True Romance (1993) – Clarence, mieszkaniec podupadającego finansowo Detroit, kocha Elvisa Presleya. Tak, kocha go cały świat, ale nasz bohater jeśli miałby wybierać z kim ma odbyć stosunek homoseksualny to bez zastanowienia podaje Króla jako partnera idealnego. Ten sprzedawca w sklepie z komiksami w swoje urodziny sprawia sobie mały prezent, wybierając się do kina na maraton filmów o kung fu. Tam poznaje kobietę bez której tytuł filmu mijał by się ostro z prawdą. Tam też, w tej spelunowatej sali kinowej mnie jako widza film zaczyna porywać (wcześniej też byłem zachwycony wybraniem takiego a nie innego miasta jako jedno z miejsc akcji, Detroit Scotta wygląda mega pesymistycznie), rozpoczyna się istna uczta zapoczątkowana przez drobiazg, który w 1993 roku na nikim nie miał prawa zrobić wrażenia. Jakkolwiek palenie papierosów mnie odrzuca tak fakt zaistnienia tej czynności, w miejscy publicznym, dokonanym przez kobietę o niezaprzeczalnych wdziękach potrafi rozczulić. Następnym takim szokiem, tym razem obyczajowym było kobiece wyznanie, że czyn jaki pragnie popełnić Clarence jest romantyczny. Z obowiązu mapiszę, że nie chodzi tutaj o bonbonierke, kwiatki czy nawet złoty łańcuszek z serduszkiem. Oddany fan Presleya dla swojej Alabamy jest gotów na wszystko, morderstwo jej eks alfonsa nie jest więc niczym z czym nie mógłby sobei poradzić. I tak można by w nieskończoność, miszczącą się oczywiście w ramach czasowych filmu, opowiadać o poszczególnych scenach, aktorach i klimacie panującym w tym wyśmienitym obrazie autorstwa Tony'ego Scotta. Więc snuć historii nie będę, napomnę tylke, iż scenariusz do tegoż obrazu napisał Quentin Tarantino, epizodyczne role przypadły takim aktorom jak: Dennis Hopper, Christopher Walken (przecudowna scena o pochodzeniu Sycylijczyków do zobaczenia na YT), Gary Oldman (narkotykowy diler o czarnej krwi, przezabawna kreacja), Brad Pitt jako wiecznie nawalony kumpel, kumpla głównego bohatera, James Gandolfini (jako człowiek od wyciągania faktów, któremu nie przeszkadza, że badany obieket jest kobietą o stalowym charakterze) i wreszcie Samuel L. Jackson oraz Val Kilmer z rolami tak małymi, a jednak istotnymi dla rozwoju sytuacji. 8,5/10
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kryminał. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kryminał. Pokaż wszystkie posty
sobota, 16 sierpnia 2014
True Romance (1993)
True Romance (1993) – Clarence, mieszkaniec podupadającego finansowo Detroit, kocha Elvisa Presleya. Tak, kocha go cały świat, ale nasz bohater jeśli miałby wybierać z kim ma odbyć stosunek homoseksualny to bez zastanowienia podaje Króla jako partnera idealnego. Ten sprzedawca w sklepie z komiksami w swoje urodziny sprawia sobie mały prezent, wybierając się do kina na maraton filmów o kung fu. Tam poznaje kobietę bez której tytuł filmu mijał by się ostro z prawdą. Tam też, w tej spelunowatej sali kinowej mnie jako widza film zaczyna porywać (wcześniej też byłem zachwycony wybraniem takiego a nie innego miasta jako jedno z miejsc akcji, Detroit Scotta wygląda mega pesymistycznie), rozpoczyna się istna uczta zapoczątkowana przez drobiazg, który w 1993 roku na nikim nie miał prawa zrobić wrażenia. Jakkolwiek palenie papierosów mnie odrzuca tak fakt zaistnienia tej czynności, w miejscy publicznym, dokonanym przez kobietę o niezaprzeczalnych wdziękach potrafi rozczulić. Następnym takim szokiem, tym razem obyczajowym było kobiece wyznanie, że czyn jaki pragnie popełnić Clarence jest romantyczny. Z obowiązu mapiszę, że nie chodzi tutaj o bonbonierke, kwiatki czy nawet złoty łańcuszek z serduszkiem. Oddany fan Presleya dla swojej Alabamy jest gotów na wszystko, morderstwo jej eks alfonsa nie jest więc niczym z czym nie mógłby sobei poradzić. I tak można by w nieskończoność, miszczącą się oczywiście w ramach czasowych filmu, opowiadać o poszczególnych scenach, aktorach i klimacie panującym w tym wyśmienitym obrazie autorstwa Tony'ego Scotta. Więc snuć historii nie będę, napomnę tylke, iż scenariusz do tegoż obrazu napisał Quentin Tarantino, epizodyczne role przypadły takim aktorom jak: Dennis Hopper, Christopher Walken (przecudowna scena o pochodzeniu Sycylijczyków do zobaczenia na YT), Gary Oldman (narkotykowy diler o czarnej krwi, przezabawna kreacja), Brad Pitt jako wiecznie nawalony kumpel, kumpla głównego bohatera, James Gandolfini (jako człowiek od wyciągania faktów, któremu nie przeszkadza, że badany obieket jest kobietą o stalowym charakterze) i wreszcie Samuel L. Jackson oraz Val Kilmer z rolami tak małymi, a jednak istotnymi dla rozwoju sytuacji. 8,5/10wtorek, 18 marca 2014
Drugie oblicze (2012)
The Place Beyond the Pines (2012) - trzy wątki w jednym filmie, trzy historie, które nie są przeplatane dla sztucznego podtrzymania widza przy ekranie. Następują jedna po drugiej i w tym przypadku jest to zabieg jak najbardziej właściwy. Tak prowadzona opowieść ma interesujący element zaskoczenia, zmuszający widza do zmiany perspektywy, a co za tym idzie gotowości dla postępu fabuły. Bo ta w ekspresowym tempie przechodzi do następnego rozdziału (nie tyle sama akcja jest żwawa, co konkretne wydarzenia szybko zmieniają punkt odniesienia widza).Miejsce za sosnami (do znudzenia będę przytaczał dokładne tłumaczenia tytułów, bo to one oddają w pełni zamysł autora. To oryginalne nazwy zawierają kwintesencje dzieła. W tym przypadku, ów miejsce jest zalążkiem przemian, i nie maja wiele wspólnego z drugim obliczem, ponieważ ta inna strona to za mało by wyrazić pełnię zjawiska jakie się dokonuje) jako opowieść o dwóch pokoleniach nie jest łatwym w odbiorze filmem. Tutaj trzeba się dostosować do wizji reżysera i choć chwilami możemy wątpić w słuszność jego działań, przy napisach końcowych bez problemu przyznamy mu rację. Zamykając w perfekcyjny sposób opowieść, scalając wszystkie wątki w jeden dajemy wiarę w to co zrobił. 7/10
Autor:
krotko o filmie
o
13:24
1 komentarze
Wyślij pocztą e-mailWrzuć na blogaUdostępnij w XUdostępnij w usłudze FacebookUdostępnij w serwisie Pinterest
Etykiety:
2013,
Bradley Cooper,
Dramat,
Eva Mendes,
Kryminał,
Ryan Gosling
poniedziałek, 10 lutego 2014
Szybcy i wściekli 6 (2013)
Furious 6 (2013) – szósta część zwariowanej serii zaczyna się źle. Oto widz, świadom serialu z lat osiemdziesiątych, gdzie za kierownicą inteligentnego samochodu zasiada David Hasselhoff, oraz stosowanych tam trików z przyspieszaniem taśmy filmowej, zmuszany jest oglądać powtórkę z rozrywki. Tak, w otwierającej scenie, para głównych bohaterów mknie górską drogą, a prędkość ich maszyn napędzana jest niestety montażem. Wypada to naprawdę nieciekawie, jednak daje do zrozumienia, że nie o logikę tu chodzi. Jeśli racjonalizm zostaje zakopany głęboko już na początku seansu i my jako fani palonej gumy godzimy się na irracjonalne rozwiązania fabularne, będziemy się przyzwoicie bawić. Jeśli nie przeszkadza nam fakt, iż Hiszpańskie lotnisko przypomina autostradę, a Niemieckie samochody trafione z broni, której nie ma prawa przetrwać opancerzenie czołgu, nadal pełnią swoją funkcję i tolerujemy przewidywalność fabuły będziemy w motoryzacyjnym niebie.
Podobnie jak w poprzednich częściach historia nie należy do skomplikowanych, jest tylko tłem dla kaskaderskich popisów i speców od efektów specjalnych. Ekipa pod dowództwem Dominica Toretto, ma za zadanie znaleźć i złapać grupę działającą na tym samym polu, czyli specjalistyczne wożenie się samochodem połączone z kradzieżami cennych przedmiotów. To czy im się powiedzie jest oczywiste. To, że nie wszystko wyjdzie jak należy także staje się standardowym elementem tego typu produkcji. Koniec końców opowieść skończy się tak jak powinna.
Ponad dwie godziny spędzone z Szybkimi i Wściekłymi okraszone są dyrdymałami wielkości Everestu, ale mają tez kilka czynników trzymających widza w świadomości, że wcale nie traci czasu. Bohaterów nadal da się lubić. Sceny pościgów samochodowych, mimo kilku mankamentów, nakręcone są w sposób zapierający dech w piersiach. A humor i świadomość własnej ułomności stanowi idealną puentę filmu: jak się bawić to na całego. 7/10
Autor:
krotko o filmie
o
19:23
2
komentarze
Wyślij pocztą e-mailWrzuć na blogaUdostępnij w XUdostępnij w usłudze FacebookUdostępnij w serwisie Pinterest
Etykiety:
2013,
Akcja,
Dwayne Johnson,
Kryminał,
Paul Walker,
Vin Diesel
sobota, 21 grudnia 2013
Iluzja (2013)
Now You See Me (2013) – lata temu oglądając występy Davida Copperfielda, godziłem się na oszustwo, łudziłem się, że w tym co robi artysta jest jakiś element, jeśli nie magii to przynajmniej tajemnicy. Dziś, dojrzalszy, mądrzejszy oglądając Iluzje (podczas seansu słowo iluzja nie pada ani razy - jestem tego prawie pewny - dlaczego więc polski dystrybutor tak właśnie nazywa film?) nie mogłem się pozbyć wrażenia, że wszechobecny omam, nie jest tym czego oczekiwałem. Założenie było proste ja drut, dobrze się bawić z świadomością przymusowego wyłączenia myślenia, by ów seans przetrwać bez większych zgrzytów.
Tak też zrobiłem i do pewnego momentu szło nawet całkiem nieźle. Ale (w tym przypadku ogromnych rozmiarów) teledyskowy montaż i fakt, że to co widzę na pewno nie może być tym co widzę, szybko zaczyna męczyć. Co innego rozwiązywać zagadki razem z bohaterami, a co innego być zmuszanym uczestnictwa w przekręcie, który musi być przekrętem, bo tak musi być. Więc film zamiast zaskakiwać, dręczy widza co krok swoją przewrotnością na siłę. To uczucie podobne do tego jakie towarzyszy mi w marcu. Wiem, że nadal może być zimno, wiem, że może spaść śnieg, aczkolwiek mam już serdecznie dosyć tego cholerstwa. 5/10
Autor:
krotko o filmie
o
10:26
8
komentarze
Wyślij pocztą e-mailWrzuć na blogaUdostępnij w XUdostępnij w usłudze FacebookUdostępnij w serwisie Pinterest
Etykiety:
2013,
Jesse Eisenberg,
Kryminał,
Mark Ruffalo,
Woody Harrelson
poniedziałek, 2 grudnia 2013
Drogówka (2013)
Drogówka (2013) – Smarzowski kolejny raz zabiera nas na wycieczkę po Polskiej ziemi. Tym razem zostaniemy zaznajomieni z środowiskiem policyjnym, ujrzymy przedstawiciela kościoła, który zapomina, pewnie całkowicie niechcący, o przykazaniach oraz będziemy mieli wgląd w tryby zarządzające potężnymi inwestycjami. Reżyser portretując nasze podwórko nie zapomina o tym, że widz lubuje się w zagadkach. Daje więc bohaterom ciekawy, ociekający alkoholem podkład, wplątuje ich w skomplikowane zażyłości i zostawia samym sobie.
Drogówka to film podzielny przez dwa. Pierwsza część w migawkach z telefonu, kamer przemysłowych i tych typowo filmowych, nakreśla historię i postacie biorące w niej udział. Jest ponuro, mało uczciwie, odpychająco ale do tego jako widz zdążyliśmy się przyzwyczaić w filmach rodaka. Druga odsłona to intrygujące śledztwo, prowadzone w pośpiechu, to dochodzenie, które musi się potoczyć w odpowiednim kierunku. Ta część to czynnik trzymający mnie przed ekranem. Bowiem świadomy warsztatu jakim posługuje się twórca, oczekiwałem od obrazu z 2013 czegoś więcej. Na szczęście dostałem to w rozwinięciu historii. Przyspieszenie narracji wpłynęło pozytywnie na film, składanie układanki, emocjonuje na tyle by po zakończeniu seansu jeszcze przez chwilę tkwić na Warszawskim posterunku z poczuciem wszechogarniającej bezsilności. 7,5/10
poniedziałek, 17 września 2012
Rampart (2011)
Rampart (2011) – szumnie zapowiadany dramat policyjny, padł ofiarą źle i nieprecyzyjnie prowadzonej kampanii reklamowej. Dlatego też nie może dziwić słaba ocena na IMDb, bo jeśli publiczność spodziewa się fabuły z zwrotami akcji, brutalnymi scenami - mniej lub bardziej uzasadnionymi, pościgów samochodowych i decyzji gliniarza na skraju legalności to mogła poczuć się oszukana. Rampart to dramat z krwi i kości, brak tu miejsca na popisy na fajerwerki, to obraz smutny, spoglądający surowym okiem na życie policjanta stanowiącego prawo, interpretując je na swój sposób.
Reżyser obrazu przenosi widza do lat 90 tych, do Los Angeles gdzie afera korupcyjna w szeregach policji wychodzi na jaw, a policjant i szacunek do władzy jest czymś obcym dla obywateli. Główny bohater, Dave Brown (genialny Woody Harrelson) już po przebudzeniu zaczyna dzień w niecodziennym dla szarego człowieka otoczeniu. Wychodząc do pracy mija dwie kobiety, byłe kochanki, które na dokładkę są siostrami, z każda z nich ma córkę, a dziwne podejście do wspólnych posiłków to kwestia wyblakła na planie innych dziwactw. Dave należy do tej grupy policjantów, mających się za samotnych stróżów prawa, za ludzi brnących w bagno naciągnięć, przeinaczeń bo po pierwsze ktoś to musi robić, a po drugie tylko tak można efektywnie pracować. Postać grana przez Harrelsona, to człowiek z głową na karku, potrafiący wyłgać się z każdych tarapatów, aż do momentu kiedy agresywne zatrzymanie czarnoskórego mężczyzny zostaje upublicznione i napiętnowane w mediach. Od tej chwili film przeistacza się w gorzką opowieść o radzeniu sobie w krytycznych sytuacjach, atakuje widza „brudem” ulicy i nagle się kończy zostawiając go z niczym. Po krótkim namyśle i małym rozczarowaniu z finału przychodzi myśl, że ten obraz musiał się tak skończyć. Jakiekolwiek rozwiązanie sytuacji Browna było by mało oryginalne i podobne do dziesiątej innych w tego typu produkcjach. A tak twórca zostawia nas sam na sam z myślami i oceną wyrwanej z ram czasu historii.
Te zakończenie bez puenty, bez jakichkolwiek wyjaśnień doskonale podsumowuje tej obraz, jako dzieło chaotyczne, niedokończone, szare (mimo miejsca akcji) brutalnie obnażającej fakt, że dobro i zło dzieli cieniutka prawie niewidoczna linia, często przekraczana na potrzeby większego zysku. Zachęcam do oglądania, film jest twego wart, mimo ciężkiej atmosfery, przygnębiającego klimatu i pstryczka w nos dla nieuważnego widza, który może nie poznać w pierwszej chwili bardzo charakterystycznego aktora (tak, nie poznałem Fostera). 8/10
Autor:
krotko o filmie
o
06:35
2
komentarze
Wyślij pocztą e-mailWrzuć na blogaUdostępnij w XUdostępnij w usłudze FacebookUdostępnij w serwisie Pinterest
Etykiety:
2011,
Ben Foster,
Kryminał,
Woody Harrelson
niedziela, 5 sierpnia 2012
Dotyk zła (1958)
Touch of Evil (1958) – granice meksykańsko-amerykańską przekracza samochód z bombą w bagażniku. Wiadomo jest, iż czas do jej odpalenia to kilka chwil. Pojazd mija ludzi, przejeżdża obok głównych bohaterów i nic, jedzie dalej. Kiedy wydaje się, że nici z eksplozji ta pojawia się znikąd i wywołuje uśmiech na twarzy i przypuszczenie, że Orson Welles będzie się tak bawił z widzem do końca seansu.
Zdetonowany ładunek, zabija dwoje ludzi już na terenie USA, ale bomba została prawdopodobnie podłożona na terytorium Meksyku więc do śledztwa jako obserwator włącza się Mike Vargas, szanowany stróż prawa do drugiej stronie granicy. Na jego nieszczęście akcją dowodzi kapitan Hank Quinlan, rasista, cynik człowiek z sumieniem, które umarło wraz z żoną. Od tej pory uczestniczymy w potyczkach między policjantami w dziwnych gierkach prowadzących do rozwiązania śledztwa. Będziemy świadkami sytuacji, nie do końca zrozumiałych i akceptowalnych dla ludzi z oznaką, a sfera niedopowiedzeń i domysłów będzie z minuty na minute większa.
Kiedy na ekran wjeżdżają napisy końcowe szybko dopadły mnie trzy wnioski doskonale podsumowujące pracę reżysera. Zaczynając od puenty obrazu, która grzebie oryginalność kilku seriali policyjnych, poprzez wspaniałą kreacje jaka stworzył Welles na ciekawej i pogmatwanej historii kończąc. Twórca prezentuje dwa podejścia do pracy w policji, gdzie Vargas jest przykładem uczciwego stróża prawa o nienagannym wyglądzie, a Quinlan przedstawiany jest w sposób karykaturalny i odpychający. Te dwie wizje i ich słuszność reżyser pozostawia do oceny widza, starając się jak najbardziej utrudnić mu wydanie werdyktu. To zderzenie przeciwstawnych biegunów wprowadza niesamowity klimat, napięcie i zwyczajna radość z oglądania dla kinomana. Polecam zobaczyć wersje ostatecznie zatwierdzoną przez reżysera, tylko ona oddaje prawdziwe przesłanie jakie zawarł Welles. 8,5/10
Autor:
krotko o filmie
o
21:43
7
komentarze
Wyślij pocztą e-mailWrzuć na blogaUdostępnij w XUdostępnij w usłudze FacebookUdostępnij w serwisie Pinterest
Etykiety:
1958,
Klasyka,
Kryminał,
Orson Welles
czwartek, 19 lipca 2012
Breaking Bad (2008-?, sezon 4)
Breaking Bad (2008-?, sezon 4) – trzy poprzednie sezony zamieszały wśród publiczności. Serial małej stacji kablowej stał się rozpoznawalny, ceniony, a aktorzy grający główne role zaczęli wypływać na szerokie wody Hollywood. To cieszy, ponieważ Bryan Cranston jak i Aaron Paul zaprezentowali się w czwartym sezonie nadzwyczaj okazale. Udowodnili, że znajdują się na odpowiednim miejscu i wzięli na swoje barki niedociągnięcia scenarzystów i twórców serialu.
Rzeczy trzeba nazwać po imieniu, emitowane podczas wakacji odcinki odbiegały od poziomu prezentowanego wcześniej. Początkowe odsłony rozliczają się z wydarzeniami prezentowanymi w poprzednim sezonie. Nie było by w tym nic złego gdyby nie to, że momentami wieje nudą. Jessie miota się z myślami, robi ze swojego domu melinę tylko po to by nie być sam. Walter odkrywa rąbka tajemnicy przed rodziną (wymyśla historię skąd ma pieniądze), zaczyna przewidywać przyszłość, zabezpiecza się na nią, ale to także niewiele wnosi do fabuły. Jedyne czym udało się scenarzystom przyciągnąć mnie do ekranu to rozpisywanie dialogów w małżeństwie Whitów, ich relacje wypadają jak z życia wzięte, autentyczne i szczerze. Szczęśliwie sytuacja poprawia się około piątego odcinka, kiedy Hank przestaje litować się nad samym sobą i wtrąca nos w dawne śledztwo. Obserwowanie szwagrów pracujących wspólnie nad sprawą wytwórcy metaamfetaminy, wreszcie staje się emocjonujące. To dopiero postać agenta DEA sprawia, że sytuacja nabiera tempa, a na następny odcinek czeka się z niecierpliwością. Po przekroczeniu połowy sezonu fabuła nabiera rumieńców i wreszcie nie pozwala spokojnie usiedzieć w fotelu. Ostatnie epizody posiadają wszystko to do czego przyzwyczaili nas producenci, hipnotyzują i zapadają w pamięć. 7,5/10
Autor:
krotko o filmie
o
13:40
2
komentarze
Wyślij pocztą e-mailWrzuć na blogaUdostępnij w XUdostępnij w usłudze FacebookUdostępnij w serwisie Pinterest
Etykiety:
Aaron Paul,
AMC,
Bryan Cranston,
Kryminał
piątek, 13 lipca 2012
Kontrabanda (2012)
Contraband (2012) – kto ma ochotę zobaczyć coś oryginalnego niech sięgnie do skeczu kabaretu Ani Mru Mru z Tofikiem w roli głównej, albo zobaczy coś z klasyki, bowiem Kontrabanda schematem stoi i nic sobie z tego nie robi. Od początku, dosłownie na samym starcie zgadujemy, że ten co zaczyna wieść uczciwe życie będzie musiał wstąpić na dawną ścieżkę zbójowania. Domyślać się też można jak cała historia się zakończy, jak prowadzona będzie akcja i to, że zobaczymy wyczyny „czasowo-kaskaderskio-niekoniecznie-logiczne uzasadnione.
Chris Farraday, od jakiegoś czasu prowadzi własny legalny biznes, montując alarmy. Chris do niedawna trudnił się przemytem, w branży funkcjonował jako Houdini szmuglerki. Nieszczęśliwie jego szwagier dalej zajmuje się podobnym fachem i natrafiając na kontrolę celną wyrzuca za burtę drogocenny towar, za który będzie musiał zapłacić właścicielowi.
Głównym problemem filmu jest fakt wypełniania scenariusza punkt po punkcie w sposób tak podobny do setek innych. Historia nawet kiedy ma zaskakiwać nie czyni tego w sposób opadania szczęki u widza, a tylko wprowadza czynnik zmieniający odrobinę linię fabuły. Później wchodzimy do lasu gdzie na każdym drzewie widnieje tabliczka z opisem danego pomnika przyrody. Taka jazda jest nam fundowana do samego końca. Jasne, że jest trochę akcji, są sytuacje gdzie bohater musi chronić najbliższych nie patrząc na nic, co potrafi podnieść ciśnienie, ale to wszystko wygląda jak klisza kliszy. Aktorzy mogący podnieść dzieło z wysypiska próżności i braku pomysłów (film jest amerykańską wersją Reykjavik-Rotterdam) nie zrobili tego. Nie winię Marka Wahlberga, ponieważ zagrał przyzwoicie i nie można mu szczególnie niczego zarzucić. Żal, że Ben Foster tak mało gościł na ekranie, a kiedy już to robił nie dawał z siebie wszystkiego czym dysponuje jako aktor. 5/10
Autor:
krotko o filmie
o
21:09
1 komentarze
Wyślij pocztą e-mailWrzuć na blogaUdostępnij w XUdostępnij w usłudze FacebookUdostępnij w serwisie Pinterest
Etykiety:
2012,
Ben Foster,
Kryminał,
Mark Wahlberg
czwartek, 5 kwietnia 2012
Człowiek w ogniu (2004)
Man on Fire (2004) – Tony Scott zabiera nas tym razem do Meksyku, miasta w kŧórym porywanie dzieci dla okupu stało się zawodem. Rodzice zdając sobie sprawę z niebezpieczeństwa, wynajmują dla swych pociech ochroniarzy, niańki z bronią palną za pasem. W takim też charakterze zostaje zatrudniony Creasy, człowiek nie radzący sobie z codziennością, zmęczony horrorem przeszłości. Podjęta przez niego praca, kontakt z dziewczynką pozwala mu spojrzeć na życie z innej strony, daje szanse na nowy start. Nie zdradzę wielkiej tajemnicy jeśli wspomnę, że do uprowadzenia jednak dochodzi, a nam przyjdzie delektować się vendettą skierowaną w stronę każdego kto przyczynił się do zniknięcia dziecka.Sto czterdzieści sześć minut to sporo jak na film przedstawiający prostą historię, z zaliczaniem kolejnych zadań by sprawiedliwości stało się zadość. Jednak fabuła ma na tyle ciekawą konstrukcję, że nie ma tutaj mowy o nudzie. Ułożona w sposób dynamiczny z obrotem spraw pozwalającym na zaciekawienie widza, wycieczka do kuchni po herbatę i ciasteczka odpada. Jest za to czas by przyjrzeć się głównemu bohaterowi i jego motywom. Postać ta została rozpisana odrobinę zbyt przewidywalnie z klasycznymi przypadłościami kogoś kto w swoim życiu zabił o jednego człowieka za dużo. Ale z biegiem czasu można się przekonać do roli odegranej przez Denzela Washingtona i szczerze mu kibicować. Aktor nadał ludzkiej twarzy mścicielowi, jego działania choć brutalne, można łatwo usprawiedliwić, a sposób ich wykonania wypada przekonująco.
Obraz, jego charakterystyka nie odbiega zbytnio od dotychczasowych dokonań reżysera. Serwuje widzowi szybki i karkołomny montaż, sceny w których chce coś zaakcentować prezentuje za pomocą filtrów, sprawnie włada dźwiękiem kiedy chce podnieść ciśnienie widzowi. Dzieło Tony'ego Scotta jawi się jako dobrze wykonane zadanie, ma wszystkie elementy składajace się na ciekawy wieczór przed ekranem. 7/10
Autor:
krotko o filmie
o
19:37
9
komentarze
Wyślij pocztą e-mailWrzuć na blogaUdostępnij w XUdostępnij w usłudze FacebookUdostępnij w serwisie Pinterest
Etykiety:
Denzel Washington,
Kryminał,
Tony Scott
poniedziałek, 5 marca 2012
Cop Land (1997)
Cop Land (1997) – ktoś kojarzy Bartka? Drzewo, konkretnie dąb z województwa świętokrzyskiego, trzymany przy życiu wszelkimi sposobami. Ten pomnik przyrody z bliska wygląda jeszcze bardziej żałośnie aniżeli na fotografii. Człowiek niemal współczuje tej hybrydzie drzewa, metalowych wsporników i podoczepianej kory, zdartej z innych drzew. Nie, nie zajmuje się od dziś dendrologią, zwyczajnie oglądając Copland przypomniały mi się wakacyjne wojaże, obcując z Sylwestrem Stallone doszedłem do wniosku, że ma sporo wspólnego z drzewem „rosnącym” w leśnictwie Bartków. Oba dinozaury przeżyły już swój triumf, znajdują się po za czołówką, a jednak trzymanie się za wszelką cenę na powierzchni nie jest bezcelowe, zarówno Bartka jak i Sylwestra przyjemnie jest zobaczyć, miło spędzić z nimi czas i powspominać stare dobre czasy.Uparłem się na jednego aktora, ale nie występuje on tutaj sam. Jest także Robert De Niro, Ray Liotta oraz Harvey Keitel. Panowie wcielili się w role policjantów i szeryfa (z filmu dowiaduję się, że szeryf jest niższy rangą od NYPD). Przypadło im zagrać role skorumpowanych stróżów prawa. Jedynie szeryf Freddy Heflin ma odwagę postawić się kolegom i wykonać robotę wedle reguł. Nie jest to oczywiście łatwe w miasteczku zamieszkałym przez znajomych z pracy, kiedy nikt nie chce pomóc, a na zdrajcę czeka śmierć.
Film o prostej fabule z ślamazarnym tempem i aktorstwem przez małe a, jakoś trzyma przed ekranem. Scenariuszy o podobnym przebiegu można by wymieniać bez końca, ten odtwarza konkretna ekipa nie starając się podskoczyć wyżej niż to potrzebne. Obraz to krytyczne spojrzenie na nowojorska policję, na funkcjonariuszy skorych do przekraczania wszelkich granic. Wykonany solidnie z przytupem o korupcji, lojalności o tym, że nikt nie jest ponad prawem. 7/10
Autor:
krotko o filmie
o
13:11
2
komentarze
Wyślij pocztą e-mailWrzuć na blogaUdostępnij w XUdostępnij w usłudze FacebookUdostępnij w serwisie Pinterest
Etykiety:
1997,
Harvey Keitel,
Kryminał,
Ray Liotta,
Robert De Niro,
Sylvester Stallone
niedziela, 15 stycznia 2012
Dla niej wszystko (2010)
The Next Three Days (2010) - John, Lara i ich syn wiodą spokojne życie na przedmieściach Pittsburga. Oboje spełniają się zawodowo, dziecko jest oczkiem w głowie, a małżeństwo rozkwita w najlepsze. Ten niekończący się miodowy miesiąc przerywa brutalnie oddział policji, przekraczając próg domu Brennanów z nakazem aresztowania kobiety pod zarzutem morderstwa. Zapada wyrok: winna. Mąż wszystkimi dostępnymi oraz na razie legalnymi kanałami stara się pomóc. Chce obalić niezaprzeczalne dowody o jej winie. Kiedy wszystkie metody uwolnienia żony z więzienia zawodzą, szuka tych mniej oficjalnych, by w końcu dojść do wniosku (i to nie jest spoiler), że jednym wyjściem jest ucieczka z zakładu karnego.Russell Crowe (od kilku filmów wyglądający tak samo niestarannie, smutno i niechlujnie), a bardziej jego postać robi wszystko by znów być przy boku ukochanej bez więziennej kotary. Jego poczynania na ekranie są skrajnie różne. Ma tu na myśli fabularne rozwiązania, które odbijają się od rzeczy prawdopodobnych i realnych do tak urwanych z sufitu, że można tylko ręce rozkładać. Scenarzyści potrafili oczarować widza, dać trochę uciech i odpoczynku od zamieszania jakie panuje w fabule. Sceny gdzie liczył się tylko gest i spojrzenie były naprawdę dobre i rzeczowe. Nie potrzebowali scen łóżkowych, by pokazać prawdziwą miłość i oddanie, potrafili być subtelni i skuteczni. Zaś w czym dopatrywać się problemu ich zbytniej fantazji, nie wiem. Może mieli słabszy dzień, albo na szybko było trzeba coś wymyślić i powstały takie babole jak wpadka z uniwersalnym kluczem na oczach strażników i brak konsekwencji dla sprawcy. Jednakowoż trzeba przyznać reżyserowi, że nie przekroczył granicy dobrego smaku. Akcja na ekranie mimo kilku zwisów dążyła bezkompromisowo do przodu, nie miałem ochoty wyłączyć filmu, a im bliżej końca, tym byłem ciekawszy jak to wszystko się zakończy. Dla niej wszystko to obraz niedoskonały, z dziurawą fabułą, ale też taki który potrafi zaskoczyć i przyprawić o szybsze bicie serca. 6/10
Autor:
krotko o filmie
o
20:42
0
komentarze
Wyślij pocztą e-mailWrzuć na blogaUdostępnij w XUdostępnij w usłudze FacebookUdostępnij w serwisie Pinterest
Etykiety:
2010,
Elizabeth Banks,
Kryminał,
Russell Crowe
piątek, 13 stycznia 2012
BreakOut Kings (2011-?, sezon 1)
Breakout Kings (2011-?, sezon 1) – producenci Prison Break zabrali się za kolejny serial gdzie zakład penitencjarny odgrywa ważną rolę. Tym razem fabuła opowiada historie powstania specjalnej jednostki zajmującą się ściganiem skazańców którym udało się uciec z więzienia. Zespół składa się z US Marshal oraz kilku osadzonych, którzy za rozwiązaną sprawę maja miesiąc mniej do odsiadki. Postawione zasady są bardzo proste, każda próba ucieczki czy też niesubordynacji odsyła osadzonych do więzienia o zaostrzonym rygorze z podwojonym wyrokiem. Zespół będą tworzyć: profesor psychiatrii, który nie radził sobie z hazardem i długami jakie miał na karku, członek organizacji przestępczej, specjalista od handlu, stosunków międzyludzkich, facet podejmujący każde wyzwanie oraz córka łowcy głów, skazana za morderstwo. Są jeszcze dwie postacie, ale o nich widz dowiaduje się na samym początku więc nie będę uprzedzał wydarzeń. Ta wesoła gromadka będzie uczestniczyła w kilku ciekawych zatrzymaniach, poznamy ich sekrety i mimo wszystko polubimy.
Co rzuca się się w oczy podczas emisji kilku pierwszych odcinków to brak konsekwencji w scenariuszu. Bohaterzy miotają się jakby twórcy nie wiedzieli jakim torem iść ma serial. Fabuła nie jest jakoś specjalnie wyrafinowana i rozbudowana, a scenarzyści podają na tacy sporo odpowiedzi już na samym początku. Niczemu to nie służy, a tylko psuje radość z oglądania. Chciałem dać sobie spokój z Breakout Kings, ale po kilku epizodach polubiłem bohaterów i tak jakoś wytrwałem do końca. To ukazanie ich w różnym świetle, relacje miedzy nimi oraz przypomnienie postaci T-Bag'a z Skazanego na Śmierć dają serialowi kopa, a mnie siłę na przetrwanie 13 epizodów. 5,5/10
wtorek, 27 grudnia 2011
Dochodzenie (2011-?, sezon 1)
The Killing (2011-?, sezon 1) – to nie jest serial dla wszystkich, a już szczególnie dla widzów lubujących się w rozwiązywaniu sprawy w ciągu jednego odcinka. Nie jest to dzieło dla pasjonatów nowoczesnych zabawek potrafiących wyciągnąć z nieostrej fotografii więcej szczegółów aniżeli faktycznie się na niej znajduje. Twórcy remake'ując duński oryginał „Forbrydelsen”, obrali całkowicie inny kierunek. Prezentują żmudne, długie śledztwo, gdzie trzeba się namęczyć by zdobyć dowód, który nie koniecznie w późniejszym czasie musi być pomocny. Opowiadają historię z sporą dawką realizmu, dając widzowi obiektywnie spojrzeć na policjantów, polityków i rodzinę dotkniętą tragedią.Zabierając się za The Killing wiedziałem o zakończeniu, a konkretniej o jego braku. Przez co nie dotknęło mnie wielkie rozczarowanie, że w ostatnim epizodzie nie poznam głównego bohatera, nie dowiem się kto zabił. Za to prześwietlimy razem z parą detektywów kilku podejrzanych o morderstwo siedemnastolatki. Potencjalni sprawcy są na tyle dobrze przedstawieni, dowody prawie jednoznacznie zawsze wskazują na nich, że momentami finał był na wyciągnięcie ręki, a hasła o braku rozwiązania głównej zagadki są żartem. Śledczy, w tym również ja, byli przekonani, że już są bliscy rozwiązania zagadki, a tu klops. Musieli główkować dalej. Poszukiwania z odcinka na odcinek były ciekawsze i w zadziwiający sposób wciągały w serial. Dwugodzinny pilot, powalał atmosferą i fajnie nakreślił fabułę. Następne odsłony przedstawiały bohaterów, coraz to nowe dowody. Było spokojnie z pozoru mało się działo, ale nawet przez myśl mi nie przeszło, że się nudzę. Wszechobecny deszcz, smutek i dobre aktorstwo sprawiało wiele sadomasochistycznej przyjemności. Ostatnie cztery odcinki to solidny kopniak adrenaliny, akcja przyspiesza i znowu się człowiek zastanawia: serio, morderca nie będzie ujawniony?. Polecam. 8/10
poniedziałek, 19 grudnia 2011
Donnie Brasco (1997)
Donnie Brasco (1997) – pod koniec XX wieku ktokolwiek zabierał się za kino gangsterskie musiał brać pod uwagę to co powstało wcześniej. Filmy o tej tematyce rządzą się regułami, których się nie łamie, nie wychodzi za pewien schemat. Widz przyzwyczajony do charyzmatycznych aktorów, grających silne i zdecydowane postacie, do wielopiętrowych intrygi, do drugiego dna w dialogach. Chce oglądać nieskrępowanych niczym mafiozów, zmian wachty na szczycie dowodzenia i tego całego blichtru ludzi żyjących intensywniej od zwykłego śmiertelnika.Tytułowy Donnie (Johnny Depp) to tajny agent FBI, mający za zadanie zebrać materiał dowodowy na nowojorskich przestępców. By wstąpić w szeregi organizacji, dostać się tam w sposób naturalny, ktoś musiał go polecić. Tym kimś był Lefty (Al Pacino), jednen z bardziej zasłużonych w zawodzie, a obecnie opiekun młodego. Początki ich znajomości pełne są udowadniania sobie na wzajem lojalności, tłumaczenia kto i co jest czym. Z biegiem czasu akcja oczywiście się rozwija, relacje się zacieśniają, a ich obserwacja to czysta przyjemność.
Całą uwagę widza przykuwa w filmie jeden fakt, para głównych bohaterów. Dopiero gdy zabierałem się za pisanie notatki zacząłem sobie uzmysławiać, że fabularnie Donnie Brasco nie jest czymś wyjątkowym. Ot zwykłe porachunki, codzienna działalność grupy przestępczej. To Johnny Deep i Al Pacino sprawiają, że zapominamy o otaczającym świecie i podziwiamy profesjonalistów, bez nich ten film w ogóle mógł by nie istnieć. Sposób w jaki panowie prowadzili dialog był fenomenalny. Reżyser fajnie poprowadził sceny, kiedy młodszy z aktorów musiał grać tak by przekonać wszystkich, że nie jest wtyczką, a z czasem walka o dobro śledztwa przestawała być oczywista. 7,5/10
ps: biorę udział w konkursie blog roku 2011. Zainteresowanych zapraszam do klikania w baner :)
Autor:
krotko o filmie
o
20:49
2
komentarze
Wyślij pocztą e-mailWrzuć na blogaUdostępnij w XUdostępnij w usłudze FacebookUdostępnij w serwisie Pinterest
Etykiety:
1997,
Al Pacino,
Johnny Depp,
Kryminał
czwartek, 20 października 2011
Dawno temu w Ameryce (1984)
Once Upon A Time In America (1984) – król westernu, człowiek odpowiedzialny za reżyserię jednego z najbardziej cenionych filmów o dzikim zachodzie: The Good, the Bad and the Ugly, wziął na warsztat nowojorską mafię. Zabiera widza w podróż niesamowitą, świetnie zrealizowaną, która oczarowuje go od pierwszych minut. Jednak film leżał na półce od dawna. Przerażał mnie czas jaki trzeba będzie spędzić przed tv. Raz, że jest to ciężkie wyzwanie natury fizyczno-fizjologicznej, dwa logistycznej. Lubie nie przerywane niczym seanse, filmy zobaczone na „jednym” wdechu, a przy prawie czterech godzinach emisji może być z tym problem.Sergio Leone wyreżyserował i był jednym z scenarzystów filmu, który śmiało może obdzielić fabułą kilka innych. Śledzimy losy Davida (Robert De Niro, miło oglądać tego pana u szczytu sławy) zwanego przez przyjaciół Noodles. Poznajemy go w dość ciekawych, a dla niego niebezpiecznych okolicznościach. Dowiadujemy się, ze jest zdrajcą i można wnosić, że mamy do czynienia z człowiekiem mafii. Noodles skazany jest na ucieczkę z miasta. W obrazie przyglądamy się działalności Davida i jego przyjaciół w trzech okresach jego życia. Jako nastolatka w czasach prohibicji, jako dorosłego mężczyznę jednego z czwórki nowojorskich gangsterów zarabiających na sprzedaży alkoholu, oraz jako sześćdziesięciolatka, który powraca na stare śmieci by rozliczyć się z przeszłością. Reżyser bez ostrzeżeń skacze w czasie, bez jakichkolwiek podpowiedzi dla widza. Ale nie musi tego jednak robić. Charakteryzacja aktorów, otoczenie zmienia się w mgnieniu oka i od razu wiadomo w jakim odcinku życia głównego bohatera jesteśmy.
Film mimo, że trwa prawie cztery godziny, intryguje i zaskakuje przez cały czas. Ostatnie kilkanaście minut siedziałem z nosem przy tv (zmęczenie nie miało tu nic do rzeczy), ostatnie kilkanaście minut to mistrzowski twist, to odwrócenie wszystkiego do góry nogami, to jedno z najgenialniejszych posunięć zastosowanych w kinematografii. Arcydzieło. 10/10
Autor:
krotko o filmie
o
12:11
4
komentarze
Wyślij pocztą e-mailWrzuć na blogaUdostępnij w XUdostępnij w usłudze FacebookUdostępnij w serwisie Pinterest
Etykiety:
1984,
Kryminał,
Robert De Niro,
Sergio Leone
poniedziałek, 17 października 2011
Prawnik z Lincolna (2011)
The Lincoln Lawyer (2011) - pisząc te słowa nie mam pojęcia, jak dystrybutor na nasz piękny kraj nazwie ów film. Pewnie jak to często bywa, ujawni rąbka tajemnicy, zdradzając w jednym słowie fabułę i totalnie odbiegnie od oryginału. Rozszyfrowanie tytułu jest banalne. Lincoln to marka samochodu, którą poruszał się prawnik będący głównym bohaterem opowieści (dywagacje na temat tytułu, podyktowane są pół godzinnym zaćmieniem i wpatrywaniem się w migający kursor. Wstęp zostaje mimo tego, że polski tytuł, jak się okazało, w momencie dostępności internetu, jest ok).No właśnie prawnik więc film pewnie obrał cel na salę sądową. W sumie to tak, tyle, że nie jest to stricte dramat dziejący się na sali rozpraw. Tam reżyser skieruje nas, gdy to jest niezbędne. Większość czasu, jaki przyjdzie nam spędzić z Prawnikiem z Lonkolna, to poznanie jego metod pracy i powolne rozpracowywanie go jako człowieka. Fabuła dotyczy w głównej mierze, sprawy nad którą pracuje nasz bohater, broniący klienta oskarżonego o napad i pobicie prostytutki. Początkowo wszystko wydaje się być jasne i klarowne, z biegiem czasu rozwijają się jednak nowe wątki, a widza siedzi zaczarowany przed ekranem i czeka na rozwój wydarzeń.
Bywają filmy w które trzeba się wgryzać, na polubienie bohatera potrzeba czasu. Tutaj nie ma tego problemu, przynajmniej ja nie miałem. McConaughey stworzył ciekawą kreację, nadaje ludzką twarz środowisku adwokatów. W realny sposób przekonuje widza, że pomimo pogoni za pieniądzem, w jego środowisku zdarzają się ludzie mający sumienie. Na pozór prosta fabuła potrafi przykuć do ekranu i nie odpuszczać do samego końca. Nie ma przestojów, większych luk w fabule, to film dający satysfakcję z oglądania. 7,5/10
Autor:
krotko o filmie
o
18:12
0
komentarze
Wyślij pocztą e-mailWrzuć na blogaUdostępnij w XUdostępnij w usłudze FacebookUdostępnij w serwisie Pinterest
Etykiety:
2011,
Kryminał,
Matthew McConaughey,
Thriller,
William H. Macy
niedziela, 9 października 2011
Blitz (2011)
Blitz (2011) – przy opisie Dirty Harry, wspominałem, że chętnie zobaczę współczesną wersję tego filmu. Moje marzenie szybko się ziściło, Jason Statham czołowy twardziel dzisiejszego kina, wciela się w postać detektywa. Wspólnie z Porterem Nash (Paddy Considine) rozpracowuje serię morderstw policjantów. Porównanie obu filmów, jak i aktorów nie jest przypadkowe. Jasne, że Statham przy Eastwoodzie, jeśli chodzi o aktorstwo i doświadczenie wypada blado, to jednak ich role w Dirty Harry i Blitz są bardzo podobne. Każdy z nich, poprzez swoją charyzmę może wypowiadać mało wyszukane kwestie, a i tak zabrzmią one z powagą i pójdą w pięty odbiorcom. Ich postacie są wręcz identyczne. Z tą różnicą, że dzieli ich 20-30 lat i umiejscowienie akcji. Dlaczego przy promocji filmu, nikt nie wspomina, że jedną z inspiracji do napisania scenariusza była postać komisarza z San Francisco? Dziwne, że producenci nie dokonują takich porównań, które mogły by tylko przysporzyć widzów.
Odbiór każdego filmu jest inny. Jedne dają się lubić od pierwszych minut, inne dopiero po seansie, a jeszcze inne można podzielić na części i obdzielić komplementami tylko niektóre z nich. Dzieło Elliotta Lester, zaciekawiło mnie od pierwszych scen, gdzie skacowany Tom Brant tłumaczy młodzieży, że kradzież samochodu nie jest dobrym sposobem na życie, oraz napomina o kulturalne zachowanie. Do tej specyficznej roli (policjanta działającego często po za prawem, pojącego drinki na śniadanie, bez życia osobistego) Statham nadaje się idealnie. Już sama jego obecność na ekranie i wygląd , dobrze działają na wyobraźnie i postrzeganie postaci którą gra.
Ostatnie scena to swoiste oczko puszczone do widza sugerujące, że film został zrobiony na poważnie z pasją w przyjaznej atmosferze. Po seansie nie miałem wrażenia, że twórcy chcieli mi coś udowodnić, zmusić do oglądania przekombinowanego, przepełnionego mnóstwem intryg filmu. Jest kilka zwrotów akcji, sceny podnoszące ciśnienie, twardy, zdecydowany policjant egzystujący w świecie w którym jeśli nie można czegoś załatwić legalnie sięga po inne środki. Polecam 7,5/10
Autor:
krotko o filmie
o
20:13
6
komentarze
Wyślij pocztą e-mailWrzuć na blogaUdostępnij w XUdostępnij w usłudze FacebookUdostępnij w serwisie Pinterest
Etykiety:
2011,
Jason Statham,
Kryminał,
Thriller
środa, 21 września 2011
Colombiana (2011)
Colombiana (2011) – dostając dwa darmowe bilety do kina, można się tylko cieszyć. Rozczarowanie przychodzi w chwili gdy zaczyna dopasowywać się repertuar, godziny wyświetlania konkretnych filmów do swojego grafika dnia, a na wykorzystanie prezentu jest mało czasu. W takich chwilach, po ciężkich obliczeniach matematycznych, logistycznych wybór padł na: Colombiana i The Hangover Part II. Główną bohaterkę, Cataleya, poznajemy jako małą dziewczynkę, będącą świadkiem morderstwa swoich rodziców. Niewinna, przestraszona dziewięciolatka, patrząc oprawcy w oczy, który przed chwilką przyczynił się do tego, że została sierotą, wbija mu nóż w dłoń i ucieka. Zabiera ze sobą cenne informacje, pomocne w dostaniu przepustki do innego życia. Akcja przenosi się do Stanów. Tam Cataleya, nie chcąc wpaść w wir rządowej opieki nad dziećmi, kolejny raz ucieka i odnajduje wujka. Dostaje dach nad głową i wychowanie zgodne z rodzinnymi tradycjami. Po latach nauki, w CV w rubryce zawód, może spokojnie wpisać płatny morderca. W wolnych chwilach, zajmuje się likwidowaniem ludzi powiązanych z sprawcą traumy jej życia, który jak się szybko okaże, jest na usługach CIA.
Twórcy nie bawią się z widzem w kotka i myszkę. Dają od początku do zrozumienia co chcą sprzedać. Za to dostają punkcik. Drugi przyznaję za obsadzenie w głównej roli kobiety. Miło popatrzeć jak piękna niewiasta, rozprawia się tak efektownie z bandziorami. Tyle, że tutaj pojawia się pierwszy problem. Kobieta, a na początku dziecko, dokonują rzeczy trudnych z punktu widzenia psychologicznego jak i fizycznego. Zgodzę się z faktem, że płeć piękna potrafi, ponoć jest, bardziej odporniejsza psychicznie od tej brzydkiej. Jednak czyny popełniane przez Kolumbijkę nie idą w parze z jej wyglądem. Ponieważ czy to jako dziewczynka czy jako kobieta, wygląda całkiem zwyczajnie wręcz niewinnie. Szczegół, ale mnie zraził. Fabuła, straszliwie naiwna. Z jednej strony widz jest przekonywany o wielkim profesjonalizmie bohaterki, by co chwila doświadczał lekkomyślnych rozwiązań z jej strony. Akcja, którą taki obraz powinien epatować, nie klei się za cholerę. Nie wiem, może winę ponosi obsada w większości wyglądająca jak gwiazdy porno z końca lat osiemdziesiątych. Może dlatego, że ktoś wymyślił motyw zemsty, nie martwiąc się zbytnio jak połączyć poszczególne sceny ze sobą. Ostatni punk przyznaję za to, że komuś się w ogólne chciało zrealizować obraz do końca.3/10
Autor:
krotko o filmie
o
20:38
2
komentarze
Wyślij pocztą e-mailWrzuć na blogaUdostępnij w XUdostępnij w usłudze FacebookUdostępnij w serwisie Pinterest
Etykiety:
2011,
Akcja,
Kryminał,
Zoe Saldana
czwartek, 18 sierpnia 2011
Zakazane Imperium (2010-?, sezon 1)
Boardwalk Empire (2010-?, sezon 1) – Fabuła serialu opowiada o wprowadzeniu prohibicji w 1920 roku w Ameryce. Akcja Rozgrywa się na kilku frontach, ale głównym miejscem zainteresowania producentów/importerów napojów procentowych, jest miasto Atlantic City i jego skarbnik Enoch Thompson (Steve Buscemi). Thompson zajmuje się pieniędzmi miasta w sposób dosłowny, ponieważ prócz oficjalnych obowiązków, para się także życiem mafioza, któremu bezwzględnie trzeba płacić haracz. Po wprowadzeniu zakazu handlu alkoholem, wkracza w nowy intratny biznes, sprowadzając zakazane trunki z poza granic Stanów Zjednoczonych. Produkcja HBO nie jest dla wszystkich. Pierwsze kilka odcinków może tych mało wytrwałych lekko zniechęcić. Twórcy powoli włączają widza w historię, delikatnie przedstawiają o czym będzie mowa i trzeba wykazać pewną cierpliwość, ale zapewniam, warto! Dzieło renomowanej kablówki jest dobrze napisane, scenariusz to majstersztyk, świetne dialogi i ciekawe intrygi. Jest tak napisany, że widz nie mający pojęcia o latach dwudziestych XX wieku, może spokojnie śledzić losy bohaterów. Poznajemy kilka ciekawych faktów historii, początki działań Al Capone. Losy bohaterów, ich życie osobiste są rozbudowane, sporo czasu poświęca się na każdego z nich. Z resztą w Zakazanym Imperium niczego nie traktuje się po łebkach. Począwszy od męskich krawatów, poprzez plenery, szczegółowe wystroje wnętrz (powalające swym przepychem), a skończywszy skonstruowaniu scenariusza w taki sposób by trzymał w napięciu przez cały czas trwania odcinka. Serial HBO to dzieło kompletne w którym można się zatracić. Otaczający nas klimat, świat sprzed prawie stu lat, zachowania ludzi, polityczne zależności są genialne przedstawione.
Na wielkie wyróżnienie zasługuje obsada aktorska na czele z Steve Buscemi oraz Michael Pitt. Panowie nie grają, oni na tę chwile zwyczajnie są postaciami z serialu, a my czujemy się jakbyśmy podglądali sąsiadów z naprzeciwka. Polecam 8,5/10
Autor:
krotko o filmie
o
10:57
3
komentarze
Wyślij pocztą e-mailWrzuć na blogaUdostępnij w XUdostępnij w usłudze FacebookUdostępnij w serwisie Pinterest
Etykiety:
Dramat,
HBO,
Kryminał,
Steve Buscemi
Subskrybuj:
Posty (Atom)
