Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Michael Bay. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Michael Bay. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 3 września 2013

Sztanga i cash (2013)


Pain & Gain (2013) – uzyskałem ból, zyskałem cierpienie, zdobyłem boleść... Te pokrętne zwroty wynikają z dosłownych tłumaczeń słów pain oraz gain i one w pełni oddają samopoczucie podczas seansu. Sztanga i cash (mieszanie dwujęzycznych słów w tytule przez dystrybutora to nieporozumienie) to film z zmarnowanym potencjałem, to dzieło chcące popisać się mięśniami, żal, że ów wspaniałe kształty zostały oparte na przeterminowanych sterydach. Naprawdę szkoda tej historii, jej tragizm można było przekazać na różne sposoby, niestety wybrano ten najbardziej chaotyczny i nijaki. I tak mamy przed sobą kilkadziesiąt minut z rzadka zjadliwego humoru, obserwujemy amatorów robiących co krok karygodne błędy, zgraje degeneratów których poczynania nie potrafią nas wzruszyć. 
Twórcom nie pomogli także aktorzy grający główne role, co więcej pogrzebali ten film całkowicie. Najlepszym z trójki głównych bohaterów był Dwayne Johnson, którego jakoś można tolerować na ekranie. Mark Walhberg (z całą sympatią dla niego) miał za dużo do zagrania i to go zniszczyło. Każda scena z jego udziałem w której trzeba pokazać emocje, odkryć się przed widzem wypada bardzo blado i sztucznie. Z uprzejmości nie będę wspominał o Anthony Mackie, bo ten to mnie denerwował nawet jak się nie odzywał. Jedynym wartym wspomnienia interesującym akcentem były postacie odegrane przez aktorów takich jak Ed Harris i Tony Shalhoub, ale to za mało by móc się cieszyć z całości.  5/10

piątek, 11 listopada 2011

Transformers 3 (2011)

Transformers: Dark of the Moon (2011) – pierwsze kilkanaście minut zapowiadało dobra zabawę. Okazało się bowiem, że pierwsza misja załogowa na księżyc w 1969 roku przez Apollo 11, była podyktowana nie tylko ludzką ciekawością i chęcią zdobycia ciała niebieskiego. Twórcy sprytnie wpletli prawdziwe wydarzenia z fantazjami na temat robotów, co dawało nadzieję na interesujące spożytkowanie czasu przed ekranem. Niestety początkowy zabieg okazał się jednorazowym wybrykiem i dalsze kilkadziesiąt minut to eksplozja efektów specjalnych połączona z mierną fabułą.
Człowiek który zdecydował, że film będzie trwał 2,5 godziny, przeliczył się. Nie dowiemy się nigdy czy czas trwanie filmu wyszedł tak po prosty, czy był planowany ale jest stanowczo za długi. Tyle może zajmować obraz który ma coś więcej do zaoferowania aniżeli wybuchy, pościgi i walki robotów. Tutaj głównie możemy zobaczyć latające w powietrzu, komputerowo wygenerowane metalowe części i kolejną walkę o naszą planetę.
Nie mam zamiaru wyżywać się na filmie, bo i po co. Chciałbym tylko na koniec tej krótkiej notki pochwalić twórców za sposób w jaki dostali kategorie PG-13. Czyli prezentowana przemoc, nie może być ekstremalna ani realistyczna. Wpadli na genialny pomysł. Pojedynki roboty versus ludzie, przy ogniowej przewadze tych pierwszych, nie kończyły się nigdy rozlewem krwi, czy fruwaniem tu i ówdzie ludzkich szczątków. Wyglądało to mniej więcej tak: strzał robota, totalne unicestwienie, a z delikwenta (człowieka rzecz jasna) zostają tylko strzępy ubrań. Mało straszne prawda? Szkoda, że wytwórnia nie wykazała się taka pomysłowością realizując Dark of the Moon. 5/10