Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bruce Willis. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bruce Willis. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 sierpnia 2013

Kochankowie z Księżyca (2012)


Moonrise Kingdom (2012) – twórca Fantastycznego pana Lisa zaprasza widza do swojego, nie tak do końca zwyczajnego świata. Tym razem mamy do czynienia z żywymi aktorami, choć pewna teatralność i sztuka dla sztuki (w dobrym tego słowa znaczeniu) pozostaje nienaruszona.  Wspólny mianownik to banalna historia, która dzięki niecodziennym środkom prezentacji staje się pasjonująca, która z każdą chwilą sprawia, że widz staje się częścią opowieści. Co więcej chce w niej uczestniczyć, ponieważ tutaj każdy znajdzie coś co przeżył jako nastolatek, chciał zrobić albo nie zrobił i teraz pozostaje mu tylko kibicowanie bohaterom.
Tytułowi „Kochankowie z księżyca”, Sam i Suzi, to młodzi ludzie, którym ciężko egzystować w społeczeństwie. Są zaprzeczeniem młodzieńczej naiwności i szaleństwa, to autsajderzy chodzący własnymi drogami. Los dał im się spotkać, błyskawicznie porozumieć i zaplanować wspólne życie. Na misterny plan złożyły się: ucieczka Suzi z rodzinnego domu; rezygnacja Sama z skautingu oraz wyruszenie w wspólną podróż ku wolności. A to wszystko na wyspie stojącej na drodze huraganowi, który to sprawi, że opowieść staje się jeszcze bardziej dramatyczna.
Obraz Andersona to dzieło intrygujące, traktujące błahą opowieść w wyjątkowym stylu. Reżyser dokonuje kilku ciekawych zabiegów. Bawi się perspektywą, kadruje w taki sposób, że ta sama sceneria, tylko za sprawą ruchu kamery, wygląda zupełnie inaczej. Daje aktorom rekwizyty, które potrafią wzbogacić postać, nadają scenom z ich udziałem większej ekspresji. No i w końcu zatrudnia aktorów z pierwszej ligi, traktujących ten występ nader poważnie. Kreacje jakie prezentuje Edward Norton, Bruce Willis, Frances McDormand czy też Bill Murray dają widzowi sporo radości i wspaniale urozmaicają seans. 7,5/10

niedziela, 7 kwietnia 2013

Pętla czasu (2012)

Looper (2012) – przez cały seans trapiły mnie dwie sprawy: dlaczego aktor grającą główną rolę wygląda jak Joseph Gordon-Levitt po nieudanej operacji plastycznej. I czy czasem Deawoo nie było cichym sponsorem obrazu, gdyż doliczyłem się aż czterech samochodów z nazwą Lanos na klapie. Fakt pierwszy wyjaśnił się bardzo szybko, kolejny raz przypomniał mi, że do oglądania potrzebne jest przynajmniej minimalne przygotowanie, a drugi to już słodka tajemnica człowieka odpowiedzialnego za rekwizyty.
Akcja filmu rozgrywa się w przyszłości (licząc od naszych czasów) w której wiadomo, że za 30 lat podróże w czasie będą możliwe. Looper to gość od brudnej roboty, to zabójca likwidujący delikwentów odsyłanych z przyszłości (tej gdzie maszyna czasu istnieje) niewygodnych dla osób trzymających władzę i posiadających odpowiedni gadżet by wymazać każdego nieszczęśnika z kart historii. Sytuacja nabiera rumieńców kiedy egzekutor pod „nóż” dostaje samego siebie z silną wolą pozostania przy życiu.
Biorąc na warsztat tak specyficzny temat trzeba się liczyć z konsekwencjami. Rian Johnson, reżyser i scenarzysta w jednej osobie, bez większych problemów poradził sobie z paradoksami do jakich musi dojść podczas podróży w czasie. Działania bohaterów są jasne i klarowne, fabuła trzyma się ustalonych reguł i ma sens. Widz wie wszystko co musi wiedzieć, a smaczki reżyser zostawia na koniec.
Looper to obraz z umiarkowanym budżetem wiec nie zobaczymy tutaj przesytu efektów specjalnych. Twórcy postawili na kameralność i prostotę co w tym przypadku sprawdziło się znakomicie. Jedynie na kilku ujęciach pokazujących większe kadry widzimy miasto przyszłości, a zasilanie samochodów ich własnymi spalinami, oraz słonecznymi panelami, także wypada naturalnie, bez innowacji na siłę. 7,5/10

niedziela, 13 lutego 2011

Red (2010), Czarny łabędź (2010).

Black Swan (2010) – wiedziałem, wiedziałem od samego początku, kiedy to pierwsze wieści na temat filmu obiegły świat, że ten nie będzie dla mnie. Dzieło Aronofskiego, doceniane na festiwalach, z wielce prawdopodobną oskarowa rolą Natalie Portman, a ja jak ten uparty osioł, nie będzie mi się podobać i koniec. Nawet kiedy wiedziałem, że i tak będę oglądał łabędzia nie mogłem pozbyć się tych wszystkich negatywnych emocji związanych z filmem. Sam nie wiem skąd się wzięły, ale u mnie zawsze tak jest kiedy wszyscy dookoła pieją o jakimś dziele, mnie od niego odpycha (do dnia dzisiejszego nie oglądałem Incepcji).
Co do jednego na pewno miałem rację, balet jak na razie nie jest dla mnie, nie potrafiłem cieszyć się z tego co oglądałem, może po prostu zostawiam sobie furtkę na starsze lata. Co do fabuły to z minuty na minutę dałem się przekonać do historii, opowieść o ambitnej baletnicy może się podobać. Walka głównej bohaterki z jej fizycznością, problemy natury psychicznej, treningi prowadzone do utraty sił i zdrowia pokazują widzowi jaką wielką dawkę energii i poświęcenia musiała dać Portman w rolę.
Czarny Łabędź to nie moja bajka, aczkolwiek potrafię docenić film i śmiało zaprosić na seans takim ignorantom jak ja. 7,5/10

RED (2010) – po zawodzie na Niezniszczalnych, do kontrkandydata o palmę pierwszeństwa w 2010 na najlepszy film sensacyjny z doborową obsadą podchodziłem ostrożnie. Opinie jakie było mi czytać były na tyle skrajne, że postanowiłem zaryzykować i odszyfrować skrót zawarty w tytule.
Oznacza ni mniej, ni więcej: Retired Extremely Dangerous, a tym ekstremalnie niebezpiecznym emerytem okazał się Frank Moses czyli Bruce Willis. Frank nie wadził nikomu, mieszkał na przedmieściach, prowadził spokojny i poukładany żywot, po szalonych latach w CIA.. Fabuła przyspiesza i praktycznie do końca już nie odpuszcza, gdy po „dziadka” wpadają specjaliści od mokrej roboty. Oczywiste, że nasz twardziel im umyka i zaczyna prywatne śledztwo, podczas którego poznajemy jego znajomych z dawnych lat, a zagrali ich: Helen Mirren, John Malkovich, Morgan Freeman. Sporo musiało kosztować sprowadzenie na plan tak licznej gromadki, może i leciwych, ale zawsze gwiazd. Podjęte ryzyko opłaciło się, scenariusz choć grubymi nićmi szyty, przyprawiony humorem i dobrym aktorstwem może zdziałać cuda. Jasne, że schemat goni schemat, że to już kiedyś było, ale dlatego właśnie należą się brawa dla twórców, za stworzenie filmu który potrafi przyciągnąć widza. Mnie przykuł do ekranu i z uciechą mogę powiedzieć, iż zabawa była pyszna.
Pół punktu na plus za scenę, gdzie pojawia się wódka Sobieski. 7,5/10

niedziela, 24 października 2010

Dwanaście małp (1995), Koszmar z ulicy Wiązów (2010).

Twelve Monkeys (1995) – to historia więźnia... i tu pojawia się problem. Opisując fabułę, 12 Małp trzeba wspomnieć kilka szczegółów, które mogą zepsuć radość z oglądania czy rozwikłania układanki. Więc przejdę od razu do wrażeń po seansie.
Reżyser, Terry Gilliam od pierwszych minut, ukazuje naszym oczom tajemniczy świat, ciekawe klimatyczne zdjęcia, oraz uchyla rąbka tajemnicy co będziemy oglądać przez następne dwie godziny. Dwie godziny, gdzie widz poddawany jest próbie odgadnięcia czy losy bohaterów potoczą się wedle ich myśli czy podołają powierzonemu im zadaniu i czy wreszcie dowiemy się prawdy o... wspominałem, że niczego nie zdradzę, tak?
Ciekawy scenariusz, dobre wykorzystanie go na ekranie to jedno ale ktoś to przecież musi zagrać. Tutaj główna role odgrywają: Bruce Willis, początkowo dawałem wiarę w jego historię, później już nie byłem taki pewien, co świadczy o interesującym aktorstwie, oraz Brat Pitt. Pojawiła się tylko w 1/3 filmu a jego gra pobrzmiewa przez cały obraz, zagrał z powalającym realizmem, każda chwila Pitt'a na ekranie jest wielce interesującym doświadczeniem. Na górze listy płac pojawiła się także Madeleine Stowe, zagrała poprawnie, bez fajerwerków.
Zawsze chciałem zobaczyć 7 Element i 12 Małp, jestem po obu filmach i śmiało mogę stwierdzić, że ten drugi wygrywa wyścig o moją dobrą ocenę na blogu. 8/10

A Nightmare on Elm Street (2010) – do teraz zastanawiam się co skłoniło mnie do obejrzenia kolejnej części filmu z facetem w pasiastym sweterku. Straszenie widza z ekranu, zaskakiwanie, nawet takie samo przez cały film, zawsze mnie wystraszy i denerwuje, że znowu dałem się nabrać. Przesadnym fanem Frediego też nigdy nie byłem.
Podczas projekcji, dalej szukałem powodu dlaczego bez przymuszenia chciałem oglądać film o koszmarach? Scenariusz jest tak prosty, że wymyślanie ciekawej metafory nie ma sensu. Cała akcja rozbija się o nie zasypianie. Walka ze snem przeważnie kończy się spotkaniem z koszmarem z ulicy Wiązów i wymyślnym unicestwianiu amerykańskiej młodzieży. Aż przychodzi taki moment, że decydujemy się zostać do końca, poniważ pojawiają się wątpliwości, zatajana przeszłość przynosi interesujące informacje o Krugerze, zaczyna się klarować jakaś fabuła.
Nie jest to wielkie kino, średnie też nie, ale można zobaczyć z znajomymi, przy szklance ulubionego napoju, a widok wystraszonej drugiej połówki, bezcenny. 5/10