sobota, 17 września 2011

Dyktator (1940)

The Great Dictator (1940) – po zapoznaniu się z biografią Chaplina, Dyktator jest mi tym bardziej bliski. Wiedząc ile sił i pracy zostało włożone w ten obraz, ile wyrzeczeń by dopiąć celu. To dzieło jest przypieczętowaniem wielkiej kariery Chaplina jako filmowca, ale także mówi sporo o nim jako człowieku odważnym, gotowym w 1940 roku wyśmiać politykę Trzeciej Rzeszy i samego Hitlera.
Początek filmu był dla mnie szokiem. Pierwszy raz usłyszałem głos Chaplina. Wypowiadał się się jako żołnierz armii Tomanii (nazwa wymyślona na potrzeby filmu), obsługując zmyślne działo, mające zniszczyć kawałek Europy. Wspomniany bohater to Żydowski fryzjer, marny szeregowy o gołębim sercu. Podczas obławy ratuje, przełożonego, co jest początkiem wielkiej przyjaźni. Po zakończeniu wojny, postać grana przez komika wraca do getta. Misja ratownicza nadszarpnęła jego zdrowiem, powraca do domu z amnezją i wpada w coraz gorsze tarapaty.
Chaplin w wyreżyserowanym przez siebie filmie wciela się w dwie role. Jedną z nich jest wspomniany fryzjer. Druga to rola dyktatora, potwierdzająca jego wielki talent. Działania i zachowania Hynkela, przedstawione są w sposób przezabawny, ale nie są pozbawione głębszych przemyśleń. To drwina z jednego z największych barbarzyńców współczesnego świata, zrealizowana i dopracowana w najmniejszym szczególe. Jego przemowy w udawanym niemieckim, bawią i przyprawiają o ciarki na plecach jednocześnie. Scenę, gdzie Chaplin dyktuje list, wypowiada kilka zdań, a maszynistka uderza tylko dwa razy w klawisze, by za moment, po wypowiedzeniu przez wodza jednego słowa, zapełnić dwie linijki tekstu, odtwarzałem kilka razy. Mistrzostwo! Takich smaczków, zabiegów świadczących o błyskotliwości Chaplina jest w obrazie sporo, ich wykrycie to wielka frajda. The Great Dictator, stawia autora na szczycie szyderców, względem Rzeszy. Gorąco polecam. 10/10

10 komentarze:

szymalan pisze...

Zgadzam się, bez wątpienia jedno z największych dokonań w dziejach filmowej komedii. Odważne, bezczelne, szalone i bezkompromisowe kino, w którym jedyne co mi zgrzyta to trochę końcówka, która wydaje mi się jednak za patetyczna i przeczącą ostrości satyry, z jaką przez większą część filmu mamy do czynienia. Niemniej, jako komedia to jest to dzieło totalne i do wielokrotnego oglądania. 8,5/10 ode mnie. pozdr.! ;)

Biżuteria z filcu pisze...

No widzę, że koniecznie muszę sięgnąć po ten film, zapowiada się nieźle :) pozdrawiam

Redox pisze...

A ode mnie dyszka. Kwintesencja chaplinowskiego humoru. Majestrzyk komedii, choć może odrobinę archaiczny, jednak końcowa przemocą, jakby nie było, chwyta za gardło wnikliwą obserwacją kondycji ówczesnego świata.

przynadziei pisze...

fakt - wielki film

krotko o filmie pisze...

szymalan, dla mnie końcówka była solidnym zwieńczeniem dzieła, jakby autor chciał pokazać, że nie tylko potrafi bawić ale też wzruszyć.

Bizuterio, sięgaj sięgaj :)

Redox, zgadzam się z Tobą w pełni

przynadzieji, exactly :)


dziękuję za komentarze i pozdrawiam serdecznie.

szymalan pisze...

Tak, ale nawet sam Chaplin żałował później, że nakręcił ten film z taką końcówką po tym, jak widział do czego doprowadził hitleryzm na świecie przez następne kilka lat po premierze filmu. Mimo, że uwielbiam Dyktatora, nie zrozummy się źle, to jednak nie jest to mój ulubiony film Chaplina (na szczycie u mnie Gorączka Złota:) pozdrawiam!

krotko o filmie pisze...

szymalan, no tego szczegółu nie znałem. Już namierzam i zbieram na Gorączkę i Modern Times.

Peckinpah pisze...

A moim ulubionym filmem Chaplina są Dzisiejsze czasy, film w większości niemy, ale są też wstawki dźwiękowe - Chaplin śpiewa tu piosenkę i to właśnie w tym filmie można po raz pierwszy usłyszeć jego głos. Gorączka złota i Cyrk to także świetne komedie. A Dyktator mnie rozczarował, w ogóle mnie nie rozbawił, a jedynie irytował.

krotko o filmie pisze...

Pisałem tylko, że ja pierwszy raz usłyszałem głos komika. Dzisiejsze czasy jeszcze przede mną.
A widzisz, mnie rozbawił do łez, plus zaskoczył kilkoma rozwiązaniami efektów powiedzmy specjalnych, scena w samolocie.
pozdrawiam

Peckinpah pisze...

Zgadzam się, że film jest w paru momentach pomysłowy (jak np. scena w samolocie), ale jednak uważam, że nie było tu wiele do śmiechu, cała ta parodia Hitlera i Mussoliniego mnie rozczarowała.
Również pozdrawiam.