
Film trwa trochę ponad dwie godziny. Jest naszpikowany zdarzeniami, które delikatnie mówiąc są mało prawdopodobne. Jak na tę serię jest mało samochodów, wyścigów stricte. Są chwile, kiedy widz zastanawia się, czemu reżyser traktuje go tak mało poważnie. Myśli sobie, że bez problemów obali tezy, które bez szukania można znaleźć w internecie, stawiające dzieło Justina Lin w pozytywnym świetle. I w końcu dochodzi do wniosku, że jest za stary na takie bajeczki.
Tyle, że jeszcze przed 60 minutą seansu, mam nadzieje, że działania podprogowe nie mają z tym nic wspólnego, coś się zmieniło. Poczułem się jak nastolatek i wszystko wydawało się mieć sens. Zmiana nastawienie w tym przypadku ma wielkie znaczenie. Przestajemy się zastanawiać i cieszymy się z tego co serwuje aktorzy i reżyser. To ich zasługa, że potrafili zaczarować widza i dać mu widowisko z sporą dawką przesady, ale takie które się przyjemnie ogląda. Punkty w dużej mierze przyznaję za feeling, jaki niesie za sobą obraz. 7/10