sobota, 7 stycznia 2012

Najdłuższy dzień (1962)

The Longest Day (1962) – inwazja, będąca lwią częścią filmu miała się odbyć 5 czerwca, ale z powodu nie sprzyjających warunków atmosferycznych została przesunięta o 24 godziny. Ostatecznie 6 czerwca 1944 roku wojska sprzymierzone lądują w Normandii, w okupowanej przez Niemców Europie. Ta największa w dziejach, pod względem użytych sił i środków podczas II wojny światowej, operacja jest główną i kulminacyjną częścią filmu. Jednak twórcy obrazu chcąc oddać pełną perspektywę na wydarzenia, prezentują też wydarzenia sprzed D-Day. By ogarnąć ogrom wszystkich wojskowych, dowódców ludzi mających wpływ na losy wojny po jednaj jak i drugiej stronie, których poznamy podczas seansu, trzeba robić notatki. Wyzwaniem było obsadzenie wszystkich ról przez ich mnogość, ale także za sprawą zastosowanego schematu. Strony konfliktu, bohaterowie mówili w swoim ojczystym języku, co w moim odczuciu poprawiało odbiór dzieła. W mniej lub bardziej epizodycznych kreacjach wystąpili między innymi: Richard Burton, Henry Fonda, John Wayne, Sean Connery, Richard Burton.
Poznajemy kulisy jednego z najważniejszych dni II wojny światowej w naturalnej formie. Od młodych żołnierzy garnących się do walki za wszelką cenę i ich zderzenie z brutalną prawdą wojennej potyczki, po Niemieckich wodzów z filiżanką kawy w ręku, którzy początkowo lekceważyli doniesienia z linii frontu.
Najdłuższy dzień w zderzeniu z Szeregowcem Ryan'em (porównanie nasuwa się samo), musi oddać hołd filmowi z Tomem Hanksem w roli głównej. Jednak dzieło z początku lat sześćdziesiątych nie ma się czego wstydzić mając na koncie dwa Oscary. Jeden za zdjęcia, które faktycznie robią wrażenie, w szczególności te kręcone z Niemieckiego samolotu przelatującego nad plażą, albo najazd kamery na nazistowskie działo umieszczone na dachu kasyna, dające piękną panoramę okupowanego miasta. Oraz za efekty specjalne które dziś już nie szokują, niemniej pół wieku temu musiały przyprawić o szybsze bicie serca.
Stany Zjednoczone gdy film był w kinach, miały innego wroga na arenie światowej. Niemcy jako kraj byli po prawidłowej stronie żelaznej kurtyny i dlatego reżyser łaskawie przedstawił ich mundurowych. Nie było można zaobserwować tej nienawiści, bezpodstawnej przemocy cechującej wojska III Rzeszy. Barbarzyństwa w filmie za grosz. Wydarzenia z 6 czerwca zobrazowano w miarę delikatnie, momentami wręcz infantylnie, okraszając niektóre sceny wesołą muzyczką. Jednak jako całość film prezentuje się dostojnie i powinien mieć zaszczytne miejsce na półce z najlepszymi filmami wojennymi. 8/10

4 komentarze:

szymalan pisze...

Już parę razy niemalże zasiadałem do oglądania ale zawsze coś stawało mi na przeszkodzie. Z przyjemnością w końcu obejrzę. O, i cieszy mnie, nareszcie film wojenny, w którym wszyscy nie gadają po angielsku z śmiesznymi akcentami. pozdrawiam!

krotko o filmie pisze...

Jest tylko cywil, mówiący francuska angielszczyzną, ale to krótka scena :)
Zobacz, naprawdę warto. Dobrze spędzone 3h. Tutaj ciekawa scena w kolorze! i zabawna akcja z Connery :)
http://www.youtube.com/watch?v=c1N09gRYKhs

Mariusz pisze...

Najbardziej zapadła mi w pamięć komediowa sekwencja, przedstawiająca desant spadochronowy - żołnierze spadają w różne dziwne miejsca: do rzeki, do studni, do szklarni, do kurnika, jeden zawisa na drzewie, a inny na budynku ;) Ten film wyróżnia się spośród innych filmów tamtego okresu, producent Darryl Zanuck zatrudnił 60 gwiazd z czterech różnych krajów (Wielka Brytania, USA, Francja, Niemcy), a oprócz tego zatrudnił pięciu reżyserów: Ken Annakin (epizody brytyjskie), Andrew Marton (epizody amerykańskie), Bernhard Wicki (epizody niemieckie), Elmo Williams (sceny batalistyczne) i Gerd Oswald (wspomniane sekwencje desantu spadochronowego). To świadczy o tym, że producent chciał stworzyć dzieło perfekcyjne, w sposób realistyczny odtwarzające operację militarną z czasów II wojny światowej, ale jednocześnie widowisko podobające się publiczności ze względu na dużą ilość akcji. I chociaż "Szeregowiec Ryan" jest bardziej dosadne i pewnie bardziej wiarygodne zarówno pod względem historycznym jak i psychologicznym to jednak "Najdłuższy dzień" na pewno jest wartościowym dziełem, które koniecznie trzeba obejrzeć. No i podobała mi się ta wesoła muzyczka - piosenka tytułowa Paula Anki.

krotko o filmie pisze...

Mariusz dziękuję za uzupełnienie wpisu w sferze merytorycznej.
Mnie najbardziej rozśmieszył fakt trafienie spadochroniarza centralnie do studni :)