poniedziałek, 13 lutego 2012

Żelazna Dama (2011)

The Iron Lady (2011) – szczypta żelaza, garść demencji, halucynacji, zagubienia, walki z przeciwnościami losu. Takie wnioski nasuwają się już po pierwszych minutach seansu i zostają z widzem do końca. Reżyser przedstawiła historię wpływowego polityka, osoby twardo stąpającej po ziemi z konkretnym planem na przyszłość przez pryzmat schorowanej kobiety, osoby zmęczonej życiem, decyzjami jakie musiała podejmować jako głowa państwa.
Historię Margaret Thatcher zaczynamy w kuchni podczas śniadania. Jajko, kawa, grzanka i jej mąż (jako wytwór wyobraźni). Zaraz potem główna bohaterka udaje się po mleko i z wielką trwogą stwierdza, że produkt straszliwie podrożał. Scena miała na celu ukazanie świadomości życia zwykłego obywatela, pani premier jako córka sklepikarza świetnie zdawała sobie sprawę z codziennych trudów podejmowanych na najniższych szczeblach społecznych. Została przedstawiona jako kobieta z silnym charakterem, która w politycznym świecie mężczyzn pragnie udowodnić, że płeć w rządzeniu krajem nie ma znaczenia. Szkoda, że reżyser nie podjęła historii w kwestii czysto politycznej. Za to przedstawia losy staruszki rozpamiętującej przeszłość, nie radzącej się z teraźniejszością. Jakby czerpała satysfakcję z potknięć Thatcher, z poświęceniu się polityce, a nie rodzinie. Co dla mnie jest odrobinę krzywdzące. Nie można być rodzicem 24h na dobę i solidnym, nie bojącym się kontrowersyjnych decyzji, pracującym nocami politykiem. Przez to film wygląda jak krytyczne spojrzenie na życie dowódcy, a nie rzetelne pokazanie politycznej drogi bohaterki, z jej wzlotami i upadkami.
Na długo przed seansem zostałem przekonany, że rola Meryl Steep jest oskarowa. Po seansie zgadzam się z większością, to czego dokonała aktorka zasługuje na statuetkę. Aczkolwiek, to czy zagranie roli napisanej wręcz pod Strip jest, aż tak wartościowe zostawiam pod ocenę akademii. Zapraszam na film, który dynamikę ma tylko podczas przedstawiania historii wojny o Falklandy, który nie prezentuje całego wachlarza przebytej drogi przez Żelazną Damę. 6/10

4 komentarze:

przynadziei pisze...

popieram w całej rozciągłości!

szymalan pisze...

chyba Meryl "Streep" ? :D Co do filmi, nie widziałem, a ugładzona biografia Thatcher to nie jest coś, co mnie szczególnie interesuje. Wygląda na typowy lekki, oscarowy film, swoją drogą mam wątpliwości czy Streep trzeba jeszcze jednego Oscara do kolekcji, skoro było w tym roku tyle ciekawych ról kobiecych wartych rozpoznania (chociażby Rooney Mara, czy kompletnie olana Kirsten Dunst z Melancholii).

krotko o filmie pisze...

"Odwilsz" idzie to i pisownia się rozłazi :). Dziękuję za wnikliwe czytanie. Wspominasz o aktorkach w Twoich faworytach za rok 2011. Filmów jeszcze nie widziałem, ale mam zamiar. Pozdrawiam

Mariusz pisze...

Meryl Streep cenię za wiele ról, które zagrała wiele lat wcześniej, bo obecnie to już raczej niczym nie zaskakuje. Każdy już wie, czego się po niej spodziewać i aktorka zaskoczyłaby wówczas, gdyby zagrała kiepsko :) Dlatego wolałbym aby Oscara dostała albo Rooney Mara albo Michelle Williams (chociaż nie oglądałem jeszcze filmu "Mój tydzień z Marilyn"). Jednak zarówno filmu o Marilyn jak i filmu o żelaznej damie raczej nie obejrzę w kinie, bo filmy biograficzne z reguły mnie nudzą.