środa, 8 maja 2013

Mroczny Rycerz powstaje (2012)


The Dark Knight Rises (2012) – Mroczny Rycerz chodził za mną od dłuższego czasu... Bo kiedy rodzinka zacięcie pokonywała kolejne etapy gry z człowiekiem w masce z klocków Lego, ja miałem pisać notkę o filmie. Nie poszło mi najlepiej, kiedy oni dotarli do 98% gry, ja nadal nie stworzyłem niczego o fabularnych dokonaniach „nietoperza”. Jedynym słusznym wyborem w tej sytuacji było powtórne zapoznanie się z dziełem Nolana. 
Drugi seans objawił kilka mankamentów sztuki, dobitnie pokazał, że choreografia walk pozostawia sporo do życzenie, bez ogródek ujawnił, iż efekty specjalne w scenie na boisku footbolowym przepuścił w montażu ślepiec, a kadry bez pary z ust w mroźny dzień to kpina z widza analizującego film klatka po klatce. Co więcej, twórcy pod koniec nie popisali się z śniegiem, wyglądającym do bólu sztucznie i taflą lodową na rzece, która znika w kilka godzin, bez wyraźnego ocieplenia, bohaterzy nadal noszą puchowe kurtki.
Ponadprogramowy, acz konieczny by sumiennie ocenić film, seans ujawnia – mimo powyższych minusików - i przekonuje, że Mroczny Rycerz Powstaje został stworzony z pasji i miłości do serii, a ogrom zarobionej kasy to na pewno miły dodatek w tym przedsięwzięciu. Reżyser kolejny raz udowadnia, że potrafi stworzyć wielowątkową opowieść o dążeniu do celu za wszelką cenę. Momentami czułem się jakbym oglądał Rockiego, za jego lat świetności. Tutaj także śledzimy wzloty i upadki głównego bohatera. Różnica polega na tym, że w każdy aspekcie sztuki filmowej Nolan wygrywa z opowieściami o bokserze, ale zacięcie i bezkompromisowe pokonywanie barier musi być na pierwszym miejscu. 8,5/10

niedziela, 28 kwietnia 2013

Star Trek IV: Powrót na Ziemie (1986)


Star Trek IV: The Voyage Home (1986) – okazuje się, że Leonard Nimoy to cholerny komediant z perfekcyjnym podejściem do świata Treka. Pomysł na „Powrót na ziemię” jest tak surrealistyczny, że aż zabawny. A po przemyśleniach w sprzyjających okolicznościach przyrody, całkowicie realny.
Po poszukiwaniu Spocka i złamaniu kilku twardych praw Floty, załoga Enterpraisa wraca na ziemię, by oddać się w ręce władz i przyjąć odpowiedzialność za swoje czyny. Kiedy załoga jest już blisko planety, dowiaduje się o ciężkiej sytuacji w jakiej znaleźli się mieszkańcy globu. Planetę skanuje sonda, której działanie jest na tyle destrukcyjne, że ziemianom zostaje tylko czekać na szybki koniec. Szczęśliwie kapitan Kirk i Spock wgryzając się w problem znaleźli rozwiązanie, przewrotne jak niegdyś Mercedesy klasy A, ale jak się potem okaże skuteczne. 
Powrót to kolejna świetna odsłona serii. Lwia część akcji dzieje się na ziemi w latach osiemdziesiątych XX wieku. Twórcy niejako poszli na łatwiznę, bo nie musieli wysilać się na tworzenie lokacji z XXIII wieku, ale ta zmiana wnosi pewne novum do serii, ciekawe, inne spojrzenie na bohaterów. A ci jak zwykle z świetnie napisanymi rolami, zagranymi tak dobrze jak nas już do tego przyzwyczaili. Tutaj nie ma czasu na nudę i mimo karkołomnego pomysłu na główny wątek obrazu ogląda się go z wielką przyjemnością i z uśmiechem na twarzy. Dzieło wyreżyserowane przez Nimoya sprawia wrażenie, że Hoolywood w latach osiemdziesiątych poprzedniego wieku miało inne podejście do tworzenia, wygląda na to, że dobra zabawa na planie, zgrana ekipa była jednym z głównych czynników by zrobić film, w tym przypadku całkowicie udany. 8/10

sobota, 13 kwietnia 2013

Wrogie niebo (sezon 2)


Falling Skies (2011-?, sezon 2) – drugi sezon serialu rodzi się w bólach. Pierwsze epizody skupiają się na przeżyciu jako takiemu. Inwazja kosmitów schodzi na drugi plan, akcja często tkwi w miejscu, kręci się w kółko i bez celu. Dopiero w piątym odcinku twórcy dają widzowi coś czego można się trzymać, wreszcie zaskakują, a serial wciąga.
FS od samego początku było dziełem o skłonnościach do wychwalania amerykańskiego stylu życia, bardzo często wydźwięk fabuły oscylował wokół pochwalnego tonu dla wojska. I tak jak mogło to widza drażnić, to trzeba przyznać, że twórcy w świetny sposób, pod koniec sezonu, udowadniają, że walka, zaufanie i posłuszeństwo to jedyna droga w walce z okupantem. Co więcej, scenarzyści dają pstryczka w nos polityce, tej, która martwi się o stołki nie spoglądając na realne zagrożenie.
Pierwsze odsłony dzieła stacji TNT przetrwałem w myśl zasady: na bezrybiu i rak ryba, ale z odcinka na odcinek było coraz ciekawiej. Jasne, że nie mamy do czynienia z serialem który nie wyryje się w pamięć widzów na lata, ale jest na tyle porządnie zrealizowany, że trzeb dać mu szansę. W drugim sezonie wyraźnie widać progres, a ostatnia scena odcinka zamykającego całość, pozwala przypuszczać, że kolejna odsłona będzie tylko lepsza, bardziej intrygująca. 7,5/10

niedziela, 7 kwietnia 2013

Pętla czasu (2012)

Looper (2012) – przez cały seans trapiły mnie dwie sprawy: dlaczego aktor grającą główną rolę wygląda jak Joseph Gordon-Levitt po nieudanej operacji plastycznej. I czy czasem Deawoo nie było cichym sponsorem obrazu, gdyż doliczyłem się aż czterech samochodów z nazwą Lanos na klapie. Fakt pierwszy wyjaśnił się bardzo szybko, kolejny raz przypomniał mi, że do oglądania potrzebne jest przynajmniej minimalne przygotowanie, a drugi to już słodka tajemnica człowieka odpowiedzialnego za rekwizyty.
Akcja filmu rozgrywa się w przyszłości (licząc od naszych czasów) w której wiadomo, że za 30 lat podróże w czasie będą możliwe. Looper to gość od brudnej roboty, to zabójca likwidujący delikwentów odsyłanych z przyszłości (tej gdzie maszyna czasu istnieje) niewygodnych dla osób trzymających władzę i posiadających odpowiedni gadżet by wymazać każdego nieszczęśnika z kart historii. Sytuacja nabiera rumieńców kiedy egzekutor pod „nóż” dostaje samego siebie z silną wolą pozostania przy życiu.
Biorąc na warsztat tak specyficzny temat trzeba się liczyć z konsekwencjami. Rian Johnson, reżyser i scenarzysta w jednej osobie, bez większych problemów poradził sobie z paradoksami do jakich musi dojść podczas podróży w czasie. Działania bohaterów są jasne i klarowne, fabuła trzyma się ustalonych reguł i ma sens. Widz wie wszystko co musi wiedzieć, a smaczki reżyser zostawia na koniec.
Looper to obraz z umiarkowanym budżetem wiec nie zobaczymy tutaj przesytu efektów specjalnych. Twórcy postawili na kameralność i prostotę co w tym przypadku sprawdziło się znakomicie. Jedynie na kilku ujęciach pokazujących większe kadry widzimy miasto przyszłości, a zasilanie samochodów ich własnymi spalinami, oraz słonecznymi panelami, także wypada naturalnie, bez innowacji na siłę. 7,5/10

wtorek, 26 marca 2013

Skyfall (2012)


Skyfall (2012) – zaskoczyć widza, utrzymać go w napięciu przed ekranem to zadanie nie łatwe, tym bardziej, że mowa o bohaterze, który robił już wszystko by zadowolić publiczność. Co zrobić by agent 007 znowu błyszczał, rozprawiał się z złymi mocami tego okrutnego świata, przy szczerym oklaskiwaniu przez fanów? Okazuje się, że Sam Mendes rozwikłał zagadkę i zaserwował film godny uwagi, co więcej zapoczątkował nowy rozdział w karierze Bonda. Znalazł patent, któremu ciężko się oprzeć. Ukazał słabości postaci niezłomnej, nieugiętej, zdeptał ideały i pozwolił by bohater sam podniósł się z popiołu, by sam przewartościował co dla niego ważne i zaczął znowu działać. 
Twórca sięga w tej części do bogatej historii Bonda, bierze z niej co najlepsze i perfidnie wykorzystuje. Odrzuca plastikowe gadżety, przywraca do życia Astona Martina DB5 i przypomina nam facetom, że jak się golić to tylko brzytwą i to w towarzystwie pięknej kobiety. Przywraca na salony motyw kobiety z papierosem i choć to nałóg straszliwy, trzeba przyznać, iż Bérénice Marlohe z dymiącym atrybutem w ręku prezentuje się wybornie.
Powrót do przeszłości pojawia się także w fabule,  oponentem agenta staje się były pracownik Brytyjskiego wywiadu. Tyle, że tutaj nie ma się co rozpisywać. Historia jest na tyle ciekawa, że trzeba ją zobaczyć i tyle. Można tylko wspomnieć, że przeciwnik także poddany był ulepszeniom. Nie jest to szaleniec z szkaradnym śmiechem pod koniec każdej sceny, a inteligentny facet z celem.
Polecam, takiego Bonda chce się oglądać. 8/10

środa, 20 marca 2013

Królewna Śnieżka i Łowca (2012)


Snow White and the Huntsman (2012) – ten film wcale nie jest taki zły, jak mogło by się wydawać. Jasne, że wiecznie otwarte usta Kristen Stewart przyprawiają niektórych o ból głowy, a jej zwycięstwo w zawodach z bobrami, na to kto szybciej przegryzie drewnianą belkę jest oczywiste. To jednak aktorka ma na tyle osobistego uroku (proszę nie pytać skąd u mnie takie zapędy), że obsadzenie jej w roli  królowej nie jest takie głupie. Co więcej, zestawienie młodzieńczej zadziorności z dojrzałością aktorską Charlize Theron, jej charyzmą i talentem było strzałem w dziesiątkę. Ten kobiecy duet dźwiga obraz, bo kiedy młodociani fani radują się poczynaniami Stewart, ci bardziej dojrzali z zarostem, żonami, dziećmi spełniają swoje marzenia o złej, nikczemnej i zabójczo pięknej królowej.
Transformacja opowieści o śpiącej księżniczce w kino dla pełnoletnich wyszła nadspodziewanie gładko. Naturalnie wypadają karły, jak zawsze zabawne (czemu nie krasnoludy?), łowca i sama walka o dobro ogółu. Naprawdę jest co oglądać. Plenery potrafią zadziwić, muzyka dobrze je ilustruje, a praca na zielonym tle jest praktycznie niezauważalna. Reżyser wyszedł cało z przedsięwzięcia także za sprawą obsady. Otoczył się aktorami, którzy zapewnili mu publikę i finalizację projektu w zadowalający sposób. Wspomniałem o aktorkach, ale męska części obsady także potrafi przyciągnąć uwagę. Chris Hemsworth, czy plejada znanych nazwisk w roli karów, potrafiących bez problemu wywołać uśmiech na twarzy.
Królewna Śnieżka A.D. 2012, to wojowniczka przypominająca dzisiejsze feministki (szczęśliwie nie te o skrajnych poglądach), to kobieta piękna (tutaj ocenę urody odtwórczyni zostawiam Wam), waleczna, brnąca do celu nie zważając na otaczające problemy. Dzieło Sandersa to także skromny, ale jednak moralitet o tym jak nie warto gonić za urodą, za złudnym obliczem, to rozprawka o tym co w życiu ważne. Kwestia formy niech w tym przypadku pozostanie drugorzędna. 6/10

wtorek, 12 marca 2013

Operacja Argo (2012)

Argo (2012) – kiedy jedni walczą z nadciśnieniem, inni potrzebują czegoś do stymulacji, by w najmniej odpowiednim momencie nie zasnąć. Ci pierwsi skazani na lekarzy, recepty i zdrowy tryb życia mogą dziś zazdrościć tym drugim. Gdyż „doktor” Affleck zafundował im dwugodzinną odskocznie od spożywania wiader kawy, stworzył dzieło idealne dla wielbicieli przyspieszonego rytmu serca, niekoniecznie sprowokowanego ciężkim treningiem na sali gimnastycznej.
Twórca obrazu (rozpisywanie się nad wyższością umiejętności reżyserii nad aktorskimi nie ma sensu) zabiera widza do Iranu, gdzie pod koniec lat siedemdziesiątych atmosfera sprzyjała rewolucji. Na wydarzenia w kraju miało wpływ wiele czynników, a ich konsekwencją było uwięzienie pracowników amerykańskiej ambasady. Podczas szturmu na budynek rządowy, sześciu z nich udaje się uciec i schronić w kanadyjskiej ambasadzie. Tam czekają na ratunek, gdyż wiedzą, że gdy Irańczycy pokapują się o ich absencji w nie tak dawnym miejscu pracy, będzie nieprzyjemnie. 
Szczęśliwie fabuła pomija wielką politykę,  nie pragnie być sędzią, a ukazuje widzowi zakulisowe rozgrywki, działania jakie CIA musi podjąć by uratować rodaków. Dowiadujemy się, że sporo w tym zamieszania, przypadku, a gra nerwów nie ma końca. I to właśnie ten kruchy grunt pod nogami bohaterów przyprawia (w szczególności ostatnie 15 minut) o stan przed zawałowy. To doskonale rozpisana historia, z pierwszorzędnym aktorstwem i dbałością o szczegóły sprawia, że film tak dobrze się ogląda, a zwykły obywatel ma wgląd do karty historii odtajnionych po latach.
Raduje również fakt, że wielkie i próżne Hollywood przyczyniło się do uratowania szóstki głównych bohaterów, sposobem który nam sprzedaje od lat, a my się na to godzimy i podziwiamy. 8/10

niedziela, 3 marca 2013

Spadkobiercy (2011)


The Descendants (2011) – mimo, że akcja filmu osadzona jest na Hawajach ciężko tu szukać lekkiego wakacyjnego klimatu, pięknych widoków, drinków z palemką. Spadkobiercy to obraz z założenia surowy, gdzie losy bohaterów często rozmijają się z szczęściem, a małżeństwo, rodzicielstwo to droga z mnóstwem zakrętów, pułapek i dziur, które ciężko załatać.
Pomimo, że obraz bywa schematyczny i posiada oczywiste rozwiązaniami potrafi zatrzymać widza przed ekranem i pozostać na chwilę w pamięci. Raz, że historia jest odpowiednio wyważona, twórcy nie przeginają w żadną z stron, idealnie manewrują między chwilami beztroski, a gorzką prawdą codzienności. Dwa, że Clooney w roli jaką przyszło mu zagrać wypadł wyśmienicie. Aktor daje się lubić, od pierwszej sceny sprawia, że chce się mu kibicować i przeżywać jego frustracje. Film mądrze ukazuje przeszkody jakie człowiek napotyka, kiedy praca jest całym życiem i na rodzinę nie starcza czasu. Z odrobiną humoru przeprowadza widza przez historię rodziny King, udowadniając, że nie ma sytuacji bez wyjścia, że czasami to serce lepiej podpowiada w życiowych wyborach. 7/10

sobota, 23 lutego 2013

Kwiaty wojny (2011)


The Flowers of War (2011) – na przełomie lat 1937-38, wojsk Japońskie wkraczają do Chińskiego miasta Nankin. Podbój  ówczesnej stolicy Republiki Chińskiej, za cichą zgodą dowództwa, odbywa się w najbardziej nieludzki, niehonorowy sposób. Działania wojenne przepełnione agresją, okupione są śmiercią tysięcy cywilów. Wszechobecne okrucieństwo, ból, lęk przed śmiercią stają się przygnębiająca codziennością na którą ciężko szukać lekarstwa. 
W tą krwawą rzeczywistość zostaje wrzucony amerykański grabarz John Miller (Christian Bale), z misją pochowanie księdza, nauczyciela w tamtejszym kościele. Bohater szybko przekonuje się, że z zapłatą za usługę może być ciężko, na jego barki spada los uczennic, a sytuację komplikuję jeszcze bardziej prostytutki szukające schronienia na terenie kościoła. Te dwie małe społeczności tak różniące się od siebie będą musiały z sobą żyć, współpracować i wspólnie stawić czoła wrogowi i to pod przewodnictwem Johna, który na potrzeby chwili zostaje księdzem. 
Głównym motywem filmu jest przemiana jak zachodzi w bohaterach, metamorfoza tylko dzięki której można przeżyć. Reżyser spycha na dalszy plan konflikt zbrojny, skupiając się bardziej na ludzkich odruchach. W idealny sposób łączy losy postaci, czyniąc ich relacje prawdziwymi. Z przekonaniem udowadnia, że potrzeba życia jest bardzo silna, tym silniejsza jeśli chodzi o drugiego człowieka. Interesujące kino, odsłaniające kulisy niechlubnej ludzkiej historii, z przesłaniem i wiarą, że dobro jest w nas... w niektórych przynajmniej. 8/10

czwartek, 14 lutego 2013

Spartacus: Zemsta (2010-?)


Spartacus: Vengeance (2010-?) - druga odsłona Spartacusa straciła swój blask. Zawodzi praktycznie każdy element sprawiający widzowi frajdę z oglądania. Brak Whitfielda widoczny jest gołym okiem. Liam McIntyre jako odtwórca głównej roli, cały czas wygląda na zbyt przejętego, przerażonego, spiętego, a co za tym idzie sceny z jego udziałem chwilami wypadają nienaturalnie i to pomijając doniosły ton rozmów tamtych czasów. 
Twórcy poprawiając (wreszcie) wygląd i autentyczność krwi, i tak polegli nomen omen na polu walki. Za sprawą słabego scenariusza, jakiekolwiek potyczki zostały pozbawione napięcia. Już nie ekscytują, bo też ciężko kibicować komuś bez sprecyzowanego celu (pragnienie życia, samo w sobie jest celem, ale bardziej rozchodzi mi się o główny wątek, który jest słabo zarysowany).
Zniżkę formy można zrozumieć, wytłumaczyć, a w sprzyjających okolicznościach nawet wybaczyć i czekać na kolejny sezon. Ale za ulotnienie się specyficznego klimatu, seksualnej rozpusty wywołującej zaczerwienienie policzków, trzeba skarcić. Niby konwencja pozostała, schemat jest podobny, aczkolwiek z przykrością stwierdzam, że wykonanie jest na tyle mizerne, iż piękno kobiecego ciała, zbliżenia między postaciami działają tylko na jeden zmysł...
Na pochwałę zasługuje podejście do postaci z pierwszego sezonu. Rozwiązywanie wątków służy serialowi (z jednym wyjątkiem, uwaga SPOILER – rudowłosa miała zginąć wraz z mężem, jej postać jest na siłę wciśnięta do Zemsty), daje się go ogarnąć w całości, szkoda, że w bólach. 6/10