
Wracając do treści. Wspomniana kobieta, osoba skupiająca na sobie wzrok mężczyzn, pragnie zakończyć kłopotliwe spotkania w wynajętym pokoju z oblubieńcem, chce być z nim na stałe. Na przeszkodzie stają pieniądze. Te wpadają do torebki z zaskoczenia. Piękna Marion Crane zamiast zawieźć utarg z transakcji, jak przykazał szef, do banku decyduje się na kradzież. Ucieka z rodzinnego miasta, po drodze do ukochanego zatrzymuje się w motelu. W miejscu gdzie akcja i napięcie zaczynają się na dobre. Właścicielem zajazdu jest Norman Bates (od dziś Anthony Perkins, to mój idol, nie trzeba się przebierać, straszyć na siłę – wystarczy talent, by odczuwać niepokój na długo po projekcji), mężczyzna będący pod władaniem matki. Fakt ten czy to na kartach scenariusza czy w życiu codziennym nie wróży niczego dobrego.
Jeden z najsławniejszych filmów reżysera przepełniony jest symbolicznymi i kultowymi scenami. Stał się wyznacznikiem dla dobrego thrillera, ukazania postaci w ich dwojakiej naturze. Tutaj nic nie jest takie jak się wydaje w pierwszej chwili. Zakładając nawet, że autor wiedział, iż wnikliwy kinoman tak pomyśli. Igranie z losem bohaterów i widzem jednocześnie wyszło twórcy bezbłędnie. Podczas seansu (czego zwyczajnie nie stosuje i nie lubię) przeprowadzałem zażarte dyskusje z żoną. Po co, dlaczego, jak to? Wymiana spostrzeżeń pozwalała lepiej zrozumieć oglądany pierwszy raz film. Aczkolwiek nawet łącząc siły z kobietą, która przed zaśnięciem jest wręcz zmuszona (jak sam wspomina, na spokojny sen) do przewertowania kilku stron książki z dobrym kryminałem, nie odgadliśmy wszystkich intencji artysty urodzonego w XIX wieku! Polecam bardzo gorąco. 10/10