poniedziałek, 12 marca 2012

13 zabójców (2010)

Jûsan-nin no shikaku (2010) – 5 marca 1844 roku Zusho Mamiya popełnia harakiri. Czyn odebrany jest jako akt sprzeciwu wobec postawy lorda Naritsugu, człowieka mającego zostać głównym doradcą samego Shoguna. Lord, jako osoba mające ogromne koneksje polityczne wprawiał w czyn powiedzenie, że życie docenia się bardziej, gdy wokół obecna jest śmierć, mordując swoją służbę ot tak, solidnie się przy tym bawiąc. Jego zamiłowanie do okrucieństwa, śmierci miało mieć katastrofalne skutki kiedy będzie doradzał głowie kraju. Szybko dochodzimy do momentu kiedy zostaje opracowany plan uśmiercenia szaleńca, którym zajęło się 13 śmiałków gotowych oddać życie w słusznej sprawie.
Film składający się jak łatwo przewidzieć z dwóch części, zachęca do oglądania każdej z nich w równym stopniu. Początek wymaga odrobiny skupienia (trzeba było sprawdzić kim tak konkretnie był Shogun), ale nawet bez dostępu do informacji można się połapać w fabule. Pierwsza z nich przedstawia realia jakie panowały w Japonii w połowie XIX wieku. Już na otwarciu reżyser daje widzowi poznać czym w kraju kwitnącej wiśni był honor Samuraja. Poznajemy tutaj bohaterów, co prawda w sposób bardzo skrótowy, jednak wystarczający by poczuć więź z postaciami wybierającymi się na misje. Co ciekawe mimo poważnej atmosfery, scen które do zabawnych nie należą, a dosadnej ukazują okrucieństwo lorda, reżyser wplótł kilka zabawnych dialogów, sytuacji przez które obraz stał się bardziej autentyczny. Bo misja, nawet ta skazana na niepowodzenia to jedno, a chwile spędzone na dotarciu do wyznaczonego celu i humor pomagający zachować trzeźwy rozum to drugie. Kiedy bohaterowie docierają i przygotowują miejsce gdzie ma odbyć się zamach, film nabiera tempa i przez 40 minut dane nam będzie zobaczyć jedną z najlepiej zrealizowanych scen walki w ostatnich latach. Plan bitwy, wzięcie wroga z zaskoczenia, choreografia każdej jednej potyczki, każdego zamachnięcia mieczem zrealizowano po mistrzowsku. Osobiście zauważyłem tylko dwie wpadki i to z winy speca od efektów. Zastosowanie cyfrowych zwierząt niestety nie wyszło najlepiej. Na szczęście w żaden sposób nie psuje to seansu, a ten był zabójczo dobry. 7,5/10

3 komentarze:

szymalan pisze...

Cieszę się , że obejrzałeś :)Faktycznie te bydło puszczone na wroga w postaci efektów specjalnych to pomysł, który nie pasuje zupełnie do poetyki tego filmu i jest to na pewno duży fail ze strony reżysera. Nie jasny początek trochę zaburza przyjemność z oglądania w pierwszych chwilach, ale seans i tak wart jest dla samej sceny bitwy. Po prostu miazga. I pomyśleć, że to reżyser który kręci 7 filmów rocznie 8/10

Mariusz pisze...

Ten film to moja pierwsza przygoda z twórczością Takashiego Miike. Bardzo dobry film ze świetną batalistyką. Film doskonale przybliżający współczesnym widzom stylistykę kina samurajskiego - gatunku, który podobnie jak western został zapomniany na wiele lat i obecnie jest stopniowo przypominany przez współczesnych reżyserów.

krotko o filmie pisze...

szymalan, miałeś swój wpływ na mój wybór repertuaru w tym konkretnym przypadku.

Mariusz, Ty kusisz na Anonimus, ciekawe czy seans będzie równie udany.

pozdrawiam Panów znad puszki Kasztelana :)