
Lubię Neesona za jego grę, może mało wyszukaną, a jednak dająca się lubić. Filmy o podobnej tematyce także nie są mi obce, ale ten konkretny mi zwyczajnie nie podszedł. Trwał dwie godziny, a przy napisach końcowych zastanawiałem się o czym on właściwie był. Faktem jest, że fabuła jest rozbudowana, wypełniona po brzegi zwrotami akcji, a mimo to nie wciąga. Elementy układanki które z wolna odkrywa bohater są konkretne i powinny się widzowi podobać, mnie nie wzruszyły kompletnie, za dużo w tym wszystkim sztuczności. Załoga aktorska, oprócz Neesona, który z natury jest trochę drewniany, zagrała bardzo niemrawo, brakowało chemii, nie mówiąc już o jakiejkolwiek empatii z strony zjadacza popcornu. Jedyną drugoplanowa rolą która udała się twórcą, była postać Ernsta Jürgen, zagrana wyśmienicie przez Bruno Ganz. Kreacja z krwi i kości, tajemniczy, charyzmatyczny, bez większego wysiłku przykuwał moją uwagę. Można, aczkolwiek nie nalegam. 5/10
moje wakacje powoli dobiegają końca, na pocieszenie publikuje wpis, a czytelników gorąco pozdrawiam z Międzywodzia! :)