niedziela, 20 marca 2011

Prawdziwe męstwo (2010), Władcy umysłów (2010).

True Grit (2010) – zabrzańskie Multikino, poniedziałek 9:00, 195 miejsc krzeseł, a ja sam na sali... tak powinien wyglądać dobrze rozpoczęty tydzień. Zdążyłem na jeden z ostatnich seansów jaki był wyświetlany i ciesze się z tego, ponieważ Prawdziwe Męstwo to kilkadziesiąt metrów kwadratowych dobrego kina.
Film opowiada historię 14 letniej Mattie Ross, której ojciec został zamordowany, a jego córka pragnie zemsty. Wszystko wskazuje na to, iż sprawca zdołał oddalić się z miejsca zdarzenia, więc trzeba było podjąć pościg. Do tego zadania Mattie werbuje lokalnego szeryfa, który po początkowych oporach decyduje się pomóc dziewczynie i wyruszają na poszukiwania Toma Chaney (Josh Brolin) . Wyprawę uzupełni strażnik teksasu (po serialu z Chuckiem Norrisem, nazewnictwo troszkę bawi) ścigający Chaneya już od dłuższego czasu.
Obraz braci Coen to film osadzony w realiach westernowych, aczkolwiek nie jest typowym przedstawicielem gatunku. To dzieło, które od początkowych scen wciąga i do samego końca nie pozwala się nudzić. Dla mnie najprościej opisać film w postaci wykresu, na którym jest linia pozioma, która co jakiś czas wystrzela w górę i potem znowu opada do poziomu w którym widz ogarnia całą sytuację i dalej może cieszyć się z oglądania. To typowe przedstawienie historii przez braci, to prowadzenie jej w interesujący sposób, by co kilkanaście minut z ekranu dostać konkretny cios. Podczas seansu możemy delektować się świetnymi zdjęciami, dobrą grą aktorską Jeffa Bridgesa czy też Matta Damona ale to młodziutka Hailee Steinfeld zawładnęła całym obrazem. Steinfeld dostała za swoja rolę nominację do oskara (co prawda nieporozumieniem jest fakt, że za role drugoplanową) i gdyby nie ostra konkurencja z strony starszych koleżanek pewnie by ją zgarnęła. Zapraszam, dobre kino. 8/10

The Adjustment Bureau (2011) – ten sam poniedziałek, ta sama sala, z ta różnicą, że już nie sam. Byłem zmuszony dzielić seans z nastolatkami na wagarach, delektującymi się chyba każdym specyfikiem z kinowego baru, które za cel obrały sobie robić wszystko tylko nie oglądać film.
Wychodząc z domu, widziałem jeden trailerem, przeczytałem tylko kilka słów o fabule. Nastawiłem się na sci-fi, na kilkadziesiąt minut zabawy z przeznaczenia. Głównym wątkiem fabuły jest świat całkiem podobny do naszego z jednym wyjątkiem, wszystko dla wszystkich jest zaplanowane, zapisane przez kogoś, a nasza wolna wola to tylko złudzenie. I ok, mamy do czynienia z próbami zmiany losu jednostki, ale jest to tylko posiłkowy element fabuły dla prostego i w miarę znośnego filmu o miłości i życiowych wyborach.
David Norris (Matt Damon, lubi tego aktora, ale twórcy mogli obsadzić kogoś młodszego, wyszło by naturalniej) to kongresmen startujący w wyborach do senatu. Przed ważnym publicznym wystąpieniem, spotyka na swojej drodze Elise Sellas (Emily Blunt, miła dla oka i całkiem niezła gra,) utalentowaną balerinę nowojorskiego baletu, która wprowadza spore zamieszanie w życie Davida. Obaj mają wyznaczone cele w życiu, wiedzą jak do nich dotrzeć, natomiast tajemniczy autor, rozpisał ich losy w osobnych rozdziałach, stwierdził, że mogą je osiągnąć tylko gdy nie będą razem. Poznana przez nas para, na wskroś wszystkiemu zakochuje się w sobie i robi wszystko aby zmienić swoje przeznaczenie.
Przedstawiona wizja niemożności zmiany swoich ścieżek życiowych jest tylko dopełnieniem fabuły. Nie poznajemy kto, kiedy i po co to wszystko zrobił, dostajemy tylko tajemniczych strażników wpływających bezpośrednio na losy bohaterów (komu jeszcze przypominają obserwatorów z Fringe?). Poznajemy także ciekawy sposób przemieszczania się pracowników nietypowej firmy, ale to wszystko. W scenariuszu głównie chodzi o to co zrobimy gdy wiemy jakie mogą być tego konsekwencje, film to opowieść o miłości w świecie sterowanym przez siłę wyższą. Zgrabne zrobione kino. 6,5/10

niedziela, 13 marca 2011

Novaya Zemlya (2008), Na końcu świata (2010).

Novaya Zemlya (2008) – tytułowa nowa ziemia to odległy zakątek świata, przeznaczony dla najbardziej niebezpiecznych i nie dających się zresocjalizować przestępców. Projekt w którym biorą udział, zakłada przewiezienie ich z przepełnionych więzień, początkowo tylko rosyjskich, w odludne miejsce, zostawienie im najpotrzebniejszych rzeczy do przetrwania w surowym zimowym klimacie i zostawienia ich samych sobie. Komunikacja z pomysłodawcami eskapady więźniów ma odbywać się za pomocą boi komunikacyjnej, zakotwiczonej kilkaset metrów od plaży na której lądują tuż po przyjeździe.
Film produkcji rosyjskiej z ciekawą fabułą (przynajmniej na papierze) zapowiadał intesujące, męskie widowisko. I faktycznie obraz jest skierowany do męskiej części widowni, jest brutalnie, jest przemoc ale te ciekawe zazwyczaj aspekty samczego kina podane są w nijaki sposób. Od początku przeszkadzało mi nielogiczność całej operacji. W filmie jest mowa, o rezygnacji z kary śmierci w zamian za spędzenie wyroku na odludziu z podobnymi do siebie, bez kontaktu z światem zewnętrznym. Nie trzeba wielkiego psychologa, żeby odgadnąć iż zostawienie setki mężczyzn w jednym miejscu bez kontroli z zewnątrz może skończyć się tragicznie. Dalej, dziwiło mnie bardzo, jak szybko ktoś chciał dojść do władzy, potem jeszcze szybciej zginął, by za dwa miesiące od przyjazdu do obozu zjadanie ludzi nie było już barbarzyństwem. Może bym uwierzył w takie zezwierzęcenie w odległej przyszłości, kiedy to ziemia jest spustoszona przez wojny, kosmitów czy cokolwiek, a nie w XXI i to nawet przy tak specyficznej społeczności jaką mamy w filmie.
Musze powiedzieć, że całość wyszła słabo, z miernym aktorstwem z niepotrzebnymi wątkami, z szokowaniem na siłę. 4/10

Kray (2010) – kolejny obraz przyjaciół za wschodniej granicy, następny który mną nie wstrząsnął ale dał radość z oglądania. Opowiada historię weterana II wojny światowej, wielkiego entuzjastę parowozów który po wojnie ląduje w wiosce, miejscu odpracowywania grzechów względem Związku Radzieckiego różnej maści ludzi. Butkus ma zostać prawą ręka naczelnika, ma mieć pieczę nad parowozem którym jest jedynym środkiem transportu w radzieckiej tajdze.
Główną słabością obrazu jest scenariusz, nie żeby był zły, tylko wygląda jakby był pisany przez kilka osób i żadna nie zapoznała się z tym co napisał poprzednik. Oglądając Kray ma się czasami wrażenie, że oglądamy bezmyślnie posklejane sceny i nawet sam twórca nie wie o co dokładnie chodzi. Moim skromnym zdaniem fabuła jest za bardzo rozlazła, powinna skupić się na dwóch najciekawszych sprawach poruszanych w filmie. Na miłości głównego bohatera do parowozów i jego skomplikowanych relacjach z kobietami. Czyli dla każdego coś dobrego, żeńska publiczność może z zaciśniętymi kciukami śledzić miłosne podchody bohaterów, męska natomiast przyglądając się fachowym okiem, ile można wycisnąć z „odkopanej”, zdezelowanej lokomotywy.
Film mimo drobnych niedogodności, ciągnie do przodu machineria wprawiana w ruch przez głównego bohatera. To on skupia na siebie całą uwagę i jeśli lubimy oglądać niebanalny romans, ogromne radzieckie parowozy w klimacie lat powojennych, z tajgą w tle to serdecznie zapraszam. 6/10

czwartek, 10 marca 2011

Ghost Whisperer (2005-2010, sezon 1-5)

Witam serdecznie, mam tu małe znajomości, więc otrzymałam pozwolenie na gościnny wpis :)
Wpis moim zdaniem potrzebny, co by rozświetlił nieco ciemne, męskie i niejednokrotnie brutalne opisy filmów, których oczywiście jestem fanką, ale trochę kobiecej pozytywnej energii wpadłam dodać.
Słowo wprowadzenia, nie lubię filmów, nie lubię chodzić do kina, jeśli mój mąż uzna, że jakiś film muszę koniecznie zobaczyć, to mnie do tego zmusza ;), tak było np. z The King's Speech
i oczywiście okazało się, że ma rację. Jestem fanką seriali, oglądam ich bardzo dużo, część jest tu już przedstawiona, ale ja opiszę, te które dla mnie są szczególnie ważne.
Mam nadzieję, że zaglądają tu jakieś dziewczyny :) kobiety ujawnij cie się, dajcie znać jakich seriali jesteście ciekawe, a może oglądacie jakiś ciekawy.
Na pierwszy ogień (zobaczymy czy będzie zgoda na następny raz) chciałam zachęcić Was do obejrzenia serialu, który ponoć już jest definitywnie zakończony, ale ja wierzę, że jak niektóre postacie w tym serialu, zostanie on wskrzeszony.

Mowa o Ghost Whisperer (2005-2010) – jest to serial o młodej kobiecie Melindzie Gordon, która posiada zdolności porozumiewania się ze zmarłymi. Tak, tak to właśnie tej rodzaj kina, jest to serial o zjawiskach paranormalnych, ale przedstawiony w tak klimatyczny sposób, z takim smakiem i gustem, że oglądanie mimo momentów strasznych, przynosi szczęście.

Melinda w tej roli moja ulubiona aktorka Jennifer Love Hewitt, żyje w pięknym małym miasteczku, prowadzi sklep z antykami i szczęśliwy dom z przystojnym mężem. Aktorstwo jest na wysokim poziomie, szczególnie uczucia pomiędzy Jimem i Melindą, aż promieniują z ekranu, stroje szczególnie w 3 pierwszych sezonach, zachwycają.
Oprócz codzienności życia, Melinda pomaga duszą zmarłych przejść na drugą stronę, historie nie powtarzają się, a ich zakończenia nie są przewidywalne, ponieważ duchy nie zawsze wybierają dobra stronę. Przykładem nieprzewidywalności może być zakończenie 1 sezonu, który do dziś robi na mnie spore wrażenie.

W kolejnych sezonach zdarza się kilka słabszych odcinków, ale ogólnie serial trzyma bardzo wysoki poziom przez wszystkie sezony, przyczepić można by się tylko do nagłego zakończenia serialu, gdzie na szybko zakończyć trzeba było wiele pośrednich wątków.

Nie pozostaje mi nic innego jak jeszcze raz gorąco zachęcić Was do obejrzenia serialu, szukajcie dvd :) lub powtórek na Fox Live, bo naprawdę warto.
Teraz ocena, co nie jest łatwe bo chyba nie padła tu jeszcze 10, więc żeby nie wychylać się daję 9,5 :)

Pozdrawiam Magda K.

wtorek, 8 marca 2011

The Fighter (2010), Pogrzebany (2010).

The Fighter (2010) – Fabuła filmu opowiada losy rodziny Ward, gdzie starszy z braci Dicky, pokonał na ringu bokserskim Sugar Rayem i gdy drzwi kariery stały otworem wolał wybrać narkotyki. Miłość do boksu została jednak w rodzinie i podejmuje się trenować swojego młodszego brata. W szkoleniu często przeszkadzało uzależnienie i narkotyczne manewry Dickyego. Micky (Mark Wahlberg, zagral najsłabiej z całej obsady, co wszyscy zauważają, ale na tyle z niego przyjemny aktor, że jak wszyscy tak i ja wybaczam mu średnich lotów aktorstwo) z wielkimi ambicjami i chęciami na zdobycie międzynarodowej sławy zaczyna w końcu szukać innych możliwości, a zaczyna od zmiany trenera.
Wszystko opowiedziane jest z dokumentalną precyzją, ważny jest przekaz, brak kolorowych obrazków. Reżyser ujawnia wstydliwe szczegóły z życia rodziny, daje do myślenia, obnaża kulisy sportu i jego bezlitosne prawa. Jeśli już mowa o boksie to warto wspomnieć o rozegranych walkach na ringu, o ich prezentacji. Wahlberg miał rację, wypowiadając się w którymś z amerykańskich talk show, zadawane ciosy wyglądają realnie, oddają atmosferę meczu bokserskiego.
No i na koniec kila słów o tym co wyczyniał na ekranie Bale, dostając do zagrania rolę w której można się wykazać. Zagrać sportowca, narkomana, trenera, brata w jednym filmie i to w roli drugoplanowej to dużo. Czas jaki miał, wykorzystał z nawiązką, kolejny raz do filmu stracił na wadze i znowu przykuwa widza do ekranu i nie pozwala mu się nudzić. Oskar w pełni zasłużony. 8/10

Buried (2010) – po zapoznaniu się z filmem 127 Godzin ciężko myślałem nad tym jak reżyser Pogrzebanego wybrnie z powierzonego mu zadania? Jak poradzi sobie z jednym aktorem, nie licząc rozmów telefonicznych oraz kilkusekundowego filmiku z komórki, i miejscem dalekim od prezentowania ciekawych kadrów. Ponieważ akcja filmu, w odróżnieniu od obrazu Boyla w 100% dzieje się w trumnie, nie ma żadnych retrospekcji, wspomnień, wizji bohatera, nic, tylko Ryan Reynolds jako Paul Conroy i pudełko zakopane w ziemi (przepraszam na moment pojawia się wąż).
Przede wszystkim podobni jak główny bohater, początkowo dostaje się lekkiego ataku klaustrofobii. Jest ciasno, duszno, ciemno, a świadomość bycia zakopanym nie wiadomo gdzie może budzić poważne lęki. Po czasie można się przyzwyczaić i oglądać z jakimi trudnościami musi zmagać się bohater, począwszy od niemożności dodzwonienia się do żony po fakt, że amerykanie nie negocjują z terrorystami.
Podczas seansu były momenty, że czegoś mi brakowało, chciałem żeby akcja przynajmniej na chwilę przeniosła się w inne miejsce, ale nic z tego. [UWAGA, dalej mogą wystąpić delikatne spoilery] Po godzinie miałem mieszane uczucia co do słuszności umiejscowienia filmu w jednym tylko miejscu, ale im bliżej końca, wszystko zaczęło do siebie pasować, akcja musiała się rozpocząć i zakończyć w trumnie. Ten brak banalnego zakończenia, to odważny krok ale w moim mniemaniu jest równie udany jak cały film. Polecam. 7,5/10

czwartek, 3 marca 2011

Wall Street (1987), Wall Street: Pieniądz nie śpi (2010).

Wall Street (1987) – już prawie miałem się zabrać za Pieniądz nigdy nie śpi, aż przy szukaniu o nim materiałów dowiedziałem się, że istnieje oryginał, pierwsza część. Będąc człowiekiem poukładanym, musiałem zapoznać się z obrazem z 1987 roku w reżyserii Olivera Stone.
Reżyser w głównych rolach obsadził, Charliego Sheena (Bud Fox) jako młodego, ambitnego maklera, który chce osiągnąć dużo więcej od tego na co pozwala mu praca w biurze maklerskim oraz Michaela Douglasa (Gordon Gekko), doświadczonego biznesmena. Fox jest człowiekiem ambitnym, upartym, zdaje sobie sprawę, że zarabianie wielkich pieniędzy musi się zacząć od znajomości, od kogoś kto wprowadzi go w świat wielkiego biznesu. Poznaje Gordona Gekko który staje się jego mentorem i wprowadza Fox'a w brutalny świat wielkiego biznesu.
Wydaje się, że świat przedstawiony w filmie nie odbiega od rzeczywistości, przekaz jaki niesie ze sobą jest do bólu oczywisty, mówi wprost, że w interesach liczny się tylko i wyłącznie pieniądz. Zysk z transakcji jest najważniejszy, tam nie ma miejsca na przyjaciół czy zaufanie. Twórcom udało się zainteresować widza, za sprawą dobrego scenariusza (mimo jego przewidywalności), dobrze dobranej obsady oraz miejsca akcji, dla mnie NY lat osiemdziesiątych zawsze będzie dobrze wpływał na klimat obrazu. Polecam, a ja czym prędzej zabieram się za Money Never Sleeps. 7/10

Wall Street: Money Never Sleeps (2010) – jest kontynuacją filmu opisywanego wyżej, opowiada co wydarzyło się na przestrzeni lat, a fabuła ląduje w 2008 roku. Opisywać jej nie chcę, żeby nie zepsuć obu części.
Pieniądz nigdy nie śpi, co tu dużo kryć jest słabszy, a wina moim zdaniem leży po stronie scenariusza. Film nie posiada dynamiki, potrafi przynudzać albo wywoływać emocje na siłę za pomocą szybkiego montażu w scenie po której bym się tego nie spodziewał. Za dużo w nim stricte technicznych szczegółów, zależności rynkowych których zwykły widz nie ma prawa znać.
Gdy przebrniemy przez te wpadki, możemy cieszyć się seansem, ciekawą intrygą, dobrym aktorstwem. Douglas grał w ciężkim dla siebie czasie (walka z chorobą) ale dał radę i chwała mu za to. Obawiałem się aktorstwa przyjaciela transformersów, okazało się jednak, że pan LaBeouf, zagrał z werwą, przekonaniem i ma u mnie plusik. Pojawił się także na kilka chwil Charlie Sheen, i choć ciężko to wytłumaczyć wolę jego aktorstwo z wcześniejszych lat.
Obraz jest przedstawicielem kina zrobionego dla pieniędzy, posiłkującego się dobrą pierwszą odsłoną Ogólny zarys jest dobry tylko te mniejsze klocki nie zawsze do siebie pasują bądź są wykonane z wątłego materiału. Aczkolwiek przypomnienie sobie czym zasłynął rok 2008 na światowych rynkach jest bezcenne. 5/10

piątek, 25 lutego 2011

Incepcja (2010), The Social Network (2010).

Inception (2010) – premiera filmu była wielkim wydarzeniem, szybko okazało się, że sale kinowe będą długo wypełnione, że powstał film dla mas, a jednocześnie taki, przy którym trzeba trochę się wysilić. Wysiłek, a może bardziej skupienie polega na uważnym śledzeniu fabuły, by wiedzieć o co chodzi. Incepcja od startu dostała naklejkę: skomplikowany film, czy też: ciężko się w nim połapać. Moje wrażenia po seansie były zbliżone do haseł przed momentem przytoczonych, aczkolwiek trochę przesady w nich było. Nie żebym wyśmiewał reżysera, a wręcz przeciwnie, jestem przekonany, że stworzył dzieło na miarę XXI wieku, starając się wprowadzać widza, na każdym kroku w niuanse fabuły. Może i skomplikowanej, ale na tyle dobrze rozpisanej, że przy odrobinie koncentracji, możemy delektować się snem w śnie.
Bo właśnie o sen tutaj chodzi, o jego kreację i manipulację za jego pomocą ludzką świadomością. Główny bohater, w tej roli kolejny raz wyśmienity Leonardo DiCaprio, jest fachowcem w tej dziedzinie. W zamian za wypełnienie powierzonego mu zadania, ktoś kto potrafi zdziałać cuda, pomoże mu w odzyskaniu rodziny. Przedsięwzięcie jest na tyle poważne, że Cobb musi zebrać kilku znajomych o specyficznych zdolnościach. Kiedy drużyna jest już w komplecie, może zacząć działać, a widz gdzieś koło połowy filmu powinien zostać sam na sam z Incepcją. Żadnych rozmów, popcornu, pauzowania itp, druga połówka obejrzana jednym ciągiem sprawia sporo frajdy. Początek wcale nie jest gorszy, ponieważ już samo poznawanie czym jest kontrola snu, jest przedstawiona w sposób spektakularny i rozochociła mnie a całego. Moja reakcja kiedy Cobb wtajemniczał nowego członka zespołu, moment gdy stawałem się świadom co mnie czeka przez najbliższe kilkadziesiąt minut mogła być tylko jedna: zaciśnięte dłonie, oczy wpatrzone w ekran, i naprawdę ciężko mi wykluczyć fakt, że przez chwilę mogłem się unosić kilka milimetrów na fotelem.
To jest właśnie siła Incepcji, ta świadomość, że reżyser może z nami zrobić co zechce, rzucić marchewkę i kiedy będzie się wydawało, że już jest nasza, zabrać ją sprzed nosa. Nolan dokonał czegoś niebywałego, zaczarował mnie, podobało mi się i tylko do siebie mogę mieć pretensje, że film oglądałem tak późno od dnia premiery. Tak, jestem kolejnym wyznawca Incepcji! 9/10

The Social Network (2010) – przydało by się postawić w tym miejscu buton „lubię to” i już, nie musiałbym dodawać nic więcej. Pewnie od strony technicznej nie jest to skomplikowane, wolę jednak skrobnąć parę słów o największym serwisie społecznościowym jakim jest Facebook.
Akcja filmu zaczyna się jesienią 2003 roku, wtedy to Mark Zuckerberg musi przyjąć fakt, że jego partnerka najzwyczajniej w świecie spławia. W ramach odreagowania i poniekąd zemsty w piwkiem w ręku zasiada przed komputerem, a swoje żale publikuje na blogu. W międzyczasie wpada na pomysł założenia strony internetowej mającej na celu porównywanie zdjęć dziewczyn. Fotografie, nie do końca w legalny sposób pobiera z serwerów kilku uczelni i wrzuca na stronę. Projek tej samej nocy zyskuje wielkie zainteresowanie wśród internautów i to na tyle, że ilość wejść przekracza możliwości przepustowe wewnętrznej sieci uniwersytetu Cambridge, gdzie swoje pierwsze kroki stawiał właśnie jeden z założycieli Facebooka.
Uwielbiam filmy w których główny bohater musi przełamywać granice, gdzie dąży do postawionego sobie celu za wszelka cenę, a gdy dochodzi do tego świat internetu i komputerów to już jestem w niebo wzięty. Oczywiście aspekt techniczny, powstanie marki jest potraktowany jako watek uboczny, ale zawsze miło zobaczyć na ekranie człowieka pracującego na linuxie.
Jedną z wielu rzeczy które sprawiły, że Social Network został obsypany nominacjami do oskarów jest na pewno dobre aktorstwo. Przewodzi na tym polu główny bohater którego zagrał młody aktor Jesse Eisenberg. Rola idealnie pasująca do niego, on nie grał, po prostu stał się odgrywaną przez siebie postacią. Naturalność z jaką przemykał po ekranie powala z nóg, jego aktorstwo, wyrafinowanie zaprezentowane przed kamerą jest naprawdę przekonująca. Pojawia się także kolejna ciekawa postać w świecie internetu, założyciel serwisu Napster, zagrany przez Justin'a Timberlake (czytelnicy pamiętający łącza 128kb/64kb wiedzą czym był Napster :) ) Także dostał rolę do której nie musiał się jakoś wielce poświęcać, czy przygotowywać ale odwalił kawał dobrej roboty. Film opanowany przez młode pokolenie, pokazujące swój profesjonalizm na każdym kroku.
Social Network to forma teledysku dla ludzi rozgarniętych, to dzieło zrobione w nowoczesny sposób, jednak bez przekraczania granic sztuczności czy tak wszędobylskiej tandety. Tutaj nawet rozmowa bohaterów przy ogłuszającej muzyce na dyskotece (są takowe jeszcze? Czy teraz używa się tylko sformułowań typu: party, before i after?) jest potrzebna do całości, jest autentycznie dobra, albo początek filmu, szybka praca kamery, szybkie dialogi i jeszcze szybsze wklepywanie linijek kodu nie powodują ataków padaczki, są nakręcone z wyczuciem i klasą. 8,5/10

Moje lista (tych filmów które miałem okazje zobaczyć) najlepszych filmów 2010 roku:

1. Jak zostać Królem
2. Incepcja
3. Social Network
4. The Fighter
5. 127 Godzin / Buried, nie potrafię się zdecydować który lepszy :)

ps: Fightera nie widziałem, bo niby jak nie wyjeżdżając z kraju, ale mam przeczucie, że był dobry :)

Jeśli już robię takie małe podsumowanie, to chciałbym podziękować za odwiedziny i komentarze, tych nigdy za dużo. Pozdrawiam i zapraszam do udziału w życiu bloga.

piątek, 18 lutego 2011

127 Hours (2010), Mamma Mia! (2008).

127 hours (2010) - zepsułem sobie kinowy seans przez poznanie ważnego faktu z fabuły filmu. Teraz wiem, że pewnie bym się tego „czegoś” domyślił, ale domysły, a konkretna wiedza to co innego. Nie mniej jednak zdecydowałem się wydać kilka złoty i zobaczyć co zaprezentuje Danny Boyle, człowiek który ujawnia swoją pasję nawet podczas wizyty w Top Gear, kiedy chwalił pracę kamery ustawionej na torze wyścigowym.
Zadanie miał trudne, musiał zainteresować widza przez 90 min praktycznie jedna lokacją i jednym aktorem. Film opowiada historię Arona, człowieka który nadmiar energii wykorzystuje podczas weekendowych eskapad na łono natury. Porusza się pieszo na rowerze, skacze po skałach byle w samotności i do przodu. Na jednym z wypadów przyjmuje role przewodnika i demonstruje nowo poznanym koleżankom uroki okolicznych jaskiń. W dość nietypowych warunkach znika , a widz myśli, że już się zaczęło. Otóż nie, wpada do jeziorka które dobrze zna i zaprasza do skoku koleżanki. Jak to bywa przy dobrej zabawie czas szybko mija i pora się rozejść. Na nieszczęście Arona, nowo poznani znajomi rozchodzą się w przeciwnych kierunkach, a ten po krótkim czasie wpada w pułapkę.
Jeden aktor, jedno miejsce i reżyser musi wprawić w ruch ten statyczny obraz. Zabiegi które stosuje są wystarczająco interesujące i pozwalają widzowi na wejście w skórę głównego bohatera i cierpienie razem z nim. Odtwórca głównej roli James Franco (bardzo dobra kreacja), z zaklinowaną dłonią robi oczywiście wszystko by się wydostać, a z godziny na godzinę sprawa się tylko pogarsza. Niedobór wody, pokarmu i zmęczenie niekorzystnie wpływają na psychikę. Wizje, omamy i sny jakich doświadcza, klarują mu jego obecną sytuację, stają się odpowiedzią na oczywiste w tej sytuacji pytanie: dlaczego ja?. Dobre wciągające kino. 7,5/10

Mamma Mia! (2008) - zdaję sobie sprawę, że prezentowane dzieło odstaje od mojej listy filmów, ale powiedzcie szczerze kto potrafi odmówić „delikatnym” aluzjom małżonki? Dodać do tego należy moje uwielbienie dla pani Meryl Streep i oto jestem na kanapie, żona obok, zapowiada się miły wieczór.
Film z założenia miał bawić, prezentować prostą historie, ładne widoki, plejadę gwiazd które co rusz z normalnej konwersacji przechodziły do śpiewania. Za każdym razem bawiły mnie te sceny, a już zakończenie wykonywanego utworu gdzie w choreografii pomagało kilkanaście osób (nie wiadomo skąd się wzięli) i rozchodzenie się zgromadzenia jak gdyby nigdy nic, było przekomiczne. Wiem, taka specyfika musicalu, czy też filmu udającego ten gatunek ale nic nie poradzę, że wygląda to zabawnie.
Mamma Mia to jeden wielki teledysk, do którego powciskano drobne elementy fabuły i miało się udać. Można śmiało powiedzieć, że twórcy dopięli swego, zabierając widza w urokliwe miejsce, dobierając ciekawą obsadę, a to wszystko wrzucili do ogromnego garnka z napisem: dobra zabawa przy Abbie. 6/10

niedziela, 13 lutego 2011

Red (2010), Czarny łabędź (2010).

Black Swan (2010) – wiedziałem, wiedziałem od samego początku, kiedy to pierwsze wieści na temat filmu obiegły świat, że ten nie będzie dla mnie. Dzieło Aronofskiego, doceniane na festiwalach, z wielce prawdopodobną oskarowa rolą Natalie Portman, a ja jak ten uparty osioł, nie będzie mi się podobać i koniec. Nawet kiedy wiedziałem, że i tak będę oglądał łabędzia nie mogłem pozbyć się tych wszystkich negatywnych emocji związanych z filmem. Sam nie wiem skąd się wzięły, ale u mnie zawsze tak jest kiedy wszyscy dookoła pieją o jakimś dziele, mnie od niego odpycha (do dnia dzisiejszego nie oglądałem Incepcji).
Co do jednego na pewno miałem rację, balet jak na razie nie jest dla mnie, nie potrafiłem cieszyć się z tego co oglądałem, może po prostu zostawiam sobie furtkę na starsze lata. Co do fabuły to z minuty na minutę dałem się przekonać do historii, opowieść o ambitnej baletnicy może się podobać. Walka głównej bohaterki z jej fizycznością, problemy natury psychicznej, treningi prowadzone do utraty sił i zdrowia pokazują widzowi jaką wielką dawkę energii i poświęcenia musiała dać Portman w rolę.
Czarny Łabędź to nie moja bajka, aczkolwiek potrafię docenić film i śmiało zaprosić na seans takim ignorantom jak ja. 7,5/10

RED (2010) – po zawodzie na Niezniszczalnych, do kontrkandydata o palmę pierwszeństwa w 2010 na najlepszy film sensacyjny z doborową obsadą podchodziłem ostrożnie. Opinie jakie było mi czytać były na tyle skrajne, że postanowiłem zaryzykować i odszyfrować skrót zawarty w tytule.
Oznacza ni mniej, ni więcej: Retired Extremely Dangerous, a tym ekstremalnie niebezpiecznym emerytem okazał się Frank Moses czyli Bruce Willis. Frank nie wadził nikomu, mieszkał na przedmieściach, prowadził spokojny i poukładany żywot, po szalonych latach w CIA.. Fabuła przyspiesza i praktycznie do końca już nie odpuszcza, gdy po „dziadka” wpadają specjaliści od mokrej roboty. Oczywiste, że nasz twardziel im umyka i zaczyna prywatne śledztwo, podczas którego poznajemy jego znajomych z dawnych lat, a zagrali ich: Helen Mirren, John Malkovich, Morgan Freeman. Sporo musiało kosztować sprowadzenie na plan tak licznej gromadki, może i leciwych, ale zawsze gwiazd. Podjęte ryzyko opłaciło się, scenariusz choć grubymi nićmi szyty, przyprawiony humorem i dobrym aktorstwem może zdziałać cuda. Jasne, że schemat goni schemat, że to już kiedyś było, ale dlatego właśnie należą się brawa dla twórców, za stworzenie filmu który potrafi przyciągnąć widza. Mnie przykuł do ekranu i z uciechą mogę powiedzieć, iż zabawa była pyszna.
Pół punktu na plus za scenę, gdzie pojawia się wódka Sobieski. 7,5/10

wtorek, 8 lutego 2011

Jak zostać królem (2010), Zanim odejdą wody (2010).

The King's Speech (2010) – publiczne przemówienie księcia Yorku na Wembley, charakterystyczny szum powstały w skutek powstanie tysięcy osób i kiedy z głośników ma popłynąć mowa na zakończenie wystawy Imperialnej w Londynie, zapada cisza... Tak zaczyna się film, który na długo zostanie w mojej pamięci. Obraz o człowieku z problemem, jakim jest dla często przemawiającego publicznie monarchy, jąkania się.
Często podczas projekcji filmu, stawiamy się w roli bohaterów, współczujemy im, kibicujemy czy też przeklinamy w wszystkie diabły. Tutaj moja empatia była dużo silniejsza, niestety nie mam nic wspólnego z angielską monarchią ale zmaganie się z tak wredną przypadłością jaka jest jąkanie, nie jest mi obca. Znam to uczucie, kiedy wpatrzone w ciebie z politowaniem oczy „mówią”, no dalej powiedz to w końcu.
Akcja filmu została osadzona w latach trzydziestych XX w w Wielkiej Brytanii. Książę, a po abdykacji swojego starszego brata, król Jerzy VI staje na czele narodu w momencie gdy Europa czuje na plecach oddech Hitlera. Król, jego przemowy powinny być stanowcze, dodawać pewności siebie, otuchy i w tak ciężkich czasach, zagrzewać do walki.
Nikogo jednak nie zagrzeje do walki przemowa króla, który nie potrafi wypowiedzieć zdania bez zająknięcia się, bez kilkunasto sekundowych pauz na wyduszenia z siebie jednego słowa. Na pomoc przychodzi mu jego żona, rozpaczliwie szukająca specjalisty od wad wymowy. Po wielu nieudanych próbach natrafia na Lionela Logue, ekscentryka z rezultatami.
Współpraca króla Jerzego z terapeutą to największy atut filmu. Podobał mi się klimat, sposób w jaki prowadzona była historia, cała otoczka życia monarchii ale to postacie odegrane przez Firth'a i Rush'a są dla mnie najwartościowsze. Podejście terapeuty do pacjenta, którym była najważniejsza osoba w państwie, szokowało, bawiło potwierdzało, że walka z jąkaniem, z demonami przeszłości musi być brutalna, opierać się na zaufaniu i przyjaźni.
Przede mną jeszcze kilka filmów starających się o najważniejszy laur w świecie filmu, ale życzę The King's Speech kilku zasłużonych statuetek. Obraz bawi, wzrusza, daje do myślenia, a to wszystko opakowane jest w przepiękne zdjęcia i porywającą muzykę. Gorąco polecam. 9/10

Due Date (2010) - przypadek, zrządzenie losu lub może zwykły zbieg okoliczności sprawił, że drogi Petera (Robert Downey Jr.) i Ethana się skrzyżowały. W samolocie, którym obaj udawali się do Kalifornii, wydarzenia sprowokowane przez ich samych przybierają na sile i koniec końców obaj trafiają na czarną listę linii lotniczych. Oznacza to zakaz latania, a trzeba nadmienić, że Peter spieszy się na poród swojej żony. Odległość jaka musi pokonać, w kilka dni, to 3 tysiące kilometrów co stanowi pewien problem kiedy jest się bez pieniędzy i dokumentów. Z pomocą podjeżdża Ethan i proponuje pomoc w dotarciu na porodówkę.
Komedia z którą mamy do czynienia to film drogi, to opowieść o prawdziwej przyjaźni, a że korzysta z utartych schematów, można w tej konkretnej sytuacji wybaczyć. Prezentowany humor broni się sam, przez większość czasu trzyma poziom i może rozbawić nawet kamienne twarze. Schodzenie poniżej granicy dobrego smaku jest częstym zjawiskiem zjawiskiem w komediach, twórcom Due Date zdarzyła się tylko jedna taka wpadka i chwał i ma za to. Mówię tutaj o scenie z Galifianakis'em (kolejna genialna rola komediowa), który to przed snem musiał przedsięwziąć pewne środki, które pozwalają mu spokojnie zasnąć, na trzeźwo ten numer ciężko wchodzi. Ogólnie jest dobrze i oby więcej takich filmów z humorem na odpowiednim levelu. 7,5/10

czwartek, 3 lutego 2011

Underworld (2003), Underworld: Evolution (2006).

Underworld (2003) – temat wampirów jest obecnie na czasie, z każdej strony jesteśmy atakowani stworami rządnymi ludzkiej krwi. Wszystko było by ok, gdyby nie fakt, że są to dzieła przeznaczone raczej dla młodszego targetu, sporo tam wątków miłosnych, co faceta po 30 (ledwo co) nie zawsze musi interesować. Stworzenia z przerośniętymi siekaczami, zawsze darzyłem sympatią i w końcu sięgnąłem po Underworld, by zobaczyć co i jak.
Pierwsza części trylogii wprowadza nas w świat wampirów oraz wilkołaków zwanych Lykanami. Scenariusz filmu nie należy do skomplikowanych, niemal większość akcji jaką widzimy na ekranie to wzajemne zwalczanie się obu gatunków. Poznajemy kilka faktów z historii, dowiadujemy się jak wyglądały pierwsze kroki tych specyficznych stworzeń. Wojna między wampirami a Lyknami przybiera na sile gdy ci pierwsi dowiadują się, że wilkołaki szukają potomka pierwszego nieśmiertelnego by stworzyć hybrydę dwóch gatunków.
Obraz, o tak oderwanej od rzeczywistości historii, prezentuje się autentycznie, nie ma się wrażenia, że coś takiego nie może mieć praw bytu. Aktorzy starają się zapewnić widzowi dobre widowisko. Najbardziej zaskoczył mnie Michael Sheen, widziany przeze mnie ostatnio w 30 Rock. Ten skromnie wyglądający anglik, gdy dostanie ciekawa rolę i długie włosy potrafi wykrzesać z siebie sporo energii. Owocny seans. 6,5/10

Underworld: Evolution (2006) – po trzech latach wampiry powracają na ekrany kin, powracają w dobrym stylu. Czas dzielący obie części pozwolił twórcom na rozwinięcie scenariusza, poprawę efektów specjalnych. Przemiana w wilkołaki choć uproszczona lepiej wygląda, czy też dobrze zrobiona postać pierwszego prawdziwego wampira.
Poznajemy legendę o pierwszym nieśmiertelnym, który miał dwóch synów. Jeden z nich został ugryziony przez nietoperza, drugi przez wilka. Pierwszy Lykan nie panował nad gniewem i przemianami stając się niebezpiecznym dla otoczenia, więc postanowiono uwięzić go na wieki. Braterska miłość była jednak zbyt silna, zmusiła Marcusa do odnalezienia tajemniczego klucza i uwolnienia brata. Więcej zdradzać nie będę, sami zobaczcie jak rozwinie się sytuacja.
Film jest udaną kontynuacją, więcej się dzieje, fakty z przeszłości potrafią zainteresować widza, a pojawiający się watek miłosny można jakoś przeżyć. Podobnie jak było przy pierwszej części obraz zachowuje autentyczność i ogląda się ją z przyjemnością. 6,5/10