wtorek, 8 marca 2011

The Fighter (2010), Pogrzebany (2010).

The Fighter (2010) – Fabuła filmu opowiada losy rodziny Ward, gdzie starszy z braci Dicky, pokonał na ringu bokserskim Sugar Rayem i gdy drzwi kariery stały otworem wolał wybrać narkotyki. Miłość do boksu została jednak w rodzinie i podejmuje się trenować swojego młodszego brata. W szkoleniu często przeszkadzało uzależnienie i narkotyczne manewry Dickyego. Micky (Mark Wahlberg, zagral najsłabiej z całej obsady, co wszyscy zauważają, ale na tyle z niego przyjemny aktor, że jak wszyscy tak i ja wybaczam mu średnich lotów aktorstwo) z wielkimi ambicjami i chęciami na zdobycie międzynarodowej sławy zaczyna w końcu szukać innych możliwości, a zaczyna od zmiany trenera.
Wszystko opowiedziane jest z dokumentalną precyzją, ważny jest przekaz, brak kolorowych obrazków. Reżyser ujawnia wstydliwe szczegóły z życia rodziny, daje do myślenia, obnaża kulisy sportu i jego bezlitosne prawa. Jeśli już mowa o boksie to warto wspomnieć o rozegranych walkach na ringu, o ich prezentacji. Wahlberg miał rację, wypowiadając się w którymś z amerykańskich talk show, zadawane ciosy wyglądają realnie, oddają atmosferę meczu bokserskiego.
No i na koniec kila słów o tym co wyczyniał na ekranie Bale, dostając do zagrania rolę w której można się wykazać. Zagrać sportowca, narkomana, trenera, brata w jednym filmie i to w roli drugoplanowej to dużo. Czas jaki miał, wykorzystał z nawiązką, kolejny raz do filmu stracił na wadze i znowu przykuwa widza do ekranu i nie pozwala mu się nudzić. Oskar w pełni zasłużony. 8/10

Buried (2010) – po zapoznaniu się z filmem 127 Godzin ciężko myślałem nad tym jak reżyser Pogrzebanego wybrnie z powierzonego mu zadania? Jak poradzi sobie z jednym aktorem, nie licząc rozmów telefonicznych oraz kilkusekundowego filmiku z komórki, i miejscem dalekim od prezentowania ciekawych kadrów. Ponieważ akcja filmu, w odróżnieniu od obrazu Boyla w 100% dzieje się w trumnie, nie ma żadnych retrospekcji, wspomnień, wizji bohatera, nic, tylko Ryan Reynolds jako Paul Conroy i pudełko zakopane w ziemi (przepraszam na moment pojawia się wąż).
Przede wszystkim podobni jak główny bohater, początkowo dostaje się lekkiego ataku klaustrofobii. Jest ciasno, duszno, ciemno, a świadomość bycia zakopanym nie wiadomo gdzie może budzić poważne lęki. Po czasie można się przyzwyczaić i oglądać z jakimi trudnościami musi zmagać się bohater, począwszy od niemożności dodzwonienia się do żony po fakt, że amerykanie nie negocjują z terrorystami.
Podczas seansu były momenty, że czegoś mi brakowało, chciałem żeby akcja przynajmniej na chwilę przeniosła się w inne miejsce, ale nic z tego. [UWAGA, dalej mogą wystąpić delikatne spoilery] Po godzinie miałem mieszane uczucia co do słuszności umiejscowienia filmu w jednym tylko miejscu, ale im bliżej końca, wszystko zaczęło do siebie pasować, akcja musiała się rozpocząć i zakończyć w trumnie. Ten brak banalnego zakończenia, to odważny krok ale w moim mniemaniu jest równie udany jak cały film. Polecam. 7,5/10

czwartek, 3 marca 2011

Wall Street (1987), Wall Street: Pieniądz nie śpi (2010).

Wall Street (1987) – już prawie miałem się zabrać za Pieniądz nigdy nie śpi, aż przy szukaniu o nim materiałów dowiedziałem się, że istnieje oryginał, pierwsza część. Będąc człowiekiem poukładanym, musiałem zapoznać się z obrazem z 1987 roku w reżyserii Olivera Stone.
Reżyser w głównych rolach obsadził, Charliego Sheena (Bud Fox) jako młodego, ambitnego maklera, który chce osiągnąć dużo więcej od tego na co pozwala mu praca w biurze maklerskim oraz Michaela Douglasa (Gordon Gekko), doświadczonego biznesmena. Fox jest człowiekiem ambitnym, upartym, zdaje sobie sprawę, że zarabianie wielkich pieniędzy musi się zacząć od znajomości, od kogoś kto wprowadzi go w świat wielkiego biznesu. Poznaje Gordona Gekko który staje się jego mentorem i wprowadza Fox'a w brutalny świat wielkiego biznesu.
Wydaje się, że świat przedstawiony w filmie nie odbiega od rzeczywistości, przekaz jaki niesie ze sobą jest do bólu oczywisty, mówi wprost, że w interesach liczny się tylko i wyłącznie pieniądz. Zysk z transakcji jest najważniejszy, tam nie ma miejsca na przyjaciół czy zaufanie. Twórcom udało się zainteresować widza, za sprawą dobrego scenariusza (mimo jego przewidywalności), dobrze dobranej obsady oraz miejsca akcji, dla mnie NY lat osiemdziesiątych zawsze będzie dobrze wpływał na klimat obrazu. Polecam, a ja czym prędzej zabieram się za Money Never Sleeps. 7/10

Wall Street: Money Never Sleeps (2010) – jest kontynuacją filmu opisywanego wyżej, opowiada co wydarzyło się na przestrzeni lat, a fabuła ląduje w 2008 roku. Opisywać jej nie chcę, żeby nie zepsuć obu części.
Pieniądz nigdy nie śpi, co tu dużo kryć jest słabszy, a wina moim zdaniem leży po stronie scenariusza. Film nie posiada dynamiki, potrafi przynudzać albo wywoływać emocje na siłę za pomocą szybkiego montażu w scenie po której bym się tego nie spodziewał. Za dużo w nim stricte technicznych szczegółów, zależności rynkowych których zwykły widz nie ma prawa znać.
Gdy przebrniemy przez te wpadki, możemy cieszyć się seansem, ciekawą intrygą, dobrym aktorstwem. Douglas grał w ciężkim dla siebie czasie (walka z chorobą) ale dał radę i chwała mu za to. Obawiałem się aktorstwa przyjaciela transformersów, okazało się jednak, że pan LaBeouf, zagrał z werwą, przekonaniem i ma u mnie plusik. Pojawił się także na kilka chwil Charlie Sheen, i choć ciężko to wytłumaczyć wolę jego aktorstwo z wcześniejszych lat.
Obraz jest przedstawicielem kina zrobionego dla pieniędzy, posiłkującego się dobrą pierwszą odsłoną Ogólny zarys jest dobry tylko te mniejsze klocki nie zawsze do siebie pasują bądź są wykonane z wątłego materiału. Aczkolwiek przypomnienie sobie czym zasłynął rok 2008 na światowych rynkach jest bezcenne. 5/10

piątek, 25 lutego 2011

Incepcja (2010), The Social Network (2010).

Inception (2010) – premiera filmu była wielkim wydarzeniem, szybko okazało się, że sale kinowe będą długo wypełnione, że powstał film dla mas, a jednocześnie taki, przy którym trzeba trochę się wysilić. Wysiłek, a może bardziej skupienie polega na uważnym śledzeniu fabuły, by wiedzieć o co chodzi. Incepcja od startu dostała naklejkę: skomplikowany film, czy też: ciężko się w nim połapać. Moje wrażenia po seansie były zbliżone do haseł przed momentem przytoczonych, aczkolwiek trochę przesady w nich było. Nie żebym wyśmiewał reżysera, a wręcz przeciwnie, jestem przekonany, że stworzył dzieło na miarę XXI wieku, starając się wprowadzać widza, na każdym kroku w niuanse fabuły. Może i skomplikowanej, ale na tyle dobrze rozpisanej, że przy odrobinie koncentracji, możemy delektować się snem w śnie.
Bo właśnie o sen tutaj chodzi, o jego kreację i manipulację za jego pomocą ludzką świadomością. Główny bohater, w tej roli kolejny raz wyśmienity Leonardo DiCaprio, jest fachowcem w tej dziedzinie. W zamian za wypełnienie powierzonego mu zadania, ktoś kto potrafi zdziałać cuda, pomoże mu w odzyskaniu rodziny. Przedsięwzięcie jest na tyle poważne, że Cobb musi zebrać kilku znajomych o specyficznych zdolnościach. Kiedy drużyna jest już w komplecie, może zacząć działać, a widz gdzieś koło połowy filmu powinien zostać sam na sam z Incepcją. Żadnych rozmów, popcornu, pauzowania itp, druga połówka obejrzana jednym ciągiem sprawia sporo frajdy. Początek wcale nie jest gorszy, ponieważ już samo poznawanie czym jest kontrola snu, jest przedstawiona w sposób spektakularny i rozochociła mnie a całego. Moja reakcja kiedy Cobb wtajemniczał nowego członka zespołu, moment gdy stawałem się świadom co mnie czeka przez najbliższe kilkadziesiąt minut mogła być tylko jedna: zaciśnięte dłonie, oczy wpatrzone w ekran, i naprawdę ciężko mi wykluczyć fakt, że przez chwilę mogłem się unosić kilka milimetrów na fotelem.
To jest właśnie siła Incepcji, ta świadomość, że reżyser może z nami zrobić co zechce, rzucić marchewkę i kiedy będzie się wydawało, że już jest nasza, zabrać ją sprzed nosa. Nolan dokonał czegoś niebywałego, zaczarował mnie, podobało mi się i tylko do siebie mogę mieć pretensje, że film oglądałem tak późno od dnia premiery. Tak, jestem kolejnym wyznawca Incepcji! 9/10

The Social Network (2010) – przydało by się postawić w tym miejscu buton „lubię to” i już, nie musiałbym dodawać nic więcej. Pewnie od strony technicznej nie jest to skomplikowane, wolę jednak skrobnąć parę słów o największym serwisie społecznościowym jakim jest Facebook.
Akcja filmu zaczyna się jesienią 2003 roku, wtedy to Mark Zuckerberg musi przyjąć fakt, że jego partnerka najzwyczajniej w świecie spławia. W ramach odreagowania i poniekąd zemsty w piwkiem w ręku zasiada przed komputerem, a swoje żale publikuje na blogu. W międzyczasie wpada na pomysł założenia strony internetowej mającej na celu porównywanie zdjęć dziewczyn. Fotografie, nie do końca w legalny sposób pobiera z serwerów kilku uczelni i wrzuca na stronę. Projek tej samej nocy zyskuje wielkie zainteresowanie wśród internautów i to na tyle, że ilość wejść przekracza możliwości przepustowe wewnętrznej sieci uniwersytetu Cambridge, gdzie swoje pierwsze kroki stawiał właśnie jeden z założycieli Facebooka.
Uwielbiam filmy w których główny bohater musi przełamywać granice, gdzie dąży do postawionego sobie celu za wszelka cenę, a gdy dochodzi do tego świat internetu i komputerów to już jestem w niebo wzięty. Oczywiście aspekt techniczny, powstanie marki jest potraktowany jako watek uboczny, ale zawsze miło zobaczyć na ekranie człowieka pracującego na linuxie.
Jedną z wielu rzeczy które sprawiły, że Social Network został obsypany nominacjami do oskarów jest na pewno dobre aktorstwo. Przewodzi na tym polu główny bohater którego zagrał młody aktor Jesse Eisenberg. Rola idealnie pasująca do niego, on nie grał, po prostu stał się odgrywaną przez siebie postacią. Naturalność z jaką przemykał po ekranie powala z nóg, jego aktorstwo, wyrafinowanie zaprezentowane przed kamerą jest naprawdę przekonująca. Pojawia się także kolejna ciekawa postać w świecie internetu, założyciel serwisu Napster, zagrany przez Justin'a Timberlake (czytelnicy pamiętający łącza 128kb/64kb wiedzą czym był Napster :) ) Także dostał rolę do której nie musiał się jakoś wielce poświęcać, czy przygotowywać ale odwalił kawał dobrej roboty. Film opanowany przez młode pokolenie, pokazujące swój profesjonalizm na każdym kroku.
Social Network to forma teledysku dla ludzi rozgarniętych, to dzieło zrobione w nowoczesny sposób, jednak bez przekraczania granic sztuczności czy tak wszędobylskiej tandety. Tutaj nawet rozmowa bohaterów przy ogłuszającej muzyce na dyskotece (są takowe jeszcze? Czy teraz używa się tylko sformułowań typu: party, before i after?) jest potrzebna do całości, jest autentycznie dobra, albo początek filmu, szybka praca kamery, szybkie dialogi i jeszcze szybsze wklepywanie linijek kodu nie powodują ataków padaczki, są nakręcone z wyczuciem i klasą. 8,5/10

Moje lista (tych filmów które miałem okazje zobaczyć) najlepszych filmów 2010 roku:

1. Jak zostać Królem
2. Incepcja
3. Social Network
4. The Fighter
5. 127 Godzin / Buried, nie potrafię się zdecydować który lepszy :)

ps: Fightera nie widziałem, bo niby jak nie wyjeżdżając z kraju, ale mam przeczucie, że był dobry :)

Jeśli już robię takie małe podsumowanie, to chciałbym podziękować za odwiedziny i komentarze, tych nigdy za dużo. Pozdrawiam i zapraszam do udziału w życiu bloga.

piątek, 18 lutego 2011

127 Hours (2010), Mamma Mia! (2008).

127 hours (2010) - zepsułem sobie kinowy seans przez poznanie ważnego faktu z fabuły filmu. Teraz wiem, że pewnie bym się tego „czegoś” domyślił, ale domysły, a konkretna wiedza to co innego. Nie mniej jednak zdecydowałem się wydać kilka złoty i zobaczyć co zaprezentuje Danny Boyle, człowiek który ujawnia swoją pasję nawet podczas wizyty w Top Gear, kiedy chwalił pracę kamery ustawionej na torze wyścigowym.
Zadanie miał trudne, musiał zainteresować widza przez 90 min praktycznie jedna lokacją i jednym aktorem. Film opowiada historię Arona, człowieka który nadmiar energii wykorzystuje podczas weekendowych eskapad na łono natury. Porusza się pieszo na rowerze, skacze po skałach byle w samotności i do przodu. Na jednym z wypadów przyjmuje role przewodnika i demonstruje nowo poznanym koleżankom uroki okolicznych jaskiń. W dość nietypowych warunkach znika , a widz myśli, że już się zaczęło. Otóż nie, wpada do jeziorka które dobrze zna i zaprasza do skoku koleżanki. Jak to bywa przy dobrej zabawie czas szybko mija i pora się rozejść. Na nieszczęście Arona, nowo poznani znajomi rozchodzą się w przeciwnych kierunkach, a ten po krótkim czasie wpada w pułapkę.
Jeden aktor, jedno miejsce i reżyser musi wprawić w ruch ten statyczny obraz. Zabiegi które stosuje są wystarczająco interesujące i pozwalają widzowi na wejście w skórę głównego bohatera i cierpienie razem z nim. Odtwórca głównej roli James Franco (bardzo dobra kreacja), z zaklinowaną dłonią robi oczywiście wszystko by się wydostać, a z godziny na godzinę sprawa się tylko pogarsza. Niedobór wody, pokarmu i zmęczenie niekorzystnie wpływają na psychikę. Wizje, omamy i sny jakich doświadcza, klarują mu jego obecną sytuację, stają się odpowiedzią na oczywiste w tej sytuacji pytanie: dlaczego ja?. Dobre wciągające kino. 7,5/10

Mamma Mia! (2008) - zdaję sobie sprawę, że prezentowane dzieło odstaje od mojej listy filmów, ale powiedzcie szczerze kto potrafi odmówić „delikatnym” aluzjom małżonki? Dodać do tego należy moje uwielbienie dla pani Meryl Streep i oto jestem na kanapie, żona obok, zapowiada się miły wieczór.
Film z założenia miał bawić, prezentować prostą historie, ładne widoki, plejadę gwiazd które co rusz z normalnej konwersacji przechodziły do śpiewania. Za każdym razem bawiły mnie te sceny, a już zakończenie wykonywanego utworu gdzie w choreografii pomagało kilkanaście osób (nie wiadomo skąd się wzięli) i rozchodzenie się zgromadzenia jak gdyby nigdy nic, było przekomiczne. Wiem, taka specyfika musicalu, czy też filmu udającego ten gatunek ale nic nie poradzę, że wygląda to zabawnie.
Mamma Mia to jeden wielki teledysk, do którego powciskano drobne elementy fabuły i miało się udać. Można śmiało powiedzieć, że twórcy dopięli swego, zabierając widza w urokliwe miejsce, dobierając ciekawą obsadę, a to wszystko wrzucili do ogromnego garnka z napisem: dobra zabawa przy Abbie. 6/10

niedziela, 13 lutego 2011

Red (2010), Czarny łabędź (2010).

Black Swan (2010) – wiedziałem, wiedziałem od samego początku, kiedy to pierwsze wieści na temat filmu obiegły świat, że ten nie będzie dla mnie. Dzieło Aronofskiego, doceniane na festiwalach, z wielce prawdopodobną oskarowa rolą Natalie Portman, a ja jak ten uparty osioł, nie będzie mi się podobać i koniec. Nawet kiedy wiedziałem, że i tak będę oglądał łabędzia nie mogłem pozbyć się tych wszystkich negatywnych emocji związanych z filmem. Sam nie wiem skąd się wzięły, ale u mnie zawsze tak jest kiedy wszyscy dookoła pieją o jakimś dziele, mnie od niego odpycha (do dnia dzisiejszego nie oglądałem Incepcji).
Co do jednego na pewno miałem rację, balet jak na razie nie jest dla mnie, nie potrafiłem cieszyć się z tego co oglądałem, może po prostu zostawiam sobie furtkę na starsze lata. Co do fabuły to z minuty na minutę dałem się przekonać do historii, opowieść o ambitnej baletnicy może się podobać. Walka głównej bohaterki z jej fizycznością, problemy natury psychicznej, treningi prowadzone do utraty sił i zdrowia pokazują widzowi jaką wielką dawkę energii i poświęcenia musiała dać Portman w rolę.
Czarny Łabędź to nie moja bajka, aczkolwiek potrafię docenić film i śmiało zaprosić na seans takim ignorantom jak ja. 7,5/10

RED (2010) – po zawodzie na Niezniszczalnych, do kontrkandydata o palmę pierwszeństwa w 2010 na najlepszy film sensacyjny z doborową obsadą podchodziłem ostrożnie. Opinie jakie było mi czytać były na tyle skrajne, że postanowiłem zaryzykować i odszyfrować skrót zawarty w tytule.
Oznacza ni mniej, ni więcej: Retired Extremely Dangerous, a tym ekstremalnie niebezpiecznym emerytem okazał się Frank Moses czyli Bruce Willis. Frank nie wadził nikomu, mieszkał na przedmieściach, prowadził spokojny i poukładany żywot, po szalonych latach w CIA.. Fabuła przyspiesza i praktycznie do końca już nie odpuszcza, gdy po „dziadka” wpadają specjaliści od mokrej roboty. Oczywiste, że nasz twardziel im umyka i zaczyna prywatne śledztwo, podczas którego poznajemy jego znajomych z dawnych lat, a zagrali ich: Helen Mirren, John Malkovich, Morgan Freeman. Sporo musiało kosztować sprowadzenie na plan tak licznej gromadki, może i leciwych, ale zawsze gwiazd. Podjęte ryzyko opłaciło się, scenariusz choć grubymi nićmi szyty, przyprawiony humorem i dobrym aktorstwem może zdziałać cuda. Jasne, że schemat goni schemat, że to już kiedyś było, ale dlatego właśnie należą się brawa dla twórców, za stworzenie filmu który potrafi przyciągnąć widza. Mnie przykuł do ekranu i z uciechą mogę powiedzieć, iż zabawa była pyszna.
Pół punktu na plus za scenę, gdzie pojawia się wódka Sobieski. 7,5/10

wtorek, 8 lutego 2011

Jak zostać królem (2010), Zanim odejdą wody (2010).

The King's Speech (2010) – publiczne przemówienie księcia Yorku na Wembley, charakterystyczny szum powstały w skutek powstanie tysięcy osób i kiedy z głośników ma popłynąć mowa na zakończenie wystawy Imperialnej w Londynie, zapada cisza... Tak zaczyna się film, który na długo zostanie w mojej pamięci. Obraz o człowieku z problemem, jakim jest dla często przemawiającego publicznie monarchy, jąkania się.
Często podczas projekcji filmu, stawiamy się w roli bohaterów, współczujemy im, kibicujemy czy też przeklinamy w wszystkie diabły. Tutaj moja empatia była dużo silniejsza, niestety nie mam nic wspólnego z angielską monarchią ale zmaganie się z tak wredną przypadłością jaka jest jąkanie, nie jest mi obca. Znam to uczucie, kiedy wpatrzone w ciebie z politowaniem oczy „mówią”, no dalej powiedz to w końcu.
Akcja filmu została osadzona w latach trzydziestych XX w w Wielkiej Brytanii. Książę, a po abdykacji swojego starszego brata, król Jerzy VI staje na czele narodu w momencie gdy Europa czuje na plecach oddech Hitlera. Król, jego przemowy powinny być stanowcze, dodawać pewności siebie, otuchy i w tak ciężkich czasach, zagrzewać do walki.
Nikogo jednak nie zagrzeje do walki przemowa króla, który nie potrafi wypowiedzieć zdania bez zająknięcia się, bez kilkunasto sekundowych pauz na wyduszenia z siebie jednego słowa. Na pomoc przychodzi mu jego żona, rozpaczliwie szukająca specjalisty od wad wymowy. Po wielu nieudanych próbach natrafia na Lionela Logue, ekscentryka z rezultatami.
Współpraca króla Jerzego z terapeutą to największy atut filmu. Podobał mi się klimat, sposób w jaki prowadzona była historia, cała otoczka życia monarchii ale to postacie odegrane przez Firth'a i Rush'a są dla mnie najwartościowsze. Podejście terapeuty do pacjenta, którym była najważniejsza osoba w państwie, szokowało, bawiło potwierdzało, że walka z jąkaniem, z demonami przeszłości musi być brutalna, opierać się na zaufaniu i przyjaźni.
Przede mną jeszcze kilka filmów starających się o najważniejszy laur w świecie filmu, ale życzę The King's Speech kilku zasłużonych statuetek. Obraz bawi, wzrusza, daje do myślenia, a to wszystko opakowane jest w przepiękne zdjęcia i porywającą muzykę. Gorąco polecam. 9/10

Due Date (2010) - przypadek, zrządzenie losu lub może zwykły zbieg okoliczności sprawił, że drogi Petera (Robert Downey Jr.) i Ethana się skrzyżowały. W samolocie, którym obaj udawali się do Kalifornii, wydarzenia sprowokowane przez ich samych przybierają na sile i koniec końców obaj trafiają na czarną listę linii lotniczych. Oznacza to zakaz latania, a trzeba nadmienić, że Peter spieszy się na poród swojej żony. Odległość jaka musi pokonać, w kilka dni, to 3 tysiące kilometrów co stanowi pewien problem kiedy jest się bez pieniędzy i dokumentów. Z pomocą podjeżdża Ethan i proponuje pomoc w dotarciu na porodówkę.
Komedia z którą mamy do czynienia to film drogi, to opowieść o prawdziwej przyjaźni, a że korzysta z utartych schematów, można w tej konkretnej sytuacji wybaczyć. Prezentowany humor broni się sam, przez większość czasu trzyma poziom i może rozbawić nawet kamienne twarze. Schodzenie poniżej granicy dobrego smaku jest częstym zjawiskiem zjawiskiem w komediach, twórcom Due Date zdarzyła się tylko jedna taka wpadka i chwał i ma za to. Mówię tutaj o scenie z Galifianakis'em (kolejna genialna rola komediowa), który to przed snem musiał przedsięwziąć pewne środki, które pozwalają mu spokojnie zasnąć, na trzeźwo ten numer ciężko wchodzi. Ogólnie jest dobrze i oby więcej takich filmów z humorem na odpowiednim levelu. 7,5/10

czwartek, 3 lutego 2011

Underworld (2003), Underworld: Evolution (2006).

Underworld (2003) – temat wampirów jest obecnie na czasie, z każdej strony jesteśmy atakowani stworami rządnymi ludzkiej krwi. Wszystko było by ok, gdyby nie fakt, że są to dzieła przeznaczone raczej dla młodszego targetu, sporo tam wątków miłosnych, co faceta po 30 (ledwo co) nie zawsze musi interesować. Stworzenia z przerośniętymi siekaczami, zawsze darzyłem sympatią i w końcu sięgnąłem po Underworld, by zobaczyć co i jak.
Pierwsza części trylogii wprowadza nas w świat wampirów oraz wilkołaków zwanych Lykanami. Scenariusz filmu nie należy do skomplikowanych, niemal większość akcji jaką widzimy na ekranie to wzajemne zwalczanie się obu gatunków. Poznajemy kilka faktów z historii, dowiadujemy się jak wyglądały pierwsze kroki tych specyficznych stworzeń. Wojna między wampirami a Lyknami przybiera na sile gdy ci pierwsi dowiadują się, że wilkołaki szukają potomka pierwszego nieśmiertelnego by stworzyć hybrydę dwóch gatunków.
Obraz, o tak oderwanej od rzeczywistości historii, prezentuje się autentycznie, nie ma się wrażenia, że coś takiego nie może mieć praw bytu. Aktorzy starają się zapewnić widzowi dobre widowisko. Najbardziej zaskoczył mnie Michael Sheen, widziany przeze mnie ostatnio w 30 Rock. Ten skromnie wyglądający anglik, gdy dostanie ciekawa rolę i długie włosy potrafi wykrzesać z siebie sporo energii. Owocny seans. 6,5/10

Underworld: Evolution (2006) – po trzech latach wampiry powracają na ekrany kin, powracają w dobrym stylu. Czas dzielący obie części pozwolił twórcom na rozwinięcie scenariusza, poprawę efektów specjalnych. Przemiana w wilkołaki choć uproszczona lepiej wygląda, czy też dobrze zrobiona postać pierwszego prawdziwego wampira.
Poznajemy legendę o pierwszym nieśmiertelnym, który miał dwóch synów. Jeden z nich został ugryziony przez nietoperza, drugi przez wilka. Pierwszy Lykan nie panował nad gniewem i przemianami stając się niebezpiecznym dla otoczenia, więc postanowiono uwięzić go na wieki. Braterska miłość była jednak zbyt silna, zmusiła Marcusa do odnalezienia tajemniczego klucza i uwolnienia brata. Więcej zdradzać nie będę, sami zobaczcie jak rozwinie się sytuacja.
Film jest udaną kontynuacją, więcej się dzieje, fakty z przeszłości potrafią zainteresować widza, a pojawiający się watek miłosny można jakoś przeżyć. Podobnie jak było przy pierwszej części obraz zachowuje autentyczność i ogląda się ją z przyjemnością. 6,5/10

poniedziałek, 31 stycznia 2011

Maczeta (2010), Tora! Tora! Tora! (1970).

Machete (2010) – Rodriguez kupił mnie już po paru chwilach spędzonych z bohaterami Maczety. Wiedziałem, że spędzę kilkadziesiąt minut z uśmiechem na twarzy, który nie znika nawet podczas krwawych scen, a jest ich całkiem sporo. Nie chodzi mi tutaj o śmiech politowania, ponieważ te drastyczne sceny z przymrużeniem oka nie mają przerażać tylko bawić widza (no chyba, że to tylko moja wypaczona ocena). Zresztą cały film zrealizowany jest w konwencji pastiszu kina klasy C, obraz, muzyka, dialogi mają wyglądać dokładnie tak jak serwuje nam je reżyser.
Fabularnie widz nie otrzymuje żadnej nowości, nie doświadcza czegoś niezwykłego, scenariusz jest prosty jak drut. Pozwala to jednak na delektowanie się dziełem bez zbędnego komplikowania, prosto i konkretnie. Cała zabawa polega na wyłapywaniu smaczków, uciesze z ścieżki dźwiękowej z nietuzinkowego podejściem do sprawy. Do ogromnej zbieraniny plusików zawartych w filmie dołączyć trzeba oczywiście po mistrzowsku dobrana obsadę.
Główna rola przypadła gwieździe drugiego planu, Dannemu Trejo, który w końcu doczekał się głównej roli. Człowiek stworzony do tego filmu i mimo iż nie grzeszy wielkim talentem, podołał zadaniu, a to przecież najważniejsze. Na ekranie zobaczymy zapomnianego Dona Johnsona, świetnego De Niro, zjadliwego Seagala, a żeby nie było tylko testosteronu, twórcy uświadczyli męską widownię paniami: Jessicą Alba oraz Michelle Rodriguez. Na pierwszy rzut oka widać, że ekipa dobrze bawiła się na planie, co przełożyło się także na moje dobre samopoczucie po seansie. 8/10

Tora Tora Tora (1970) – to bolesna pobudka dla Ameryki, to solidny cios zadany nie tylko w zatoce Pearl, ale przypomnienie mocarstwu, że ataku (co może zabrzmieć trywialnie) można spodziewać się w niedzielne, piękne popołudnie. Historia opowiedziana w filmie jest przedstawiona z obu punktów widzenia, gdzie dominuje wschodnie poszanowanie władzy, honor i determinacja oraz amerykańska biurokracja i pycha na najwyższych szczeblach władzy.
To co dzieje się po stronie Japońskiej dla europejczyka może wydawać się momentami niezrozumiałe, to kultura tak różna od naszej, że nie ma sensu kwestionować czy dyskutować na temat ich zasad i norm moralnych. Szanować natomiast należy za podejście do przeciwnika, darzenie go szacunkiem, chociażby poprzez dementowanie plotek, rozsiewanych w japońskiej armii o amerykanach przez dowodzącego akcją.
Druga strona konfliktu poległa w porcie tylko dlatego, że nie dawała wiary w możliwości ataku w tym miejscu, że zlekceważyła przeciwnika oraz, co chyba najbardziej nie wiarygodne, przepływ informacji, wydawanie rozkazów było zakłócane przez tak błahe sprawy jak niechęć do obudzenia zwierzchnika po 22 w nocy, czy wspomniane już wcześniej skrócone godziny pracy w weekend.
Ponad dwie godziny spędzone przed TV, wynagradza po mistrzowsku prowadzona historia. Powoli aczkolwiek z dużym napięciem śledzimy rozwój wydarzeń co jakiś czas łapiąc się za głowę z absurdów panujących w amerykańskim wojsku.
Film jest ciekawy także z punktu widzenia podejścia do tematu, ponieważ niemal, cała uwaga twórców skupia się na czasie przed wielkim atakiem, dopiero ostatnie pół godziny to sceny walk w Pearl Harbor. Końcowa sekwencja filmu zamyka go jako całość i jest fantastycznie zrobionym dodatkiem. Sceny tworzone bez green screen'a zrobione są profesjonalnie i przekonująco, gdzie chwilami miałem obawy o statystów. Scena w której wybucha samolot, zaparkowany na lotnisku i po chwili przewraca się na jednego z Japończyków sprawiła że miałem spocone dłonie.
Zapraszam, rzadko widuje się filmy z tak rzetelnie przedstawioną historią. 8,5/10

wtorek, 25 stycznia 2011

Biali nie potrafią skakać (1992), Easy Rider (1969).

White Men Can't Jump (1992) – film z czasów kiedy Wesley Snipes był na fali, a Woody Harrelson potrafił doskoczyć do obręczy. Oglądałem go lata temu i zapamiętałem tylko, że opowiada o koszykówce, o napięciu jakie towarzyszyło mi gdy wspomniani aktorzy walczyli na boisku. Pamiętam także, jak wielkim hitem był ten obraz w wypożyczalniach kaset video.
Dziś z trochę większym doświadczeniem kinowym, już bez spoconych dłoni postanowiłem przypomnieć sobie coś co tak bardzo fascynowało w młodości. Biali nie potrafią skakać, po latach stracił trochę na świeżości, film nie hipnotyzuje już tak jak kiedyś, ale można śmiało powiedzieć, że te kilkadziesiąt minut spędzone przed tv można zaliczyć do udanych. Zabawa podczas oglądania aktorów starających się pokazać swój talent na boisku jest przednia.
Jeśli chcecie przypomnieć sobie początki lat 90tych, facetów w getrach albo dowiedzieć się jaka jest różnica między słuchaniem a słyszeniem Hendrixa to w wolnej chwili zachęcam do oglądania tegoż dzieła. 6/10

Easy Rider (1969) – obraz o uniwersalnym przesłaniu, ukazującym wrogość międzyludzką, nienawiść którą wznieca odmienność poglądów czy zwyczajnie inne podejście do życia. Smutny to film, obnaża prawdę o kraju gdzie narodziła się wolność, który miał być tolerancyjny, choćby tylko z racji mnogości ras tam zamieszkujących, a okazuje się miejscem gdzie indywidualność jest złem. Dennis Hopper jako reżyser i odtwórca głównej roli musiał narazić się wielu osobom swym dziełem, ale ja się cieszę, że powstało, że ktoś chciał pokazać prawdę, chciał przypomnieć społeczeństwu, jak człowiek potrafi być okrutny!
Jedynym pozytywnym akcentem jest dobrze dobrana muzyka, która z połączeniem z świetnymi zdjęciami daje trochę oddechu od poważnych intencji filmu. Kadry, gdy motocykliści przemierzają bezkresne ziemie ameryki, mogą podobać się nie tylko amatorom przyrody. 8/10


czwartek, 20 stycznia 2011

Żądło (1973), Kolacja dla palantów (2010).

The Sting (1973) – Chicago w latach 30tych dwudziestego wielu to kolebka hazardu, szulerni, różnego rodzaju szumowin, gotowych do wyłudzenia pieniędzy od „jelenia” w każdej chwili. Jeśli do tego dodamy odtwórców głównych ról w osobach: Robert Redford oraz Paul Newman to czy może powstać nudny film? Nie!
Żądło to historia wielkiego przekrętu, to opowieść o zemście za śmierć przyjaciela. Bohaterzy obmyślają sprytny plan, jak ukarać mafioza który pozbawił życia ich przyjaciela. Wymyślili odwet na wielka skalę, zaangażowali do niego pół miasta, ponieważ wszystko musiało wyglądać i wypaść perfekcyjnie. Podczas seansu poznajemy tajniki sztuczek gry w pokera, podmieniania pieniędzy na oczach poszkodowanego, czy przekręty jakie można było w tamtych czasach robić za pomocą telegrafu na wyścigach konnych.
Obraz kręcony bez pomocy komputerów, a oddanie klimatu tamtych lat wypadło przyzwoicie. Ciekawe kadry miasta, gdzie ciężko się dopatrzeć elementów z 1973 (wtedy był kręcony film), wnętrze baru szybkiej obsługi, czy też miejsce spotkań w którym można postawić pieniądze na wyścigi konne, jak żywcem wyjęte z kat historii.
Wspominając bar gdzie za 85 centów można było zjeść posiłek, nawet o 1 w nocy, znowu dopadają mnie przemyślenia jak różniło się życie w tamtych czasach u nas i za oceanem, ale to już rozprawka na kiedy indziej. Film gorąco polecam. 8/10

Diner for Schmacks (2010) – zastanawiając się co by tu napisać o filmie z Stevem Carell, napadała mnie myśl, że im więcej mam tutaj wpisów, to mogę nawiązywać do swoich wypowiedzi, może kiedyś sam siebie będę cytował. Joke.
Wracając do filmu, jak już kiedyś wspomniałem jestem fanem Carella, głównie za The Office. Jak dotąd filmy z nim w roli głównej trzymały poziom i można powiedzieć, że sprawdził się na dużym ekranie. Wspomnieć chociaż jego duet z Tiną Fey w Date Night (widzicie, znowu).
Kolacja dla idiotów, to historia Tima, pracownika wielkiej firmy, gdzie awans jest zależny od solidnej pracy, oraz zajęć poza biurem. Szef zaprasza go na kolację, jego osobą towarzysząca ma być ciekawy, niecodzienny, nietuzinkowy gość z którego można się pośmiać, ot taka burżuazyjna zabawa.
Film odebrałem chłodno, rola jaką dostał Carell była słabo napisana, polegała wyłącznie na beznadziejnych wygłupach, które mnie już nie śmieszą. Jego partner Paul Rudd także niczego interesującego nie pokazał i gdy już miałem sobie odpuścić pojawił się Zach Galifianakis. Ten facet jest obłędny, już nie mogę się doczekać "Zanim odejdą wody". Zagrał oszałamiająco z wdziękiem wcielił się w rolę, to co potrafi wyczyniać podczas przejmowania władzy nad czyimś umysłem zasługuję na uwagę i potrafi rozłożyć na łopatki i podnieść wystawioną przeze mnie ocenę dla filmu. 5,5/10