Pokazywanie postów oznaczonych etykietą William H. Macy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą William H. Macy. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 17 października 2011

Prawnik z Lincolna (2011)

The Lincoln Lawyer (2011) - pisząc te słowa nie mam pojęcia, jak dystrybutor na nasz piękny kraj nazwie ów film. Pewnie jak to często bywa, ujawni rąbka tajemnicy, zdradzając w jednym słowie fabułę i totalnie odbiegnie od oryginału. Rozszyfrowanie tytułu jest banalne. Lincoln to marka samochodu, którą poruszał się prawnik będący głównym bohaterem opowieści (dywagacje na temat tytułu, podyktowane są pół godzinnym zaćmieniem i wpatrywaniem się w migający kursor. Wstęp zostaje mimo tego, że polski tytuł, jak się okazało, w momencie dostępności internetu, jest ok).
No właśnie prawnik więc film pewnie obrał cel na salę sądową. W sumie to tak, tyle, że nie jest to stricte dramat dziejący się na sali rozpraw. Tam reżyser skieruje nas, gdy to jest niezbędne. Większość czasu, jaki przyjdzie nam spędzić z Prawnikiem z Lonkolna, to poznanie jego metod pracy i powolne rozpracowywanie go jako człowieka. Fabuła dotyczy w głównej mierze, sprawy nad którą pracuje nasz bohater, broniący klienta oskarżonego o napad i pobicie prostytutki. Początkowo wszystko wydaje się być jasne i klarowne, z biegiem czasu rozwijają się jednak nowe wątki, a widza siedzi zaczarowany przed ekranem i czeka na rozwój wydarzeń.
Bywają filmy w które trzeba się wgryzać, na polubienie bohatera potrzeba czasu. Tutaj nie ma tego problemu, przynajmniej ja nie miałem. McConaughey stworzył ciekawą kreację, nadaje ludzką twarz środowisku adwokatów. W realny sposób przekonuje widza, że pomimo pogoni za pieniądzem, w jego środowisku zdarzają się ludzie mający sumienie. Na pozór prosta fabuła potrafi przykuć do ekranu i nie odpuszczać do samego końca. Nie ma przestojów, większych luk w fabule, to film dający satysfakcję z oglądania. 7,5/10

niedziela, 31 lipca 2011

Shameless (2011-?, sezon 1)

Shameless US (2011-?, sezon 1) – kolejny raz amerykańska stacja telewizyjna, tym razem Showtime, zajęła się nakręceniem serialu na podstawie angielskiej wersji. Oryginał emitowany jest od 2004 roku, do tej pory powstało 8 sezonów. Polska, mało odważna telewizja nie raczyła nam przybliżyć tej produkcji. Dziś, kiedy media stają się bardziej dostępne, możemy jednak poznać poczynania rodziny Gallagherów zza oceanu, za pośrednictwem płatnej telewizji n-Seriale.
Różnicę pomiędzy serialami, widać już po okładkach, „kartach” promocyjnych, obu produkcji. Brytyjscy aktorzy są mniej atrakcyjni fizycznie, wydaja się bardziej surowi i bliżsi naszym standardom. Amerykanie, jak zwykle polecieli trochę za bardzo, zatrudniając aktorów o ślicznych buźkach, dobrej prezencji i jakby nie z tego świata który reprezentują.
Shameless, opowiada historię rodziny Gallagherów, zamieszkujących niezbyt ciekawą dzielnicę Chicago. Frank, ojciec samotnie wychowujący szóstkę dzieci, wieczny pijak, mający tylko przebłyski trzeźwości. Opiekun to za duże słowo, jest tylko rodzicem biologicznym, nad ciągłością życia rodziny czuwa jego najstarsza córka, Fiona. Musi ogarnąć trójkę najmłodszych dzieci, wiecznie dorywczą pracę, dom, rachunki i temu podobne sprawy życia codziennego. Nie jest jej łatwo,ponieważ każdy z domowników jest specyficzny, przez co opieka bywa często bardzo trudna, wiążąca się z ciężkimi decyzjami.
Pierwszy sezon liczy 12, prawie godzinnych odcinków. Przez pierwsze trzy musiałem się przyzwyczaić do konwencji w której znalazł się serial. Ciężko było mi pogodzić się z niektórymi decyzjami, które zapadały w domu na przedmieściach wietrznego miasta, ich życie rodzinne wydawało się mało realne. Wiem, że wielodzietne rodziny, z wiecznie pijanym ojcem, funkcjonują w chaosie, każdy zajmuje się sobą i innymi jednocześnie, ale twórcy nie potrafili mnie przekonać, że tak to właśnie wygląda. Później doszedłem do wniosku, że jeśli chce oglądać rodzinę z problemami, zresztą jakąkolwiek rodzinę to musiałbym to robić przez judasza. A tutaj mamy do czynienia z serialem fabularnym, który ma nas bawić, zainteresować, a momentami powiedzieć coś mądrego. Szybko przekonałem się, że kolejny raz Showtime, po Californication, stworzyła serial słodko-gorzki, z sporą dawką dramatu, ironii i humory. Pokochałem go tak samo jak wyczyny Moodiego.
Dzieło kablówki posiada oprócz doskonałej fabuły, dobrą obsadę aktorską. Począwszy od najmniejszego członka, małego „słodziaka”, po ojca rodziny którego gra William H. Macy. Scena z jego udziałem są genialne, ani przez moment nie widać, że udaje pijaka, to postać zagrana w sposób absolutnie perfekcyjny. Wspomniana wcześniej, ta ładniejsza, część załogi także radzi sobie bardzo dobrze. Potrafią przekonać, że wygląd niewiniątek to tylko wygląd i szybko o nim zapominamy na rzecz ciekawych kreacji. Gorąco polecam! 8,5/10

czwartek, 30 grudnia 2010

Fargo (1996), Serce nie sługa (2005).

Fargo (1996) – plan był prosty: główny bohater potrzebuje na szybko pieniędzy, zleca porwanie swojej żony. Okup ma zapłacić teść, a kasa zostać podzielona fifty fifty między mężem a porywaczami. Sprawa szybko się komplikuje i z niewinnego porwania staje się historią o poważnych czynach i konsekwencjach. Scenariusz do filmu napisało życie, więc nie będę go chwalić, aczkolwiek realizacja i przekazanie widzowi tematu jest na najwyższym poziomie.
Bracia Coen prezentują opowieść bez żadnych upiększaczy czy dłużyzn, zawarli całą historie w 90 minutach, bez skrępowania zapodają widzowi kolejne fakty z wydarzeń z 1987 roku w malowniczym miasteczku Fargo w Północnej Dakocie. Każda postać ma swoje pięć minut w filmie, nawet mąż głównej bohaterki, robiący jajecznice ciężarnej żonie wczesnym rankiem jest ciekawą kreacją. Fabuła wciąga od pierwszych minut i trzyma w napięciu do końca seansu. Budowanie klimatu należy do najlepszych jakie ostatnio widziałem, po takim filmie chce się więcej dzieł Coenów. Polecam 9/10

Prime (2005) – reżyser obrazu, czyli Ben Younger nie wsławił się żadnym dziełem, Serce nie sługa także przeszło by bez echa gdyby nie dobrze obrana obsada. Film pociągły i uratowały od zapomnienia Meryl Streep oraz Uma Thurman. Zagrały przekonująco, zabawnie miło było oglądać z jednej strony wyśmienity warsztat, z drugiej niebanalną urodę. Każdy może sobie sam dopasować co pasuje do której aktorki.
Film opowiada o 37 letniej kobiecie sukcesu, której życie sercowe zaczyna się od nowa po właśnie podpisanych dokumentach rozwodowych. Na drodze spotyka młodego mężczyznę i mimo wielu wątpliwości angażuje się w związek. Rafi, bo tak nazywa się główna bohaterka, uczęszcza na sesje terapeutyczne, dzieli się z swoimi lekarzem przemyśleniami, szczegółami z życia z nowym partnerem i szuka usprawiedliwienia dla zaistniałej sytuacji.
Pierwsze kilkadziesiąt minut to miłe dla oka aktorstwo, interesujący obyczaj bo na pewno nie komedia i pomimo standardowych rozwiązań scenariuszowych dobrze się ogląda. Jest jedno, co potem było wręcz oczywiste, zaskoczenie, wręcz przewrót fabularny i zapowiada się naprawdę dobrze. Lecz im dalej w las tym reżyser zaczyna się gubić, nie może się zdecydować czym ma być film. Przechodzi z lekkiego klimatu w bardziej poważny, muśnie go, by za chwile powrócić do poprzedniego.
Moja ocena całości, została popsuta właśnie przez ww wątpliwości, niezdecydowanie autora, który początkowo sprzedaje nam przyzwoity obraz, by potem, nie wiadomo po co go komplikować. 6/10

Mam zaszczyt zakomunikować, że Fargo to setny film jaki pojawił się na blogu :)