
Historię Margaret Thatcher zaczynamy w kuchni podczas śniadania. Jajko, kawa, grzanka i jej mąż (jako wytwór wyobraźni). Zaraz potem główna bohaterka udaje się po mleko i z wielką trwogą stwierdza, że produkt straszliwie podrożał. Scena miała na celu ukazanie świadomości życia zwykłego obywatela, pani premier jako córka sklepikarza świetnie zdawała sobie sprawę z codziennych trudów podejmowanych na najniższych szczeblach społecznych. Została przedstawiona jako kobieta z silnym charakterem, która w politycznym świecie mężczyzn pragnie udowodnić, że płeć w rządzeniu krajem nie ma znaczenia. Szkoda, że reżyser nie podjęła historii w kwestii czysto politycznej. Za to przedstawia losy staruszki rozpamiętującej przeszłość, nie radzącej się z teraźniejszością. Jakby czerpała satysfakcję z potknięć Thatcher, z poświęceniu się polityce, a nie rodzinie. Co dla mnie jest odrobinę krzywdzące. Nie można być rodzicem 24h na dobę i solidnym, nie bojącym się kontrowersyjnych decyzji, pracującym nocami politykiem. Przez to film wygląda jak krytyczne spojrzenie na życie dowódcy, a nie rzetelne pokazanie politycznej drogi bohaterki, z jej wzlotami i upadkami.
Na długo przed seansem zostałem przekonany, że rola Meryl Steep jest oskarowa. Po seansie zgadzam się z większością, to czego dokonała aktorka zasługuje na statuetkę. Aczkolwiek, to czy zagranie roli napisanej wręcz pod Strip jest, aż tak wartościowe zostawiam pod ocenę akademii. Zapraszam na film, który dynamikę ma tylko podczas przedstawiania historii wojny o Falklandy, który nie prezentuje całego wachlarza przebytej drogi przez Żelazną Damę. 6/10