
Jest lepiej. Jakby intensywniej. Co prawda Jonathan nadal nie potrafi niczego napisać, ale rozwija się jako prywatny detektyw. Praca idzie mu na tyle dobrze, że zaczyna wynosić z niej coś więcej, jak tylko pieniądze. Zdobyte doświadczenie pomaga mu, pchnie go do stworzenia ciekawego charakteru do swojej nowej książki. Do Raya w końcu uśmiecha się szczęście. Po tym jak zerwała z nim dziewczyna, postanowił zwizualizować rzecz niemożliwą do wykonania i głęboko wierzył, że jednak się uda. Wtedy jego komiks zaczął się sprzedawać. Kręcią się wokół niego kobiety, może nie całkowicie normalne, ale jednak czerpie przyjemność z tych znajomości. Najgorzej sprawy mają się u Georga. W pracy zarząd wprowadza bolesne cięcia budżetowe. Prywatnie stara brać z życia co najlepsze, jednak sprawy skomplikuje choroba. Poważna, śmiertelna ale także taka w której nieoficjalnie stosuje się marihuanę, co z kolei uchroni go od przymusowego odwyku.
Cztery godziny spędzone z Nowojorczykami to czysta przyjemność. Fabuła jak na komedię przystało jest lekka, przyjemna, momentami przerysowana, ale także nie głupia. Galifianakis, Danson i Schwartzman tworzą zgrane trio. Bez wnikliwej analizy da się zauważyć, że panowie dobrze bawili się na planie. Odegrane przez nich sceny z użyciem środków odurzających wychodzą realistycznie zabawnie. Nie można jednoznacznie wskazać typu prezentowanego humoru. Tutaj liczy się wszystko. Dialogi, sytuacje, drobne gesty, zachowanie się każdego z aktorów w sposób charakterystyczny dla niego. Myślę np o scenie kiedy Rey usłyszawszy od przyjaciela szokujące wieści, odwraca się na pięcie i pędzi przed siebie. Lecz trwa to zaledwie chwlę, kilkanaście metrów. Widok skonanego aktora, bezscenny. Jeśli tego typu humor komuś odpowiada to zapraszam. 8/10