z oglądalnością serialu postanowił go kontynuować, ryzykując środki przeznaczone na ta produkcje. FOX jako stacja publiczna musi obsadzić serial w ramach 22 odcinków na sezon, co niesie za sobą niebezpieczeństwo dłużyzn i niedociągnięć. I choć tutaj takowe mają miejsce nie wpływają one na całokształt. Większość epizodów emanuje pomysłami, potrafi (nadal) zaskoczyć i oddać w zręczny sposób naturę zjawisk paranormalnych. Ten sezon choć momentami schodzi z głównego wątku, jest jednym z lepszych w karierze serialu. Mnogość światów pozytywnie wpływa na jakość, daje drugi oddech fabule i wciąga widza w nowy, inny wymiar.
John Noble jako dr Bishop kolejny raz daje popis, ten jak i poprzedni sezon aktorsko należy do niego. Ma tutaj do dyspozycji dwie role (nowe, bo to przecież inne postacie) i w każdej z nich potrafi zaskoczyć i rozbawić. Moim ulubionym motywem są sceny w których jest sporo powagi, toczy się walka na śmierć i życie, a Walter pragnie w tej chwili coś przekąsić, albo przeglądając istotny materiał filmowy, na jednym z monitorów można dostrzec urywek kreskówki Scoobie-Doo. To wszystko składa się na udane dzieło, obszerne, sprawnie zrealizowane z nieukrywaną miłością do tego co się robi. 8/10

czwartek, 25 października 2012

Róża (2011)


Róża (2011) – jeśli można odczuwać fizyczny ból bez wzajemnej interakcji, jeśli fabuła potrafi zmusić do głębokich przemyśleń bez przesadnej moralizacji, to właśnie dzieło Smarzowskiego jest doskonałym przykładem na film szczery, brutalny, prosty, potrafiący trafić do widza. To film z ogromem goryczy, ludzkiego bólu,  troski o jutrzejszy dzień, ale co jest ogromną zaletą Róży, twórca nie jest nachalny z przekazem, nie zmusza widza do oglądania okropieństw jakie miały miejsce na Mazurach po II Wojnie Światowej, on tylko sadzi nasionko w naszych głowach, a te już samo kiełkuje do gigantycznych rozmiarów koszmaru.
Koniec wojny, wiec wydawało by się, że i koniec barbarzyńskiego podejścia do ludności, do ich własności intelektualnej, materialnej i tej najbardziej prywatnej. Nic bardziej mylnego, bo kiedy w 1945 roku do Polski wchodzi wielki brat z wschodu, kiedy na Mazury zamieszkiwane dotychczas przez Niemców, dramat zaczyna się na nowo w imię czystej Polski, z pogwałceniem wszelakich praw. Tytułowa Róża, to wdowa po niemieckim żołnierzu, który zginął na froncie,  a wspomnienie o nim przynosi jej wojak z kraju nad Wisłą, Tadeusz. Początkowa znajomość jest bezbarwna jak otaczająca bohaterów rzeczywistość. Jednak z czasem oboje zaczyna coś łączyć i aż chciało by się zobaczyć szczęśliwy finał, który tutaj niestety nie mam prawa bytu. Bo dzisiejsze regiony Polski tak oblegane przez amatorów żeglarstwa, te ponad 60 lat temu były obszarem nienawiści, nowej rewolucji, gdzie nie było miejsca na odmienność, na zrozumienie, na zwyczajną akceptacje ludzi żyjących na tych terenach od lat.
Traumę, jaka potrafi ogarnąć widza już podczas seansu starają się jakoś załagodzić główne postacie. Dorociński z Kuleszą oraz Braciak z Preis potrafili wnieść odrobinę humoru do historii. Najlepszą sceną, po której wydawało się, że może być tylko lepiej (nie było) jest sekwencja podczas zbierania ziemniaków. Nic takiego, bo tylko pęknięte gacie na tyłku głównego bohatera, banalny urywek z życia, który tutaj pozwala zapomnieć o szorstkiej rzeczywistości, daje odrobinę oddechu od tego co czeka widza już za moment. 8,5/10

czwartek, 18 października 2012

Artysta (2011)


The Artist (2011) – z wielkim żalem muszę wyznać, że po seansie byłem zawiedziony, a co gorsza wynudziłem się jak cholera. Film będący hołdem dla kina niemego, ukłonem w stronę starych dobrych czasów nie trafił w moje gusta ani trochę. Przyzwyczajony do twórczości Chaplina, gdzie humor przeplata się z ciekawym i mądrym przekazem, gdzie na każdym kroku widać uwielbienie dla sztuki i geniusz reżysera, tutaj dostałem czarno biały, pusty film w formacie 4:3, który dłużył się w nieskończoność. Znużenie dopadło mnie gdzieś tak w połowie seansu, i z małym wyjątkiem trzymało do końca.
Nie chcę negować filmu jako całości, bo ten może się podobać, może sprawić, że współczesny widz sięgnie po zakurzone starocie, pozna kino z jego początków, aczkolwiek jak dla mnie coś tutaj nie zagrało tak jak powinno. Ten pozbawiony kolorów film wygląda tak bezdusznie jak to tylko możliwie, nie ma w sobie tej iskry co np filmy komika, brak mu zwyczajnie kultu na który trzeba pracować latami. Przez większość seansu miałem niestety wrażenie, że obrazy przelatujące przed oczami są wykalkulowane, precyzyjnie wyliczone, zrobione tak by kinoman dziękował, że taki film jak Artysta w ogóle powstał.
W 2011 powstały dwa obrazy poświęcone narodzinom X muzy, drugim z nich był Hugo i jego wynalazek. Teraz śmiało mogę przyznać, że dzieło Martina Scorsese w moim odczuciu wypadło  okazalej. Rozdmuchane do granic możliwości pełne przepychu kino, celniej trafiło w moje serce, bardziej intensywnie wbiło się w świadomość. Co jest doskonałym przykładem na to, że skromność nie zawsze musi być cnotą. 5/10

wtorek, 9 października 2012

Seraphim Falls (2006)

Seraphim Falls (2006) – jest doskonałym przykładem to na jak posługiwać się dobrze napisanym scenariuszem, jak wycisnąć z niego cały potencjał, posługując się tak banalnym narzędziem jakim jest trzymanie widza w napięciu, powolutku zdradzając mu fabułę. Pierwsze sceny filmu zabierają nas w środek opowieści, zostajemy postawieni przed faktem dokonanym. Z biegiem czasu poznajemy motywy działań bohaterów, ale i tak ponad połowa seansu upływa na próbach rozwiązania zagadki, a opowiedzenie się po którejś z stron jest bardzo trudne. Reżyser celowo rzuca widzowi malutkie części układanki, by jak najdłużej utrzymać go w niepewności i wychodzi mu to bardzo dobrze.
Obraz charakteryzuje się prostą budową, liniowość fabuły nie szkodzi mu praktycznie wcale, jest to dzieło z świetnymi zdjęciami no i oczywiści przyzwoitą grą aktorską. Liam Neeson oraz Pierce Brosnan okazale wypadli jako oponenci, ich gra wydaje się być całkowicie naturalna, iskrzy między nimi aż miło, mimo, że do spotkania twarzą w twarz trzeba trochę poczekać. Mamy do czynienia z dwoma mocnymi charakterami, skoncentrowanymi na cel, który musi uświęcić środki. Te dwie świetnie napisane postacie dzwigają na barkach cały filmy, z resztą jest on stworzony dla nich, dla pokazania czym jest odwaga, męskie spojrzenie na pewne sprawy, lojalność i odpowiedzialność za własne czyny. 8/10

środa, 3 października 2012

Avengers (2012)

Avengers (2012) – pochwalam tak bezczelne działanie jakim było stworzenie kilku bohaterów, nakręcenie z nimi paru filmów, by w końcu obsadzić ich w jednym wielkim, konkretnym dziele, które miało zmiażdżyć widownie. Tak też się stało, Avengers w rankingach wypadło świetnie, zadowoliło widzów i szczęśliwie nie przekroczyło granicy dobrego smaku, durnych dialogów, ogólnie mówiąc -tych błędów, przez które wielkie produkcje popadają w niepamięć. 
Interesującym jest fakt, że po raz setny dostajemy to samo, a i tak ludzie chodzą do kin, film zarabia na siebie, a powstanie kolejnej części to tylko kwestia czasu. Twórcy nie kryją się zbytnio z wtórnością, idą krok po kroku po ustalonym schemacie. Pierwsze 10 minut sensu to wielka ropierducha, później poznajemy bohaterów, którzy dostają po nosie. Po porażce, zbierają się w sobie, organizują się na nowo i oczywiście odsuwają plany destrukcji planety ziemia w przyszłość. Na próżno szukać prób zrobienia czegoś w innowacyjny sposób, film jest przewidywalny do bólu, ale zrealizowany tak żebyśmy byli usatysfakcjonowani. Widać pieniądze włożone w obraz, efekty specjalne (choć dziś to już nie jest tak duży atut jak kiedyś) wypadły przyzwoicie, jak coś się wali, wybucha to efektownie i przeważnie tylko po to by się waliło i wybuchało. Szczęśliwi reżyser nie zapomniał o innych aspektach dobrze prowadzonej historii. Pozwala aktorom rzucać ciętymi, zabawnymi tekstami, mruga do widza i daje jasno do zrozumienia, że o zabawę tutaj chodzi, o nic więcej. W tej kwestii prym wiedzie oczywiście Robert Downey Jr., jako Iron Man, ale reszta obsady jeśli musi się bronić przed żartami filantropa, naukowca, geniusza robi to w sposób wściekle zacięty, a przy tym zabawny. Seans można polecić z czystym sumieniem maniakom  komiksu i kinomanom, którym nie straszne czystko rozrywkowe kino. 7/10

niedziela, 30 września 2012

Sherlock Holmes: Gra cieni (2011)


Sherlock Holmes. A Game of Shadows (2011) – kiedy entuzjasta runa leśnego opuszcza łono natury z pustym koszykiem, może czuć się zawiedziony, zniechęcony bezproduktywnymi poszukiwaniami. Gdy spodziewając się lejącego ukropu z nieba i świeżej rybki z nadbałtyckich restauracji, dostajemy ledwie ciepły dzień i mrożonki, też możemy się poczuć oszukani. Jednak posiadając zdolność szybkiej adaptacji do zaistniałej sytuacji, otwarty umysł można czerpać przyjemność z rzeczy na które nie do końca byliśmy nastawieni. Tym tropem podąża reżyser w drugiej odsłonie przygód Sherlocka Holmesa, przedstawiając losy detektywa w sposób całkowicie odmienny od tych z książek Doyle. 
Guy Ritchie, ukazuje swoją wizję detektywa w sposób spektakularny, przepełniony zdjęciami potrafiącymi zapierać dech w piersiach, akcją pędzącą w zawrotnym tempie zapominając o wspólnym mianowniku dla przygód bohaterów. Film należy do kategorii – nie ważne jak, byle do przodu i z przytupem. Obraz często wprowadza w zakłopotanie widza, bo ten nie do końca może sobie przypomnieć co było kilka minut temu na ekranie. Sceny nie wynikają jedna z drugiej, czasami łączą się w dziwny sposób, wprowadzając niepotrzebne zamieszanie. 
Niesprawiedliwością było by pominąć fakt, że mimo ogromnego chaosu na ekranie chwile spędzone przed nim są przyjemne. Czas umilają świetne zdjęcia, kostiumy, scenografia dopracowana w szczegółach, a na pierwszy plan wysuwają się aktorzy grający główne role. Robert Downey Jr. oraz Jude Law zaprezentowali szczere aktorstwo, ogląda się ich jak parę starych dobrych kumpli na dobre i złe, potrafią rozbawić i uspokoić choćby tylko na moment zamęt w fabule. Jako kino czysto rozrywkowe, na wieczór po ciężkim dniu w sam raz, na raz. 7/10

środa, 26 września 2012

Pieskie popołudnie (1975)


Dog Day Afternoon (1975) – Nowy York u progu lat siedemdziesiątych prezentował się okazale, miał swój klimat i intrygujący kontrast. Twórcy filmu w pierwszych minutach pokazują w jak odmienny sposób można spędzać popołudnie, jak  może wyglądać podróżowanie, świetnie punktują w tych kilku migawkach, rozwarstwienie społeczne nakreślając jakimi prawami rządzi się metropolia. Z tej niższej klasy wywodzi się jeden z głównych bohaterów filmu Sony  Wortzik (świetny, świeży Al Pacino), jako głównodowodzący ekipie napadającej na bank. Traf chciał, że sejf świecił pustkami, jeden z wspólników uciekł z miejsca zbrodni, a policyjne radiowozy pojawiają się niebywale szybko pod bankiem. Sony postawiony pod ścianą zaczyna kombinować, wymyślać plan na nowo, wierząc w to, że wybrnie z nieciekawej sytuacji. Pomóc mają media i licznie zgromadzona publiczność, która szybko zaczyna trzymać stronę przestępców, widząc nielogiczne i brutalne działania władz.
Obraz oparty o prawdziwe wydarzenia broni się swą prostota, dobrym aktorstwem i potrafi sprawić, iż widz do końca seansu będzie się zastanawiał jak to się skończy. Mimo, że na ekranie nie dzieje się wiele, nie odczułem znużenia, spokojnie prowadzenie fabuły tylko podkreśla fakt źle zaplanowanego napadu. Główni bohaterzy to w gruncie rzeczy mało doświadczeni w fachu znajomi, których życie zmusiło do tak drastycznych posunięć. Rozwijająca się fabuła, powoli odkrywa motywy obu panów i do czasu jest wszystko na miejscu i logicznie prezentowane. Jednak z rozwojem sytuacji (nie znam faktów z prawdziwego napadu) scenariusz zbacza na wątek mało przekonujący, sztuczny i wymuszony, zrobiony dla taniego poklasku. Pomijając tą część, Pieskie popołudnie to kawał dobrego kina, warto go odhaczyć na liście zobaczone. 7/10

poniedziałek, 17 września 2012

Rampart (2011)


Rampart (2011) – szumnie zapowiadany dramat policyjny, padł ofiarą źle i nieprecyzyjnie prowadzonej kampanii reklamowej. Dlatego też nie może dziwić słaba ocena na IMDb, bo jeśli publiczność spodziewa się fabuły z zwrotami akcji, brutalnymi scenami - mniej lub bardziej uzasadnionymi, pościgów samochodowych i decyzji gliniarza na skraju legalności to mogła poczuć się oszukana. Rampart to dramat z krwi i kości, brak tu miejsca na popisy na fajerwerki, to obraz smutny, spoglądający surowym okiem na życie policjanta stanowiącego prawo, interpretując je na swój sposób.
Reżyser obrazu przenosi widza do lat 90 tych, do Los Angeles gdzie afera korupcyjna w szeregach policji wychodzi na jaw, a policjant i szacunek do władzy jest czymś obcym dla obywateli. Główny bohater, Dave Brown (genialny Woody Harrelson) już po przebudzeniu zaczyna dzień w niecodziennym dla szarego człowieka otoczeniu. Wychodząc do pracy mija dwie kobiety, byłe kochanki, które na dokładkę są siostrami, z każda z nich ma córkę, a dziwne podejście do wspólnych posiłków to kwestia wyblakła na planie innych dziwactw. Dave należy do tej grupy policjantów, mających się za samotnych stróżów prawa, za ludzi brnących w bagno naciągnięć, przeinaczeń bo po pierwsze ktoś to musi robić, a po drugie tylko tak można efektywnie pracować. Postać grana przez Harrelsona, to człowiek z głową na karku, potrafiący wyłgać się z każdych tarapatów, aż do momentu kiedy agresywne zatrzymanie czarnoskórego mężczyzny zostaje upublicznione i napiętnowane w mediach. Od tej chwili film przeistacza się w gorzką opowieść o radzeniu sobie w krytycznych sytuacjach, atakuje widza „brudem” ulicy i nagle się kończy zostawiając go z niczym. Po krótkim namyśle i małym rozczarowaniu z finału przychodzi myśl, że ten obraz musiał się tak skończyć. Jakiekolwiek rozwiązanie sytuacji Browna było by mało oryginalne i podobne do dziesiątej innych w tego typu produkcjach. A tak twórca zostawia nas sam na sam z myślami i oceną wyrwanej z ram czasu historii.  
Te zakończenie bez puenty, bez jakichkolwiek wyjaśnień doskonale podsumowuje tej obraz, jako dzieło chaotyczne, niedokończone, szare (mimo miejsca akcji) brutalnie obnażającej fakt, że dobro i zło dzieli cieniutka prawie niewidoczna linia, często przekraczana na potrzeby większego zysku. Zachęcam do oglądania, film jest twego wart, mimo ciężkiej atmosfery, przygnębiającego klimatu i pstryczka w nos dla nieuważnego widza, który może nie poznać w pierwszej chwili   bardzo charakterystycznego aktora (tak, nie poznałem Fostera). 8/10

piątek, 7 września 2012

Boss (2011-?, sezon 1)

Boss (2011-?, sezon 1) – serial stacji Starz, który szybko osiągnął sukces, został okrzyknięty jako jedna z najlepszych serialowych premier 2011 roku opowiada o ciemnej stronie polityki. Oto burmistrz Chicago Tom Kane (Kelsey Grammer
,wspaniała kreacja), prowadząc swój urząd zdecydowanie i bezkompromisowo ni stąd ni zowąd dowiaduje się o chorobie wyniszczającej komórki mózgowe, co w ostateczności prowadzi do utraty świadomości i samodecydowania. Diagnoza zostaje okryta wielką tajemnicą, a widz z odcinka na odcinek będzie śledził losy chorego człowieka rządnego władzy , nie mającej niczego wspólnego z demokracją, praworządnością czy zwyczajną uczciwością.
Serial obnaża polityków z wszystkiego co w człowieku dobre i przedstawia go jako zwierze pragnące kontroli i pieniędzy. Twórcy obrali ciężki kaliber, atmosfera każdego epizodu jest duszna przepełniona korupcją, zdradą, seksem jako chwilowym oderwaniem się od spraw codziennych. Fabuła potrafi zmęczyć, wyczerpuje widza ciągłym przekopywaniem się przez brudy polityków. Obserwacja każdego pojedyńczego kroku burmistrza i jego najbliższych nigdy nie jest jednoznaczna, tam czai się drugie dno, druga strona medalu odkrywana powoli przez twórców.
Dzieło kablówki od strony wizualnej to majstersztyk. Sceny rozmów, w szczególności tych istotnych, obfitują w liczne zbliżenia, najazdy, oddające delikatne ruchy mięśni twarzy, które czasami oddają więcej aniżeli dziesiątki słów. Producenci dołożyli wszelkich starań by kamera była członkiem scen, a nie tylko obserwatorem. Zapraszam gorąco do oglądania, bo choć serial trudny w odbiorze to jednak daje satysfakcję i nadzieję na solidne produkcje telewizyjne. 8/10

wtorek, 21 sierpnia 2012

Safe House (2012)

Safe House (2012) – CIA to ma ciężki żywot w kinie, twórcy znęcają się nad agencją jak tylko można. Większość powstałych filmów, gdzie amerykański wywiad jest czymś więcej aniżeli tylko tłem, mówi o przekrętach, matactwach, nadużyciach z strony władz. Kino znęca się nad tą jednostka wywiadowcza z dwóch powodów. Po pierwsze – można tworzyć wielowątkowe opowieści o zdradzie oraz trafić do amerykańskiego widza, który siłą rzeczy musi znać owy odłam władzy wykonawczej i każdy przytyk w ich kierunku może skutkować wykupowaniem biletów w kinach.
Matt Weston (Ryan Reynolds), to gospodarz agencyjnej kryjówki w jednym z miast Południowej Afryki. Obserwując z ukrycia ulice miasta przez 12 miesięcy zaczyna mieć dosyć miejsca do którego został przydzielony. Jego sytuacja szybko zmienia się kiedy do twierdzy wpada grupa specjalna z jednym z największych zbirów w oczach CIA. Okazuje się nim były agent Tobin Frost (Denzel Washington), zdrajca, jeden z odważnych którego było stać na postawienie się swoim mocodawcom. Kiedy na super tajna miejscówkę napadają brutali najemnicy chcący zgarnąć Frosta (ten posiada coś interesującego) Weston będzie zmuszony mu pomóc w ucieczce, bić się z myślami co robić dalej, a obecność człowieka pozbawionego skrupułów nie ułatwia mu zadania.
Jeśli w kilu słowach musiałbym określić film, bez namysłu mianowałbym go jako sensacyjny średniak z odrobiną tego czegoś co potrafi zatrzymać przed ekranem, nawet kiedy dialogi potrafią być bezdennie głupie. To film środka gdzie ciekawy scenariusz wpada w własne sidła, plącze się, jest zbyt przewidywalny, ale widz przymyka na to oko bo aktorzy robią co mogą by nas zainteresować. Safe House to dzieło niewyróżniające się niczym szczególnym, będące powielaniem pomysłów już dawno zastosowanych, aczkolwiek i obrazem pozwalającym się odprężyć w najprostszym tego słowa znaczeniu. 6/10

piątek, 10 sierpnia 2012

Siostra Jackie (2009-?, sezon 2)

Nurse Jackie (2009-?, sezon 2) – pierwszy sezon zakończył się solidnym clawfingerem, który tradycyjnie nie zostanie rozwiązany w pierwszym ani nawet ostatnim odcinku drugiego sezonu. Akcja drugiej odsłony serialu zaczyna się trzy miesiące po tym jak (spoiler) Eddie ląduje w barze męża pielęgniarki. Ciekawe jest to, że zażyłość panów jest coraz większa, granicząca z szczerą przyjaźnią, co w obecnej sytuacji, będzie owocowało coraz ciekawszymi sytuacjami. Opisywany sezon to równia pochyła dla głównej bohaterki. Z jednej strony, zawodowo spisuje się wyśmienicie, trudności z biurokracją czy szczególnym podejściem do pacjenta nie stanowią dla niej problemu. Niestety druga strona medalu nie wygląda już tak dobrze. Wspomagacze od których Jackie nie stroni, maja na nią coraz większy wpływ, zaczynają kolidować z obowiązkami w pracy w domu, pętla na szyi coraz bardziej się zaciska.
Scenarzyści nie zmienili swojego zapatrywania na przedstawianie problemów medycznych. Te są ukazane w sposób analogiczny do poprzedniego sezonu. Na odcinek przypadają przeważnie dwa przypadki, są mało skomplikowane i służą raczej do wskazania problemów społecznych, podejmują temat nielogicznej polityki zdrowotnej. Odwzorowują codzienność izby przyjęć, tutaj gej przywożący ciężko chorego męża nie chce być postrzegany jak dumny przedstawiciel grupy społecznej, tylko osoba cierpiąca przy łóżku ukochanego. Producentom udaje się przybliżyć widzowi światopogląd nowojorczyka, dają jasno do zrozumienia, że funkcja pielęgniarz jest niczym w stosunku do tej pełnionej przez dyplomowanego doktora w oczach tych bardziej wykształconych.
To co jest główna siłą serialu, teraz jeszcze mocniej zostało rozbudowane, jeszcze solidniej zostały rozpisane role bohaterów. Nikt z obsady szpitala nie jest tym kim by się mogło wydawać na pierwszy rzut oka. Czerpałem wiele radości z poznawania nowych cech poszczególnych postaci z ich ewolucji i to nie ważne w jakim kierunku. Rozwój charakteru pokazany jest zawsze w intrygujący sposób, a często w bardzo zabawny. W tym sezonie w dziedzinie kradnięcia scen dla siebie wygrywa Merritt Wever jako siostra Zoey. Przekonamy się, że sceny z jej udziałem praktycznie zawsze potrafią wywołać uśmiech na twarzy. Z pozoru nieporadna, ciapowata przeistacza się na oczach widza w pełną pożądania kobietę w profesjonalistkę w swoim fachu z odrobiną pozytywnego szaleństwa. 8/10

niedziela, 5 sierpnia 2012

Dotyk zła (1958)

Touch of Evil (1958) – granice meksykańsko-amerykańską przekracza samochód z bombą w bagażniku. Wiadomo jest, iż czas do jej odpalenia to kilka chwil. Pojazd mija ludzi, przejeżdża obok głównych bohaterów i nic, jedzie dalej. Kiedy wydaje się, że nici z eksplozji ta pojawia się znikąd i wywołuje uśmiech na twarzy i przypuszczenie, że Orson Welles będzie się tak bawił z widzem do końca seansu.
Zdetonowany ładunek, zabija dwoje ludzi już na terenie USA, ale bomba została prawdopodobnie podłożona na terytorium Meksyku więc do śledztwa jako obserwator włącza się Mike Vargas, szanowany stróż prawa do drugiej stronie granicy. Na jego nieszczęście akcją dowodzi kapitan Hank Quinlan, rasista, cynik człowiek z sumieniem, które umarło wraz z żoną. Od tej pory uczestniczymy w potyczkach między policjantami w dziwnych gierkach prowadzących do rozwiązania śledztwa. Będziemy świadkami sytuacji, nie do końca zrozumiałych i akceptowalnych dla ludzi z oznaką, a sfera niedopowiedzeń i domysłów będzie z minuty na minute większa.
Kiedy na ekran wjeżdżają napisy końcowe szybko dopadły mnie trzy wnioski doskonale podsumowujące pracę reżysera. Zaczynając od puenty obrazu, która grzebie oryginalność kilku seriali policyjnych, poprzez wspaniałą kreacje jaka stworzył Welles na ciekawej i pogmatwanej historii kończąc. Twórca prezentuje dwa podejścia do pracy w policji, gdzie Vargas jest przykładem uczciwego stróża prawa o nienagannym wyglądzie, a Quinlan przedstawiany jest w sposób karykaturalny i odpychający. Te dwie wizje i ich słuszność reżyser pozostawia do oceny widza, starając się jak najbardziej utrudnić mu wydanie werdyktu. To zderzenie przeciwstawnych biegunów wprowadza niesamowity klimat, napięcie i zwyczajna radość z oglądania dla kinomana. Polecam zobaczyć wersje ostatecznie zatwierdzoną przez reżysera, tylko ona oddaje prawdziwe przesłanie jakie zawarł Welles. 8,5/10

niedziela, 29 lipca 2012

John Carter (2012)


John Carter (2012) – obraz padł ofiarą przesytu, przekombinowania i ślepego brnięcia w rozbuchaną do granic możliwości historię, gdzie logiczne myślenie praktycznie nie istnieje. Wytwórnia Disneya stworzyła doskonały przykład jak zmarnować pieniądze, jak z ogromnego budżetu stworzyć film który tylko chwilami zachwyca od strony wizualnej, a załamuje widza praktycznie w każdej innej. Najbardziej boli chyba to, iż pomysł na opowieść był naprawdę przyzwoity, ba nawet początek filmu był wykonany w sposób zachęcający do oglądania.
Niestety wszystko zmienia się kiedy tytułowy bohater przenosi się na czerwoną planetę. Czas w jakim dzieje się akcja to koniec XIX wieku, właśnie wtedy John, poszukiwacz złota, nieświadomie odbywa podróż międzyplanetarną. Dziś w dobie podróży kosmicznych i rozwiniętej technologii przebudzenie się postaci w innym świecie wywołało by totalny szok. Sto lat temu w społeczeństwie wkraczającym dopiero w okres wielkich odkryć, taka przygoda powinna wywołać paranoje i szybką śmierć z rąk rodowitych mieszkańców Marsa. Ten całkowicie nieprawdopodobny i strasznie uproszczony proces jest początkiem bredni, przeinaczeń, nonsensów jakie przyjdzie nam oglądać. Twórcy poszli na całość, dali upust swojej wyobraźni, zapominając o tym, że widz ciężko będzie miał uwierzyć w to co widzi, że mieszanie fantasy z komedią, kinem familijnym i sensacją to trudna do połączenia mieszanka, która tutaj niestety nie wyszła.
Na plus można przypisać obrazowi fakt, że nie wyszedłem z sali kinowej, nie dostałem załamania nerwowego po seansie, a moralny i artystyczny kac szybko przeminął. 5/10

czwartek, 19 lipca 2012

Breaking Bad (2008-?, sezon 4)


Breaking Bad (2008-?, sezon 4) – trzy poprzednie sezony zamieszały wśród publiczności. Serial małej stacji kablowej stał się rozpoznawalny, ceniony, a aktorzy grający główne role zaczęli wypływać na szerokie wody Hollywood. To cieszy, ponieważ Bryan Cranston jak i Aaron Paul zaprezentowali się w czwartym sezonie nadzwyczaj okazale. Udowodnili, że znajdują się na odpowiednim miejscu i wzięli na swoje barki niedociągnięcia scenarzystów i twórców serialu. 
Rzeczy trzeba nazwać po imieniu, emitowane podczas wakacji odcinki odbiegały od poziomu prezentowanego wcześniej. Początkowe odsłony rozliczają się z wydarzeniami prezentowanymi w poprzednim sezonie. Nie było by w tym nic złego gdyby nie to, że momentami wieje nudą. Jessie miota się z myślami, robi ze swojego domu melinę tylko po to by nie być sam. Walter odkrywa rąbka tajemnicy przed rodziną (wymyśla historię skąd ma pieniądze), zaczyna przewidywać przyszłość, zabezpiecza się na nią, ale to także niewiele wnosi do fabuły. Jedyne czym udało się scenarzystom przyciągnąć mnie  do ekranu to rozpisywanie dialogów w małżeństwie Whitów, ich relacje wypadają jak z życia wzięte, autentyczne i szczerze. Szczęśliwie sytuacja poprawia się około piątego odcinka, kiedy Hank przestaje litować się nad samym sobą i wtrąca nos w dawne śledztwo. Obserwowanie szwagrów pracujących wspólnie nad sprawą wytwórcy metaamfetaminy, wreszcie staje się emocjonujące. To dopiero postać agenta DEA sprawia, że sytuacja nabiera tempa, a na następny odcinek czeka się z niecierpliwością. Po przekroczeniu połowy sezonu fabuła nabiera rumieńców i wreszcie nie pozwala spokojnie usiedzieć w fotelu. Ostatnie epizody posiadają wszystko to do czego przyzwyczaili nas producenci, hipnotyzują i zapadają w pamięć. 7,5/10

piątek, 13 lipca 2012

Kontrabanda (2012)

Contraband (2012) – kto ma ochotę zobaczyć coś oryginalnego niech sięgnie do skeczu kabaretu Ani Mru Mru z Tofikiem w roli głównej, albo zobaczy coś z klasyki, bowiem Kontrabanda schematem stoi i nic sobie z tego nie robi. Od początku, dosłownie na samym starcie zgadujemy, że ten co zaczyna wieść uczciwe życie będzie musiał wstąpić na dawną ścieżkę zbójowania. Domyślać się też można jak cała historia się zakończy, jak prowadzona będzie akcja i to, że zobaczymy wyczyny „czasowo-kaskaderskio-niekoniecznie-logiczne uzasadnione.
Chris Farraday, od jakiegoś czasu prowadzi własny legalny biznes, montując alarmy. Chris do niedawna trudnił się przemytem, w branży funkcjonował jako Houdini szmuglerki. Nieszczęśliwie jego szwagier dalej zajmuje się podobnym fachem i natrafiając na kontrolę celną wyrzuca za burtę drogocenny towar, za który będzie musiał zapłacić właścicielowi.
Głównym problemem filmu jest fakt wypełniania scenariusza punkt po punkcie w sposób tak podobny do setek innych. Historia nawet kiedy ma zaskakiwać nie czyni tego w sposób opadania szczęki u widza, a tylko wprowadza czynnik zmieniający odrobinę linię fabuły. Później wchodzimy do lasu gdzie na każdym drzewie widnieje tabliczka z opisem danego pomnika przyrody. Taka jazda jest nam fundowana do samego końca. Jasne, że jest trochę akcji, są sytuacje gdzie bohater musi chronić najbliższych nie patrząc na nic, co potrafi podnieść ciśnienie, ale to wszystko wygląda jak klisza kliszy. Aktorzy mogący podnieść dzieło z wysypiska próżności i braku pomysłów (film jest amerykańską wersją Reykjavik-Rotterdam) nie zrobili tego. Nie winię Marka Wahlberga, ponieważ zagrał przyzwoicie i nie można mu szczególnie niczego zarzucić. Żal, że Ben Foster tak mało gościł na ekranie, a kiedy już to robił nie dawał z siebie wszystkiego czym dysponuje jako aktor. 5/10

sobota, 7 lipca 2012

Nietykalni (2011)

Intouchables (2011) – nie przepadam za filmami tak popularnymi i chwalonymi jak ten, niechętnie zaglądam na podwórko, które z założenia ma mnie rozłożyć na łopatki, rozbawić i wprawić w idealny nastrój. Nonkonformistyczne podejście do spraw mniej lub bardziej istotnych nie pozwala się śmiać, wzruszać na dziele tak rozchwytywanym i modnym w środowisku blogerów. 
Tajemnica to domena kobiet, więc bez „kozyry” mogę napisać, że film mnie zachwycił, rozbawił, wzruszył, dał chwilę oddechu od codzienności, a narzekania z wstępu i moje niepoddawanie się owczemu pędowi w tym przypadku muszę włożyć między bajki. Francuzi sprawili, że kolejny raz czułem się na seansie jak zaczarowany, jako uczestnik w czymś pięknym, zabawnym i niegłupim. Wytwórcy najlepszych na świecie bagietek z prawdziwej historii zrobili interesujący film, który porywa szczerością, humorem i niefatalistycznym poglądem na poważną chorobę, a to świadczy o dystansie do samego siebie i wielkiej tolerancji w dobrym tego słowa znaczeniu.
Nietykalni to opowieść o przyjaźni dwóch mężczyzn, zrodzonej praktycznie od pierwszych chwil poznania się. Jeden z nich to sparaliżowany od szyi w dół milioner, a drugi zajmuje się życiem na ulicy i pobieraniem środków do życia z zasiłku. Twórcy nie meczą widza wydłużającymi się scenami, kiedy bohaterowie się poznają i powoli zaprzyjaźniają. Tutaj chemia jest od początku, mamy do czynienia z koalicją nieprzesłodzoną, szczerą i oddającą naturę obu postaci. Olivier Nakache, Eric Toledano jako autorzy oddają w sposób prawdziwy korelację pracodawcy z pracownikiem, pokazują jak odmienne światy mogą się wzajemnie uzupełniać, rozumieć i szanować. W perfekcyjny sposób potrafią wyśmiać wywindowane do niebotyczych cen dzieła sztuki, ośmieszyć konwenanse wyższych sfer oraz przedstawić codzienność człowieka z blokowiska.
Fabuła czasami idzie na skróty, są chwile delikatnie oderwane od rzeczywistości, ale te mankamenty wynagradzają aktorzy. Nietykalni to popis aktorski głównych bohaterów. François Cluzet jako osoba sparaliżowana gra tylko twarzą, aczkolwiek robi to na tyle przekonująco, że wiara w jego kalectwo nie wymaga wielkiej wyobraźni. Główne postaci są dwie i choć się nawzajem równoważą i uzupełniają to jednak Omar Sy zawładnął ekranem. Aktor posiada nieskończony wachlarz mimiki twarzy, bawi najmniejszym gestem i sprawia, że chce się go oglądać. Polecam, wspaniałe kino. 8,5/10

niedziela, 1 lipca 2012

Star Trek II: Gniew Khana (1982)

Star Trek: The Wrath of Khan (1982) – po pierwszym kontakcie z kinową odsłoną Treka, kolega milczący_krytyk wyjaśnił mi na czym polega fenomen owych filmów. Mądrzejszy o wiedzę, z wielką przyjemnością, ogarnięty pozytywnym nastawieniem zabrałem się za film. Nie twierdzę, że stałem się zagorzałym fanem serii, ale zaczynam pojmować dlaczego często kiczowaty, nie do końca dopracowany film może się podobać.
Na dzień dzisiejszy opisywany film nie ma prawa obronić się jeśli chodzi o efekty specjalne, nie można mu zarzucić tandetnego wystroju statków kosmicznych, bo nie mieli w latach osiemdziesiątych green boxa ułatwiającego wypełnić luki w budżecie. Można pochwalić obsadę, aktorzy zagrali wyśmienicie, a fabuła choć banalna nie raniła zmysłów widza. Tytułowy Khan (Ricardo Montalban), za zaszłości historii pragnie zemsty na kapitanie Kirku. Jest przekonany, że dowódca statku Enterprise musi udać się w zaświaty, a on sam aspiruje do stanowiska wielkiego władcy kosmosu. Odwet zaczyna się od przejęcia stacji kosmicznej na której znajduje się urządzenie potrafiące zdziałać cuda, a konkretniej może na planecie gdzie życie dawno już ustało odtworzyć je na nowo. Jednakże sami naukowcy prędko zorientowali się, iż narzędzie zastosowane na zamieszkałym ciele niebieskim zrobi z niego świat bogaty w zieleń, tlen nie wliczając w to populacji już tam mieszkającej.
Fabuła nie należy do skomplikowanych, nie jest rozbudowana, wielopoziomowa ale śledzenie losów bohaterów potrafi sprawić delikatną przyjemność. A obserwujemy aktorów, którzy znają się z pierwszej części, co widać na planie. Odtwórca głównej roli William Shatner niepodzilnie rządzi na ekranie, jest tym który spaja wszystkich aktorów, to dzięki niemu ekipa daje z siebie tyle na ile jest w stanie z sporą domieszka swojskości i widoczną chemią pomiędzy nimi. To Shatner na swoich barkach trzyma obraz jako całość, to facet którego chciało by się zaprosić na imprezę nie zważając na fakt prawdopodobnej interwencji służb mundurowych wezwanych przez sąsiadów.
Zemsta Khana to dzieło lekko przebrzmiałe, poddające się zębowi czasu, aczkolwiek dobrze zagrane, z nutką humoru tuszującego wszystkie niedoskonałości. 7/10

poniedziałek, 25 czerwca 2012

Pieskie życie (1918)

A Dog's Life (1918) – sen w pomieszczeniu z przeciągiem nie służy niczemu dobremu, zdając sobie z tego sprawę włóczęga eliminuje tę niedogodność zakrywając nieszczelności szmatką. Wszystko było by w porządku, gdyby nie to, że bohater zażywał biernego odpoczynku na łonie natury, pod chmurką. Uwielbiam takie wstępy u Chaplina, rozbrajają widza w pierwszych chwilach seansu, wprowadzając w dobry nastrój.
Wnosząc po tytule, wnioskując po wstępie trwającym połowę filmu, można się spodziewać fabuły, której trzonem będzie przyjaźń człowieka z uratowanym z opresji psem. Fakt, zażyłości między wymienionymi istnieje na prawdę i do końca seansu, aczkolwiek Chaplin nie byłby sobą gdyby nie umieścił w filmie kobiecej roli. Jest nią nieśmiała śpiewaczka , dziewczyna niewinna, dowiadująca się z złych źródeł czym jest flirt. Odtwórca głównej roli mimo ciężkiego początku z artystką, szybko darzy ją uczuciem zwieńczonym doskonałym związkiem. 
Chaplin pod koniec lat dwudziestych był bardzo zapracowany, przeglądając listę produkcji w których brał udział można dostać zawrotu głowy. Nad „Pieskim życiem” trwającym ponad pól godziny, filmie o dwóch wątkach z rozwinięta jak na nieme kino historią, komik zasiadł i wykonał niezłą robotę. Zagrywki komediowe, siłą rzeczy powtarzające się w jego dziełach, tutaj rozłożone są w sposób idealny. Jest czas na sprytne ucieczki przed policją, jest czas na mimikę, przekaz niewerbalny i tradycyjnie obrywanie po głowie. Tutaj nie ma przesytu jednego rodzaju żartu, obraz ma sporo powietrza, przestrzeni i ten odrobinę groteskowy klimat tamtych lat. 
Zapraszam na seans w którym doznacie wspaniałej okazji (w niemym wydaniu)  zobaczenia Chaplina w porządnym, dobrze skrojonym stroju w słomkowym kapeluszu, posiadającym dom, rodzinę i kominek (dymiący do wewnątrz?!). 8/10

środa, 20 czerwca 2012

The Immigrant (1917)

The Immigrant (1917) – jakże to inny film od tego zamieszczonego w ostatniej notce. Tym razem Chaplin bawi się z widzem w bardziej subtelny sposób. Już w otwierającej scenie, gdzie widzimy komika jednoznacznie cierpiącego na chorobę morską, reżyser daje do zrozumienia, że obraz będzie czymś więcej aniżeli tylko biciem w facjatę osobę stojącą akurat obok.
Opowieść o imigrancie można podzielić na dwie części. Pierwsza sekwencja kręcona jest na statku płynącym do Nowego Jorku, opowiada o perypetiach pasażerów o tym jak  radzą sobie w ciężkich warunkach na pokładzie statku, gdzie zjedzenie posiłku jest sporym wyczynem. W tej części Chaplin ujawnia swój urok i słabość do kobiet. W zalotny i jednoznaczny sposób ustępuje kobiecie miejsca przy stole, pociesza ją kiedy ta dowiaduje się, że okradziono jej matkę. Człowiek o charakterystycznym kroku nawet podczas gry w kości, prowadzonej nie całkiem uczciwie, jawi się jako postać pozytywna i urokliwa. Druga połowa obrazu to już wielki pokaz umiejętności, demonstracja talentu twórcy. Akcja bez ceregieli przenosi się na ląd, do tak prozaicznych czynności jak posiłek i radzenie sobie z rachunkiem, gdy pustka w kieszenie. Wizyta w restauracji przepełniona jest smaczkami, delikatnym mruganiem do widza, gestami które bawią i są genialne w swojej prostocie. Twórca serwuje w jadłodajni co prawda sekwencję slapstickową, ale nie służy ona  pokazywaniu przemocy jako takiej, a dobitnie obrazują gościowi restauracji jak kelnerzy traktują delikwenta bez pieniędzy. Zapraszam, takie filmy należy pielęgnować, warto o nich pamiętać.7,5/10

czwartek, 14 czerwca 2012

Charlie bokserem (1915)

The Champion (1915) – na Euro pseudo kibice się leją, media żyją z ukazywanie tej gorszej strony człowieczeństwa. Kino staje się coraz brutalniejsze zanika sfera domysłu, przemoc podawana jest w sposób dosłowny. Wydaje się, że zdziczenie społeczeństwa jest domena naszych czasów, że to co dzieje się w życiu codziennym i na srebrnym ekranie istnieje tylko teraz, a dawniej to było spokojnie i przyjemnie. Nic bardziej mylnego, powstały prawie sto lat temu film Chaplina prezentuje w ordynarny sposób nienawiść, zniszczenie, niegodziwe podejście do rywalizacji sportowej, bezczelnie emanuje przemocą... w sposób na tyle dosadny i humorystyczny, że moją prowokacyjną tezę można zdmuchnąć jak domek z kart.
Włóczęga tym razem zostaje bokserem. Jak to zwykle u Chaplina bywa wiele w życiu głównego bohatera dzieje się przypadkiem. Ten bowiem znajduje podkowę, dosłownie wpada na trening do sali bokserskiej, a jedyne co robi z premedytacją, to umieszcza metalowy talizman w rękawicy co powoduje zawrotną karierę na ringu i w krótkim czasie walkę o tytuł mistrzowski.
Pierwsza komedia slapstickowa powstała trzy lata wcześniej aniżeli Charlie bokserem, ale film z 1915 może śmiało pełnić rolę szablonu, wzorca z którego można garściami czerpać. Podczas seansu nie ma dłuższej chwili spokoju, tutaj cały czas coś się dzieje, nie ma sceny w której ktoś, nawet kobieta, nie dostaje czymś w twarz. Sukcesem reżysera jest to, iż powtarzalne gagi śmieszą do napisów końcowych. Jeśli złapiemy zajawkę na początku seansu, to gwarantuję doskonały, prosty jak drut, ubaw po pach do samego końca. 7/10

niedziela, 10 czerwca 2012

Patton (1970)

Patton (1970) – otwierająca film scena przemówienia generała Pattona przedstawia wodza jako miłośnika wojny, żądnego krwi przywódcy. Podczas seansu to przekonanie zdaje się tylko pogłębiać i zacząłem sobie zdawać sprawę, że oglądam historię człowieka na odpowiednim miejscu, nie polityka tuszującego różnego rodzaju wpadki, niczym nie zatwierdzone działania na polu walki tylko faceta z honorem i charyzmą pozwalającą przemówić do wielu. O słuszności wojen, czy też o sprzeciwianiu się takiemu dialogowi można rozmawiać w nieskończoność, aczkolwiek Patton wydaje się być pozytywnym bohaterem drugiej Wojny Światowej (czego dowiedzieć się można z encyklopedii, wersja filmowa nie zawsze zbiega się z stanem faktycznym). Reżyser opierając się na wspomnieniach generała Bradleya, który nie był w pełnej komitywie z kolegą po fachu, zaprezentował nie do końca prawdziwy obraz dowódcy. Przez większość filmu generał jawi się jako dowódca pragnący sławy, nie zdający sobie sprawy z konsekwencji swoich działań. Tylko dwie sceny przedstawiają go jako człowieka, który zwyczajnie kocha to co robi, to do czego zmusza go sytuacja i wskazuje, że mamy do czynienia z człowiekiem doceniającym wroga, sprzeciwiającym się odgórnym decyzją władz. Do tej pory starałem się oceniać filmy, a nie dyskutować o prawdzie historycznej. Tutaj zmieniłem odrobinę optykę, ponieważ powszechna opinia o generale jest podparta na aktorskim majstersztyku z pierwszych minut obrazu, ale nie oddaje ona sytuacji w pełni i jest krzywdząca dla głównego zainteresowanego.
Seans trwający prawie trzy godziny należy do jednego aktora, odtwórcy głównej roli, Georga C. Scotta. Przede wszystkim dlatego, że kreacja za którą artysta dostał oskara faktycznie jest wyśmienita, ale też dlatego, że tutaj role epizodyczne są takie w sensie dosłownym. Drugą twarz jaką pamiętamy po projekcji to oblicze Karla Malden w roli generała Bradleya. Reszta obsady nie miała okazji się wykazać w żaden sposób, scenariusz jest skrojony dla jednej postaci. Odbierania emocji z jednego źródła może i odrobinę siada podczas seansu, ale tutaj nie mogło być inaczej, gwiazda jest tylko jedna. 8/10

niedziela, 3 czerwca 2012

Bored to Death (2009-2011, sezon 3)


Bored to Death (2009-2011, sezon 3) – jak sponiewierany, przez używki, trzeba mieć umysł by pomylić karuzelę z diabelskim kołem? Jaką traumę trzeba przeżyć w dzieciństwie by małemu dziecku alkohol, a smoczek zastępując męskim sutkiem? Jakiego trzeba mieć straszliwego pecha by świeżo co poznana dziewczyna, mająca same zalety okazuje się kimś bliskim w złym tego stopnia znaczeniu. Takie rzeczy tylko z Znudzonym na śmierć, takie komplikacje tylko w trzecim sezonie tegoż wspaniałego serialu.
Trójce głównych bohaterów w tym sezonie przyjdzie uciekać przed policją, dosłownie umykać spod nosa przedstawicielom władzy, spać w jednym łóżku godząc się na to, że jeden z nich nie zaśnie do póki nie utuli kogoś do snu. George po rzuceniu pracy w gazecie otworzy restaurację, szybko natrafiając na znanego z poprzednich sezonów konkurenta. Ray poznaje syna, opiekuje się nim najlepiej jak się da, a że myli wózki w parku i do domu bierze nie swoją pociechę, świadczy to tylko o tym, jak praca rodzica może być wyczerpująca. Jonathan w pierwszym odcinku zostaje wrobiony w morderstwo, dowiaduj się kim, w sensie dawcy nasienia, jest jego ojcem oraz poznaje smak zakazanej miłości.
Podczas seansu często zastanawiałem się skąd scenarzyści biorą pomysły na poszczególne odcinki? Słowo absurd, bardzo często odbijało mi się w głowie kiedy miałem okazję przebywać w świecie Jonathana Amsa. W rzeczywistości tak bardzo oderwanej od tej szarej i prawdziwej, że przyjmowałem każdą szaloną ideę, każdy irracjonalny wymysł twórców jako coś fantastycznego, coś co pozwala choć na chwilę zapomnieć o trudach jakie niesie każdy dzień. Trzeci sezon jest ostatnim wyprodukowanym przez stacje, HBO postanowiło nie inwestować w projekt. Odrobinę żal, ale nauczony doświadczeniem pamiętam jak źle potrafią skończyć seriale robione na siłę. Zapraszam do oglądania! 9/10

poniedziałek, 28 maja 2012

Mission: Impossible - Ghost Protocol (2011)

Mission: Impossible - Ghost Protocol (2011) – serie znam tak samo dobrze jak poranną morską bryzę, będąc mieszkańcem południa Polski. Do czasu kiedy Cruise wystąpił w epizodycznej roli w Jajach w tropikach, nie mogłem przekonać się do tego aktora, a jako świadomy widz miałem prawo mieć wątpliwości co do jakości filmu w jego kolejnej odsłonie. Założenia i skreślenie filmu legło w gruzach, kiedy po premierze obraz zbierał wiele pochlebnych recenzji.
Historia, przeciwności jakim przyjdzie się zmierzyć bohaterom w tego rodzaju kina musi być ostateczna, globalna i wypełniona nowinkami technicznymi dostępnymi tylko dla tajnych agencji o których sam Bóg nie ma pojęcia. Pokrótce wieść gminna głosi, że świat stanął na granicy wybuchu wojny nuklearnej. Naprędce zebrana grupa musi odnaleźć człowieka stojącego za zamachem tysiąclecia, który wszedł w posiadanie wszystkich gadżetów by z przyczajonej gdzieś w głębinach oceanu łodzi podwodnej wystrzelić najstraszniejszą broń masowego rażenia.
Jeśli tak mają wyglądać kolejne części sag sensacyjnych, jeśli można wykrzesać tyle energii po którymś razie z rzędu to biorę produkcję z Cruisem w ciemno. Obraz zawiera wszystkie elementy składające się na wyśmienitą sensację, film szpiegowski, obraz który po prostu ma ucieszyć widza. Zawiera ciekawe twisty, wielowymiarowych bohaterów potrafiących zaskoczyć w najmniej oczekiwanym momencie. Akcja potrafi mimochodem zmienić kontynent by nacieszyć widza innymi widokami, przenieść ciężar akcji do innej lokacji tylko po to by było na bogato.
Dopełnieniem tegoż udanego dzieła jest obsada z Tomem Cruisem i Simonem Peggiem na czele. Pierwszy z nich potrafi być zabawny, przywódczy jeśli potrzeba i przede wszystkim da się go lubić. Pegg od kilku filmów imponuje mi aktorsko, jego czas spędzony na ekranie wpływa pozytywnie na obraz, ale także od strony jaką pokazuje w mediach, sprawia wrażenie przyzwoitego, pełnego humoru i dystansu do życia faceta. Aktor odchodzi trochę w Mission od dotychczasowej roli błazna, daje od siebie więcej aniżeli to do czego nas przyzwyczaił, choć drobnymi gestami, krótkimi hasełkami potrafi rozbawić widza, który nie ma nic przeciwko by widzieć artystę w takim repertuarze. Zespół uzupełniają Paula Patton oraz Jeremy Renner. Aktorce piękna nie można odmówić, talentu także choć nie miała wielkich możliwości do rozwinięcia wachlarza umiejętności. Renner zaszokował swą rolą, zaskoczył tym w kogo się wcielił i jakoś mi nie pasował ale to jeden z tych momentów, jedna z tych niespodzianek na które warto czekać. 8/10

środa, 23 maja 2012

Wymyk (2011)

Wymyk (2011) – po seansie, z resztą podczas tych kilkudziesięciu minut spędzonych przed tv też, nasunęło się klika wniosków. Okazuje się bowiem, że uwielbiam dźwięk „pędzącego” składu kolejowego, to muzyka dla mych uszu. Nie to co ten mechaniczny, wyalienowany świst francuskiego TGV. Marian Dziędziel to aktor charakterystyczny, posiadający specyficzną manierę w głosie, więc umieszczenie artysty w roli ojca po wylewie z sparaliżowaną jedną stroną ciała to jakiś mało zabawny żart. I trzeci najbardziej związany z fabułą fakt jest taki, iż nigdy nie można mieć pewności jak zakończą się wybory jakich dokonujemy, a często konsekwencje przerastają nasze wyobrażenia.
Taki tok myślenie przedstawia Greg Zglinski, jako reżyser i scenarzysta obrazu. Przedstawia lawinę wydarzeń których nie można zatrzymać, na które nie ma się wpływu. Demonstruje jak z błahej sytuacji (rozkraczony samochód na środku skrzyżowania) Bogu ducha winni bracia udający się pociągiem na spotkanie w urzędzie skarbowym, można po uszy wpaść w bagno. 
W przedziale - pojazdu szynowego w którym akcja tak naprawdę się zaczyna - kilku skretyniałych nastolatków chce pokazać kto jest kierownikiem składu. Jednemu z mężczyzn zmuszonych do podróż miejskim środkiem transportu ta sytuacja nie odpowiada. Stając w obronie molestowanej dziewczyny w przeciągu kilku chwil zostaje pobity i wyrzucony z pociągu, kiedy brat na całe zajście patrzy w osłupieniu.
Film nie zachwyca tempem, nie ma w nim niepotrzebnych świecidełek, jest do bólu ludzki i prawdziwym. Bohater który najbardziej ucierpiał w bójce, nie jest byłym żołnierzem, policjantem na emeryturze, tylko zwykłym obywatelem o złotym sercu. Ten drugi (kolejna ciekawa rola Więckiewicza) po otrząśnięciu się z szoku nie planuje latami krwawej zemsty, nie schodzi do podziemia by po latach wrócić i oczyścić swoje dobre imię. Zwyczajnie miota się po domu, nie ma pojęcia co dalej robić, poczucie winy staje się coraz bardziej dokuczliwe. Reżyser powoli stosunki rodzinne prezentowanych bohaterów, by obnażyć słabostki każdego z nich. W dosyć przystępny, szczęśliwie nie moralizatorski sposób ukazuje ludzkie odruchy, człowieczy instynkt kształtowany od narodzin.
Dobre polskie, niegłupie kino. 7/10


piątek, 18 maja 2012

Epidemia strachu (2011)

Contagion (2011) – w momencie gdy zasiadałem przed ekranem znałem główne założenie fabuły, małżonka siedząca obok, zajmująca się całkowicie czymś innym od oglądania filmu po kilku, dosłownie 15 sekundach seansu domyśliła się o czym będzie dalszy ciąg. Nie ujmuję jej sprytu i intuicji, aczkolwiek to raczej wada obrazu kiedy poznaje się zamiary reżysera po tak krótkiej chwili., to mówi widzowi, że zaskoczyć to już tylko może obniżka cen paliw, bo historia niekoniecznie.
Epidemia strachu opowiada o chorobie podobnej do grypy, wywołującej zapalenie mózgu i szybką śmierć. Dowiadujemy się o tym błyskawicznie, ale trzeba przyznać, że pierwsze 15 minut zrealizowane jest poprawnie. Akcja prowadzona jest tak, żeby wszyscy zrozumieli koncept. Kamera pracuje w sposób oczywisty, by wskazać widzowi co jest istotne. Niestety po wstępie film zaczyna się rozmywać i nie udaje się go już poskładać do samego końca. Wiadomo tylko, że naukowcy muszą wykombinować szczepionkę, co nie jest proste ale w końcu musi się udać i tyle. Twórcom nie udało się zarysować fabuły, postacie są z tektury, do niczego i nikogo nie można się przywiązać. I nie mam tutaj na myśli tego, ze reżyser potrafi uśmiercić wielkie gwiazdy kina machnięciem palca, ale to, ze ekipa odgrywająca główne role przypomina ekipę z telenoweli gdzie emocji co kot napłakał. Reasumując i nie rozpisując się niepotrzebnie film można zobaczyć, szczęśliwie nie powoduje senności ale jeśli lubimy sprzątać mieszkanie, ewentualnie spoglądając na ścianę pokoju dochodzimy do wniosku, że trzeba zmienić tapetę nie wydam ostatecznego sądu co zrobić najpierw. 5/10

niedziela, 13 maja 2012

Skarb Sierra Madre (1948)

The Treasure Of Sierra Madre (1948) – po cenny kruszec o którym mowa w tytule filmu wybiera się trzy osobowa ekipa. Dwójka z nich to kowboje bez grosza przy duszy, siłą walczący o należne wynagrodzenie za wykonane zadanie, którym za nocleg musi wystarczyć miejscówka w hotelu gdzie robactwa i szczurów nie można wpisać do książki zażaleń. W tych swojskich klimatach w Meksyku gdzie przyjacielem może być tylko krajan, poznają poczciwego staruszka snującego interesujące teorie o złocie. Doświadczony poszukiwacz z przejęciem w głosie opowiada o swych wyprawach, pokusach z jakimi trzeba walczyć bogacąc się z sitkiem w ręku, mówi wprost o zasadach do których trzeba się stosować, by przekopywanie kilogramów ziemi miało sens i nie skoczyło się z kulą w skroni.
Pierwsze kilkadziesiąt minut zapowiadało się spokojnie, spodziewałem się interesującej przygody i za nic w świecie nie domyśliłbym się zakończenia, które tutaj było niebywale zaskakujące, ale też zaskakująco prawdziwe. Początkowe starania bohaterów ich wysiłek fizyczny przemienia się w podejrzenia, urojone pomysły i wizje, że ktoś w końcu kogoś musi okraść z drogocennego metalu. Takie zachowania prowadzą bohaterów do podejmowania ciężkich decyzji, wyciągają na wierzch ciemne strony charakteru, powodują lawinę zdarzeń tak ciekawą dla widza. Z prostej przygody reżyser przekształca film w bardziej poważny, mądry i prawdziwy.
W transformacji, z dowcipnej opowieści na brutalną prawdę o życiu nowobogackich, pomagają aktorzy. Na pierwszy plan wysuwa się nakręcony jak katarynka Howard (Walter Huston). Styrany, a przez to dowcipny i konkretny, życiem podróżnik nie dający omamić się przez blask złota. Humphrey Bogart jako Dobbs, kowboj z własną wizją finalizacji wyprawy, oraz Tim Holt jako Curtin, najbardziej zrównoważony i spokojny z całej trójki. Polecam. 8/10

poniedziałek, 7 maja 2012

Battleship: Bitwa o Ziemię (2012)

Battleship (2012) – co prawda nikt mnie do kina na siłę nie ciągał, ale tak jak poczułem się oszukany, zrobiony w balona i obrażono moje poczucie dobrego smaku, tak dawno nie bawiłem się tak wyśmienicie przy praktycznie zerowym zaangażowaniu szarych komórek. Okazało się bowiem, że ekranizacja gry w statki pomimo swojej prostoty i braku treści może się podobać. Nie w sensie wielkich uniesień kinomana, ale tym bardziej przyziemnym, pospolitym dającym radość z banalnych rzeczy.
Na Pacyfiku mają się odbyć wielkie manewry marynarki. Dziesiątki okrętów wojennych, niszczycieli i temu podobnych ma stoczyć symulację walki w ramach pogłębiania międzynarodowej przyjaźni. W międzyczasie z lądu nadany zostaje sygnał w kosmos, w kierunku planety łudząco podobnej do naszej matki ziemi. Infantylność decydentów, tkwiących w przekonaniu, że wysłanie powiadomienia – tu jesteśmy, fajnie, że Wy tam też – może wyjść tylko na dobre. Niestety cywilizacja bardziej rozwinięta od naszej ładuje się na statki z zamiarem kolonizacji. Niestety przy wejściu w ziemską atmosferę boja komunikacyjna, statek radiostacja czy coś koło tego, rozbija się o naszego satelitę. Trochę mi to nie pasuje, ale może to tylko moja wyobraźnia podpowiada mi głupiutkie fakty, że niemożliwością jest eksploracja kosmosu, rozwinięta technologia by już na początku inwazji zrobić tak głupi błąd. Nic to, po tym krótkim wstępie i tak mało ciekawych i ogranych do bólu historiach (od których zaczyna się seans) o których nie warto wspominać, akcja zaczyna się na dobre.
Na mój optymistyczny nastrój z pierwszego akapitu ma wpływ kilka czynników. Pierwszym i chyba najbardziej niespodziewanym jest Rihanna, zachowująca się na planie jak zawodowa aktorka, i może to lekka przesada ale nie tylko uroda wokalistki czyni jej postać wiarygodną. Za dobrze wykonaną pracę można także uznać efekty specjalne w ilości sporej i miłej dla oka. Trzecim czynnikiem powodującym uśmiech po wyjściu z sali kinowej jest ostatnie piętnaście minut filmu. Twórcy zaszaleli na maksa, poszli na całość, upuścili całe morza fantazji w ostatnich scenach, aczkolwiek zrobili to na tle zabawnie, że można zaakceptować ten ekstremalnie zakręcony pomysł. Mocna i z pozytywnym wydżwiękiem 5/10.

czwartek, 3 maja 2012

Iron Sky (2012)

Iron Sky (2012) – kiedy prawie dwa lata temu dowiedziałem się o tym projekcie praktycznie spadłem z krzesła, odebrało mi dech i świat przestał już być taki sam.  W głowie twórców powstał szalony pomysł wysłania nazistów na księżyc, gdzie ma powstać baza IV Rzeszy. Prężnie działająca jednostka rozrasta się na ciemnej stronie srebrnego globu, by w 2018 roku wrócić na ziemię, w jakże oczywistym celu, jakim jest inwazja i uzdrowienie naszej planety od wszelkiego zła.
W ten pełen czarnego humoru film (niestety ma on mało wspólnego z uśmiechem na twarzy) udało się twórcom wpleść kilka mądrych i pouczających scen. W interesujący sposób komunikują się z widzem, mówią czym jest manipulacja społeczeństwa, sprytnie wykorzystując w tym obraz mistrza komedii, Dyktator. Okazuje się, że dzieło Chaplina było produkcją krótkometrażową, a w księżycowej bazie młodym rekrutom pokazywano scenę z globusem, opacznie zrozumianą jako miłość do całego świata. Twórcy wyśmiewają rządy demokratyczne, walne zebranie przywódców międzynarodowej społeczności na których ciężko znaleźć kogoś kto mówi prawdę. Dają wprost do zrozumienia, że wojna skutecznie pomaga tylko ludziom u szczytu władzy.
Tak jak byłem napalony na ten film, tak każdy kolejny trailer mieszał w głowie. Początkowo wyglądało, że reżyser zabiera się na fabułę na poważnie z wyjątkiem miejsca akcji, gdzie budynek w kształcie swastyki nie są niczym dziwnym. Z czasem zapowiedzi przybierały mniej poważne kształty. I tak otrzymaliśmy dzieło, które tak naprawdę ciężko określić. Z jednej strony dobrze się bawiłem oglądając akcję na księżycu z świetną, dopracowaną w najmniejszych szczegółach scenografią, dobrze skrojonymi kostiumami. Atmosfera panująca w miejscu, które oglądane z ziemi często przypomina rogala, była autentyczna bez problemów daje się wiarę w wymysły reżysera. A z drugiej to co dzieje się w Nowym Jorku przypominało migawki nakręcone na szybko bez konkretnego pomysłu, to tutaj widać mały budżet. Aktorzy występujący w tej części filmu denerwują swoją grą, nie pasując do postaci które grają, psując całą radość z seansu. Do kina zapraszam z zastrzeżeniem, że Iron Sky jako całość nie prezentuje się najlepiej. 6/10

poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Ptaki (1963)


The Birds (1963) –  nareszcie mam za sobą najbardziej rozpoznawalny film mistrza i z całą pewnością jeden z najbardziej popularnych dzieł w historii kina w ogóle. Choć satysfakcja po seansie jest ogromna, wypowiedzenie na głos, że widziałem Ptaki Hitchcocka, brzmi trywialnie i mało ambitnie. Powodem tego jest spłycania fabuły, przesłania jakie niesie film przez rzesze widzów które kiedyś tam miały okazję odwiedzić nadmorskie miasteczko Bodega Bay. Powszechna opinia głosi, że akcja kręci się wokół ptaków, ich samobójczo-wściekłych ataków na ludzi i tyle, a prawda jest sporo obszerniejsza.
Pierwsze kilkadziesiąt minut, choć przygotowują widza na to co się musi wydarzyć, nie emanują terroryzmem z strony ptactwa. W miarę spokojnie wprowadzają w opowieść, przedstawiają szybko rozwijający się romans, zaborczą matkę oraz cechy małej społeczności. Hitchcock bez skrępowania ujawnia ludzkie bolączki, pragnienia, zwyczajna codzienność. Ten przydługi początek (nie mający niczego wspólnego z nudą) w niesamowity sposób sieje ziarno niepokoju w naszych sercach, żołądku czy gdzie kto tam ma swój ośrodek lęku.
Prawdziwa akcja gości na ekranie około pięćdziesiątej minuty seansu. Podczas imprezy dla dzieci mewy i inne okoliczne stworzenia latające nie wiadomo dlaczego atakuje. Następnie co jest o wiele bardzie wstrząsające, gdy się o tym na serio pomyśli, jest wtargnięcie skrzydlatych do domu głównego bohatera przez komin. Jednak scena która naprawdę zapada w pamięć i burzy świadomość swoja prostotą to ta na palcu zabaw przed szkołą, gdzie bohaterka czeka na koniec lekcji. Siedzi na ławce, pali papierosa, a za jej plecami zbierają się wrony, jedna, dwie, pięć by w kilka chwil na jednej z budowli z której na co dzień zwisają dzieciaki, pojawiło się kilkadziesiąt sztuk czarnej furii gotowej do ataku. Film obowiązkowy, ukazujący jak tworzy się atmosferę, jak z sceny w której nic się nie dzieje, gdzie największym hałasem jest silnik samochodu, można przyprawić kinomana o ból żołądka. 10/10

ps: jeśli ktoś cierpi na ornitofobię i myśli, że film pomoże w zwalczeniu tego niewygodnego schorzenia to radze odpuścić seans. Moja własna żona podjęła się tego wyzwania i teraz jakby nie chce wychodzić z domu :)

czwartek, 26 kwietnia 2012

Dzisiejsze czasy (1936)









Modern Times (1936) – obraz otwiera owczy pęd w sensie dosłownym i tym metaforycznym. Robotnicy jak te barany biegną do fabryk, pracują w pocie czoła wyrabiając normy. Właściciel wyciska z nich ile wejdzie, a i to zawsze było za mało, interesowała go tylko wydajność, czynnik ludzki przestawał istnieć. Chaplin w latach 30 przewidział jak będzie wyglądał rynek pracy, geniusz i wizjoner, ale to już chyba kiedyś pisałem. Tutaj tylko to potwierdza i zaczynam rozumieć, dlaczego kolega Mariusz tak się upierał podczas rozmów o filmach mistrza, że Współczesne czasy to coś wyjątkowego. Ten ostatni niemy film reżysera ma mnóstwo treści, wizji które sprawdzają się w codziennym życiu i piękny morał, a także smaczki które w dzisiejszym kinie by nie przeszły. Niech wspomnę tylko scenę, kiedy niezdarny pracownik fabryki rozbroił współwięźniów podczas próby ich ucieczki, będąc pod silnym wpływem, jak to pięknie nazwano, nose-powder. Klasa sama w sobie, komik grający kogoś pod wpływem narkotyku, mistrzostwo!.
Główny bohater chce pracować, pragnie być zwykłym obywatelem z kobietą przy boku, domem i gromadką dzieci biegających po ogródku. Przeszkadza mu w tym fala strajków w zakładzie w którym pracuje i ogromny pech. To zostaje wzięty za przywódcę manifestujących, to chroni kobietę (aktorka Paulette Goddard, była ówczesną żoną Chaplina, da się zauważyć, że małżeństwo zawarte zostało w 1936 roku, aż iskry szły) przez odsiadką, albo zwyczajnie robi coś przez co wszystko dookoła się wali. Obserwowanie aktora jest tutaj wyjątkowo zabawne. Artysta wspiął się na wyżyny i każdy jego ruch, każde kopnięcie kogoś komu mówi do widzenia, każdy gag jest zabawny. Przyglądanie się jak zgrabnie porusza się na wrotkach, śpiewa bez znajomości słów piosenki czy karmi swojego szefa zaklinowanego w przepastnej maszynie zębatej to czysta poezja. To doskonały przykład na to, iż kino nieme radziło sobie bez dźwięku, że wybitny twórca mimiką twarzy wyraził wszystko co trzeba było powiedzieć.
Zobaczyłem już wszystkie dzieła uznane za największe Chaplina, teraz czas na te mniej popularne, o których oczywiście tutaj wspomnę. Za Modern Times. 10/10

sobota, 21 kwietnia 2012

J. Edgar (2011)

J. Edgar (2011) – nie od dziś wiadomo, że stworzenie interesującej biografii należy do wyzwań większego formatu. Ostatnimi czasy można było się tego dopatrzeć w Żelaznej Damie, gdzie nie wszystko poszło tak jak można by się tego było spodziewać. Tutaj szczęśliwie reżyser zaoszczędził widzowi wizji starszej osoby która jest już tylko cieniem samego siebie. Eastwood od początku do końca prezentuje szefa FBI jako osobę pewną, konkretną, stworzoną do rządzenia. Tylko na chwilę ukazuje momenty kiedy obserwujemy Hoovera pod twardymi rządami matki czy jako geja nie pokazującego prawdziwej twarzy na forum. Szczęśliwie nie jest to osią filmu, nie dostajemy do obmyślenia tematów łatwo sprzedawalnych, fabuła rozprawia się głównie z problemami na scenie politycznej.
J. Edgar Hoover (Di Capro bezdyskusyjnie dał kolejny popis) w latach dwudziestych walczył z falą komunizmu jak miała się wylać na amerykańską ziemię. Po zwalczeniu czerwonej zarazy swoje działania kieruje przeciwko mafii brutalnie wdzierającej się w społeczne życie. Twórca częstuje widza faktami oczywistymi dla historyków, mieszkańców Ameryki Północnej, lecz dla zwykłego zjadacza chleba nie zawsze są one czytelne. Przez dobrze ponad połowę filmu, fabuła pędzi jak oszalała. Miesza się teraźniejsze życie przywódcy podczas spisywania swojej historii z tymi z rękopisu. Na ekranie nie ma podpowiedzi w jakim obecnie czasie się znajdujemy (pomijam okresy skrajne, gdzie charakteryzacja robi swoje). Jak to pięknie napisali krytycy zza oceanu obraz jest niekoherentny. Mówiąc po ludzku brak mu spójności, autor skacze bardzo często w czasie, co powoduje trudności w ogarnięciu całości.
Spotkałem się także z zarzutami, że obraz jest nieudolny technicznie z staroświecka charakteryzacją i niemrawym oświetleniem. Pierwszy zarzut zostawiam do oceny osobom kompetentnym z tytułem szkoły wyższej. Dziwią mnie dwa pozostałe zażalenia. Pytam się jak mieli prezentować się aktorzy na planie jak nie staroświecko w filmie opowiadającym o wydarzeniach sprzed kilkudziesięciu lat?, których wykreował człowiek mający 82 wiosny na karku. Zapach naftaliny jest wręcz obowiązkowy. No i zostało już tylko oświetlenie, które na mój gust było zamierzone i miało przedstawiać dwoistość natury Hoovera. Jego twarz często była z jednej strony słabo oświetlona, a z drugiej wręcz „przepalona”. Wspominając scenę z garaży gdzie spotyka się FBI z miejscową policją aktorzy są oświetleni punktowo, jakby reszta sceny nie miała wielkiego znaczenia, a liczył się tylko dialog i emocje w nim zawarte. Więc dla mnie światło jak i cała reszta stoi na wysokim poziomie
Polecam, nawet bardziej niż ostatni obraz z Meryl Streep. Film choć nie porywa i ewidentnie mu czegoś brakuje, to jednak prezentuje mistrzowski warsztat, ciekawy temat i wzruszający finał. 7,5/10

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Rzeź (2011)

Carnage (2011) – siedemdziesiąt dziewięć minut przypadające na seans to stanowczo za mało. Praktycznie tylko jedna lokacja także nie zapowiada intensywnych przeżyć. Wliczając to, że moja sympatia do aktorów odtwarzających główne role zamyka się, na upartego w cyfrze dwa, a wieczór poprzedzający poranne oglądanie dzieła Polańskiego spędziłem w 38,5 stopna gorączki i wielkiej walce z temperaturowymi omamami nie nastrajał optymistycznie. Szczęśliwie świt przywitałem dniem wolnym od pracy, lepszym samopoczuciem co musiało zakończyć się wizytą w kinie, trzymając zaraźliwe ustroństwa przy sobie.
Film powstał na podstawie sztuki teatralnej Yasminy Rezy, konwersja tegoż przedsięwzięcia na duży ekran udała się reżyserowi nadzwyczaj udanie. Ani przez moment nie jesteśmy znużenie miejscem akcji. Mimo, że wszystko dzieje się w mieszkaniu, aktorzy są rozmieszczani w różnych pomieszczeniach, w przeróżnych lokacjach tego samego pokoju, że miejsce wydaje się nie mieć granic. Obraz charakteryzuje się tak ogromną ilością dialogów, tak wielką mnogością sytuacji, niuansów w zachowaniu bohaterów, iż czas trwania seansu wydaje się być dłuższy od tego faktycznego, co tutaj jest dobrodziejstwem.
Najważniejszym i najbardziej trafnym argumentem przemawiającym za tym, że mamy do czynienia z nietuzinkowym kierownikiem planu, jest sposób w jaki sprowadzenia ludzi, tak zawodowo i społecznie różnych do wspólnego mianownika. Nie jest istotne czy sprzedaje się sprzęt AGD, czy handluje akcjami na giełdzie, człowiek postawiony nad przepaścią, przyparty do muru w atmosferze gdzie alkohol jest niczym przysłowiowa oliwa, zawsze pokaże swoje prawdziwe ja. Dodając do tego końcową puentę, zakończenie na które wpadli tylko chłopcy o których to całe zamieszanie powstało, widz otrzymuje wyborne widowisko. 7,5/10

czwartek, 12 kwietnia 2012

Rio Bravo (1959)

Rio Bravo (1959) – po długiej tułaczce w świecie westernu, który znam głównie z filmów Eastwooda wreszcie na horyzoncie przy zachodzącym słońcu ujrzałem obraz z ikoną tegoż gatunku. John Wayne, bo o nim oczywiście mowa, zrobił na mnie pozytywne wrażenie (czego w sumie oczekiwałem po występie w The Longest Day), jego występ naprawdę może się podobać, a zaprezentowany warsztat jest dobrym prognostykiem i powodem by sięgnąć po dzieła z udziałem tegoż aktora.
Obraz podejmuje historię szeryfa zmagającego się z mordercą, tfuu*, zabójcą, którego brat za wszystkie skarby chce wyciągnąć z więzienia pilnowanego tylko przez trzech stróżów prawa, tfuu*. Opowiada czym jest prawdziwa przyjaźń i w humorystyczny sposób rozprawia się z wątkiem miłosnym, tfuu*.
Film wyreżyserowany przez Howarda Howksa, mimo nie wychodzącej po za przyjęte ramy fabuły z przewidywalnym rozwojem wydarzeń broni się po latach mocnymi argumentami. Głównym i dającym się odczuć podczas całego seansu jest bliskość widza z środowiskiem z bohaterami. Reżyser doskonale prowadzi aktorów, pokazuje ich w zwyczajnych sytuacjach, obnaża słabości, zwyczajnie ujawnia ludzką twarz kowboja. Tego wiecznie zabrudzonego, z pociągiem do Whisky kowboja, solidnego z zasadami szeryfa nie radzącego się na pierwszy rzut oka z kobietami. Całe otoczenie, epizodyczne role, nie są tutaj przypadkowe, każdy ma swoje do zrobienia i wychodzi to świetnie.
Twórca w idealny sposób porusza się między wątkami. Kiedy ma być poważnie, gdy scena musi być dobitna, karcąca przestępców, to taka jest. Dialogi są zwięzłe, bez zbędnych wielkich słów, prosto acz skutecznie. Natomiast kiedy akcja się rozluźnia, a bohaterowie nie muszą wykazywać się męskością, bywa naprawdę zabawnie. W żaden sposób, humor nie umniejsza filmowi, a wręcz przeciwnie. Sprawia, że wierzymy bohaterom w idee i zamiary.
Ostatnim elementem który zapada w pamięć po seansie jest muzyka, która przez kilka minut nawet zostaje odegrana przez aktorów podczas odpoczynku na posterunku. Wspomniana pieśń nosi tytuł: My Rifle, My Pony and Me potrafi wpaść w uch i chodzić za człowiekiem cały dzień. Albo meksykański motyw muzyczny grany do znudzenia przez barowych grajków, jako tło sprawdził się znakomicie. Słowa pieśni wspominały o brutalnych morderstwach, utwór miał nastraszyć i przygotować stróżów prawa na nadchodzące wydarzenia. Kawał dobrego Westernu, polecam!
*tfuu – spluwaczki były standardowym wyposażeniem saloonów, proszę się domyślić co należy zrobić po przeczytaniu zdania zakończonego tym stwierdzeniem. 9/10

poniedziałek, 9 kwietnia 2012

Przetrwanie (2011)

The Grey (2011) – zima jest piękna, puch na ulicach, wojna na śnieżki, czerwony nos po spacerze na łonie natury to naprawdę cudowna sprawa. Gorące kakao po powrocie to idealne zwieńczenie zimowego, mroźnego dnia. Gorzej ma się sprawa kiedy śnieg zalega na ulicach, samochód nie chce odpalić, a koszty za ogrzewanie przekraczają zaplanowany budżet. Jednak ta mniej przyjemna strona ów pory roku ma się nijak do tej w jakiej znaleźli się bohaterowie filmu. Oni po katastrofie samoloty pośrodku zamarzniętej dziczy będą się zmagać z pragnącymi krwi wilkami. Grupka mężczyzn toczyć będzie boje między sobą, pokazywać swoje ego do czasu, aż sytuacja zmusi ich do zwarcia sił i walki z wrogiem na czterech łapach.
Liam Neeson za cokolwiek się nie zabierze, wychodzi dobrze, ewentualnie poprawnie. Tak było w 2010 roku kiedy można go było zobaczyć w Drużynie A reżyserowanej przez Joe Carnahana. Na planie „Przetrwania” panowie spotkali się ponownie, tyle, że tym razem relacje widz-aktor, widz-fabuła są bardziej prawdopodobne i życiowe. Tutaj nikomu nie będzie do śmiechu, a postać z kosą w kościastej dłoni będzie czuć się jak u siebie.
Pierwsze kilkanaście minut to kawał czystej i niepohamowanej adrenaliny. Z offu dowiadujemy się gdzie jesteśmy, poznajemy postać Ottwaya, człowieka z snajperką mającego ustrzec robotników pracujących w lesie przed wilkami atakującymi znienacka. Broń miała sprawdzić się jeszcze w jednej sytuacji, ale życie i scenariusz chciało inaczej. Sama katastrofa przeprowadzona jest krótko, treściwie i bardzo szybko znajdujemy się w centrum wydarzeń. Kiedy sytuacja ma się rozwinąć napotykamy dłużyzny, sceny które sztucznie i niepotrzebnie wydłużają seans. Przez co także rytm w jaki wpadamy na początku zostaje zakłócony i psuje odrobinę odbiór. Zakłócają go także środki podjęte do przedstawienia krwiożerczych bestii, które są wygenerowane komputerowo w nieudolny sposób.
Opowieść z założenia nieskomplikowana mimo kilku zwisów jest dobrze opowiedziana, twórcy nie męczą widza słodkim happy endem dodając w finale małego twista, przez co głównego bohatera widzimy w innym świetle. Przyzwoite kino survivalowe. 6,5/10