Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alfred Hitchcock. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alfred Hitchcock. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 20 grudnia 2012

Nieznajomi z pociągu (1951)

Strangers on a Train (1951) – w idealnym wszechświecie, po takim zawodzie jaki czułem po tym filmie, powinienem zobaczyć go drugi, trzeci raz, przemyśleć co autor miał na myśli, przetrawić swoje odczucia. Może wtedy piał bym z zachwytu nad dziełem mistrza. Tak, żyjąc w brutalnej rzeczywistości, gdzie doba ma tylko 24h, nie jest się Lotto milionerem, jeden seans musi wystarczyć by ocenić.
Nieznajomych z pociągu (tylko ja myślałem, że akcja rozgrywać się będzie w... pociągu?) zaliczyć można do grona filmów które da się cenić za ich wkład w kinematografie, za wartość socjologiczną czy kulturową. Jednak jest szansa by dzieło z 1951 roku zamknąć w worku z działami, gdzie odtwórcy głównych ról, co więcej och postacie psują całość. Od pierwszych minut raził mnie Robert Walker jako aktor, a jeszcze bardziej irytowała mnie postać którą grał. Bowiem Bruno to rozpieszczony, oślizgły, nikczemny człowiek oderwany od rzeczywistości. Aktor zwyczajnie nie pasował do roli jaką wyznaczał mu scenariusz, nie potrafiłem obsadzić go w tej misji i koniec. Drugi z głównych bohaterów, Farley Granger jako Guy Haines denerwował mnie grą, nieudolnością swojego bohatera, ogólnym zagubieniem i bezradnością. Stronę aktorską ratują dwie kobiety. Jedną z nich jest córka Hitchckoca Patricia, realizująca powierzone zadanie z nawiązką. Drugą ratowniczką obrazu jest Ruth Roman, jako narzeczona Guy'a, jedna z nielicznych domyślająca się o co chodzi, kto może stać za sprawą morderstwa, dociekliwa, ponętna, seksowna. Takie kobiety, takie role pragnę oglądać. A, że historia intrygująca, mówiąca wiele o człowieku, jego wielowymiarowości, to już inna bajka. 6/10

poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Ptaki (1963)


The Birds (1963) –  nareszcie mam za sobą najbardziej rozpoznawalny film mistrza i z całą pewnością jeden z najbardziej popularnych dzieł w historii kina w ogóle. Choć satysfakcja po seansie jest ogromna, wypowiedzenie na głos, że widziałem Ptaki Hitchcocka, brzmi trywialnie i mało ambitnie. Powodem tego jest spłycania fabuły, przesłania jakie niesie film przez rzesze widzów które kiedyś tam miały okazję odwiedzić nadmorskie miasteczko Bodega Bay. Powszechna opinia głosi, że akcja kręci się wokół ptaków, ich samobójczo-wściekłych ataków na ludzi i tyle, a prawda jest sporo obszerniejsza.
Pierwsze kilkadziesiąt minut, choć przygotowują widza na to co się musi wydarzyć, nie emanują terroryzmem z strony ptactwa. W miarę spokojnie wprowadzają w opowieść, przedstawiają szybko rozwijający się romans, zaborczą matkę oraz cechy małej społeczności. Hitchcock bez skrępowania ujawnia ludzkie bolączki, pragnienia, zwyczajna codzienność. Ten przydługi początek (nie mający niczego wspólnego z nudą) w niesamowity sposób sieje ziarno niepokoju w naszych sercach, żołądku czy gdzie kto tam ma swój ośrodek lęku.
Prawdziwa akcja gości na ekranie około pięćdziesiątej minuty seansu. Podczas imprezy dla dzieci mewy i inne okoliczne stworzenia latające nie wiadomo dlaczego atakuje. Następnie co jest o wiele bardzie wstrząsające, gdy się o tym na serio pomyśli, jest wtargnięcie skrzydlatych do domu głównego bohatera przez komin. Jednak scena która naprawdę zapada w pamięć i burzy świadomość swoja prostotą to ta na palcu zabaw przed szkołą, gdzie bohaterka czeka na koniec lekcji. Siedzi na ławce, pali papierosa, a za jej plecami zbierają się wrony, jedna, dwie, pięć by w kilka chwil na jednej z budowli z której na co dzień zwisają dzieciaki, pojawiło się kilkadziesiąt sztuk czarnej furii gotowej do ataku. Film obowiązkowy, ukazujący jak tworzy się atmosferę, jak z sceny w której nic się nie dzieje, gdzie największym hałasem jest silnik samochodu, można przyprawić kinomana o ból żołądka. 10/10

ps: jeśli ktoś cierpi na ornitofobię i myśli, że film pomoże w zwalczeniu tego niewygodnego schorzenia to radze odpuścić seans. Moja własna żona podjęła się tego wyzwania i teraz jakby nie chce wychodzić z domu :)

poniedziałek, 27 lutego 2012

Kłopoty z Harrym (1955)

The Trouble with Harry (1955) – spokojne amerykańskie miasteczko, jesień w pełni, życie toczy się swoim niespiesznym rytmem. Spokoju mieszkańców nie zakłóca nawet pojawienie się Harry'ego w roli trupa. Denata znajduje chłopczyk, czym prędzej przyprowadza na miejsce prawdopodobnej zbrodni swoją matkę. Ta wiedząc kim jest stygnący dżentelmen, przekonuje syna, że zastała ich sytuacja nie jest niczym nadzwyczajnym. Losy umrzyka, powód jego przejścia na drugą stronę są głównym motywem obrazu. Bohaterowie jakkolwiek zaangażowani w ten niecny czyn będą musieli pozbyć się ciała, oraz ukryć ten fakt przed wścibskim przedstawicielem władzy.
Hitchcock zaskakuje od pierwszej sceny, witając widza bogatą paletą barw. Kolorowy pejzaż nie przypomina odcieni które zazwyczaj pokazuje twórca. Tutaj reżyser pławi się w jesiennej atmosferze wywracając swój pomysł na film do góry nogami. Co z tego, że trup pojawia się bardzo szybko, skoro obraz to odskocznia od dotychczasowego repertuaru. Mistrz pokazuje swoje drugie ja, demonstruje jak za pomocą prostych środków, nie skomplikowanej, a przy tym inteligentnej fabuły zrobić dobrze publiczności.
Obraz to świetna komedia, szczęśliwie odbiegająca od dzisiejszych standardów. To satyra (nie chce pisać, że dla znawców) dla widza lubiącego klasyczne kino. To kilkadziesiąt minut wpatrywania się w ekran i podziwiania dzieła. Reżyser sięgnął po intrygującą powieść Jacka Trevora Story'ego, wyśmienicie przełożył ją na język kina, zatrudnił aktorów potrafiących wczuć się w klimat. Oglądanie rodzącego się związku Jennifer Rogers (Shirley MacLaine) i artysty z filozoficznym podejściem do życia, Sama Marlowe (John Forsythe, w porównaniu z Dynasty był hiperaktywny, wiem, że obie produkcje to przepaść czasowa, ale tutaj nie chodzi tylko wiek) to dowód na to, że miłość od pierwszego wejrzenia musi istnieć. Odtwórca roli kapitana statku, Edmund Gwenn, także pociągnął swoją rolę w interesujący sposób, szarmancki, zdecydowany, konkretny mężczyzna, który nie jeden „próg domu” przekraczał. Przednia zabawa! 8/10

poniedziałek, 9 stycznia 2012

Psychoza (1960)

Psycho (1960) – muzyczny motyw otwierający film brzmi niepokojąco, aczkolwiek ma w sobie zapętloną spokojniejszą melodię dającą chwilowy oddech. Tak ogląda się całość, tak odbiera się wizję reżysera. Hitchcock od pierwszych minutach bawi się widzem. Początkowe sceny, nie licząc napisów (w latach sześćdziesiątych normą była ich projekcja na starcie) zwiastują fabułę opierająca się na relacji damsko-męskiej, na pokonywaniu przeciwności jakimi życie obdarza kochanków. Dalej reżyser pozwala sobie nawet na żart. Gdy w scenie gdzie bohaterka mająca spory wpływ na fabułę była podrywana przez biznesmena. Jej koleżanka, przypominająca wyglądem Kopciuszka co to księżniczką nie ma prawa zostać, stwierdziła, że obrączka była pewnie powodem darowania sobie przez starszego pana zalotów w jej kierunku. W wykonaniu mistrza takie puszczanie oczka wypada znakomicie.
Wracając do treści. Wspomniana kobieta, osoba skupiająca na sobie wzrok mężczyzn, pragnie zakończyć kłopotliwe spotkania w wynajętym pokoju z oblubieńcem, chce być z nim na stałe. Na przeszkodzie stają pieniądze. Te wpadają do torebki z zaskoczenia. Piękna Marion Crane zamiast zawieźć utarg z transakcji, jak przykazał szef, do banku decyduje się na kradzież. Ucieka z rodzinnego miasta, po drodze do ukochanego zatrzymuje się w motelu. W miejscu gdzie akcja i napięcie zaczynają się na dobre. Właścicielem zajazdu jest Norman Bates (od dziś Anthony Perkins, to mój idol, nie trzeba się przebierać, straszyć na siłę – wystarczy talent, by odczuwać niepokój na długo po projekcji), mężczyzna będący pod władaniem matki. Fakt ten czy to na kartach scenariusza czy w życiu codziennym nie wróży niczego dobrego.
Jeden z najsławniejszych filmów reżysera przepełniony jest symbolicznymi i kultowymi scenami. Stał się wyznacznikiem dla dobrego thrillera, ukazania postaci w ich dwojakiej naturze. Tutaj nic nie jest takie jak się wydaje w pierwszej chwili. Zakładając nawet, że autor wiedział, iż wnikliwy kinoman tak pomyśli. Igranie z losem bohaterów i widzem jednocześnie wyszło twórcy bezbłędnie. Podczas seansu (czego zwyczajnie nie stosuje i nie lubię) przeprowadzałem zażarte dyskusje z żoną. Po co, dlaczego, jak to? Wymiana spostrzeżeń pozwalała lepiej zrozumieć oglądany pierwszy raz film. Aczkolwiek nawet łącząc siły z kobietą, która przed zaśnięciem jest wręcz zmuszona (jak sam wspomina, na spokojny sen) do przewertowania kilku stron książki z dobrym kryminałem, nie odgadliśmy wszystkich intencji artysty urodzonego w XIX wieku! Polecam bardzo gorąco. 10/10

piątek, 9 grudnia 2011

Pólnoc - pólnocny zachód (1959)

North by Northwest (1959) – film oglądałem tego samego dnia co Dial M for Murder. Teraz myślę, że mógł to być błąd, tak krótka przerwa sprawiła, że oglądając dzieło z końca lat pięćdziesiątych cały czas miałem w myślach te z pierwszej połowy tamtego dziesięciolecia. Przez co oczekiwałem podobnego rodzaju napięcia, łamigłówki. Dzieło opisywane dziś, ma inny charakter, konstrukcje i nie należy się po nim spodziewać takich fajerwerków. Opowiada o agencie reklamowym, który z nienacka jest porywany i wmawia mu się, ze jest agentem. Główny bohater przez większość seansu będzie musiał zmagać się sprawą wyjaśnienia nieporozumienia, oraz walczyć z uczuciami do kobiety z niejasną przeszłością.
Seans trwający ponad dwie godziny, nie wywoływał już takich szpilek wbijanych w organ przeznaczony do siedzenia, ale za to oferował inny typ doznań. Fabuła nie zamyka się w czterech ścianach, w akcji uczestniczy więcej postaci niż poprzednio i okazuje się, że szpiegostwo, utrata tożsamości w dzisiejszym kinie to tylko blada kalka tego co już było. Hitchcok daje trochę odetchnąć widzowi, nie zmusza do nieustannego śledzenia każdego gestu bohaterów, każdego wypowiedzianego zdania, a i tak udaje mu się zaprezentować niegłupi film akcji. Z wartką akcją, intrygą mającą w zanadrzu kilka twistów i odrobiną humoru. Zabiera tegoż widza w interesującą podróż, ukazując stosunki damsko-męskie z połowy XX wieku, gdzie symbol pociągu wjeżdżającego do tunelu wystarczył za pokazanie zażyłości między osobami przeciwnej płci. To obraz, który przewrotnie możemy odbierać jako dzieło romantyczne, a aferę z CIA jako mocne i ciekawe tło. Może gdybym oba filmy oglądał w innej kolejności, w dłuższym odstępstwie czasu nota była by ociupinkę wyższa, a tak... 8.5/10

środa, 7 grudnia 2011

M jak morderstwo (1954)

Dial M for Murder (1954) – główny bohater odkrywa romans żony (w tej roli wspaniała Grace Kelly), a że jesteśmy w świecie Hitchcoka, nie zostawia jej, ba nie próbuje nawet o tym porozmawiać z małżonką, tylko zwyczajnie planuje morderstwo. Czyn tak skrupulatnie obmyślany, ze wręcz idealny. Tony (Ray Milland), zadbał praktycznie o każdy aspekt tegoż zdarzenia, tak się mu poświecił, że nie wziął jednak pod uwagę czynnika ludzkiego, elementu zaskoczenia, które to sprowadzą na niego nowe wyzwania.
Notatka prezentowana niejako z musu, bo jak nazwać zachłyśnięcie się geniuszem reżysera i prawie bezkrytyczne przyklaśnięcie po napisach końcowych? Film jest dowodem na to, iż rozwiązywanie wielopoziomowej zagadki, dochodzenie prawdy jest w kinie czymś porywającym, pierwotnie pięknym i prezentowanym przez uzdolnionych twórców zawsze będzie lepsze od wielkiej rozpierduchy w dzisiejszym repertuarze. Reżyser stworzył ten obraz w technikolorze i zastosował trzeci wymiar, jednak nie ma to nic wspólnego z komercją papką rodem z XXI wieku. Tutaj liczy się aktor, fabuła i ekstremalnie dobrze konstruowanie napięcie u widza. Ważny jest każdy szczegół jaki obserwujemy na ekranie, a i tak ten szczególny w M jak morderstwo pewnie umknie naszej uwadze i dowiemy się o nim w ostatniej scenie. Choćbym nie wiem jak się starał, nie wymyśle niczego oryginalnego o tym obrazie, bo to co napisałem można przeczytać w każdej z napisanych recenzji wcześniej. Od siebie mogę tylko dodać, ze jestem niezmiernie dumny, ze sięgnąłem (co prawda dopiero drugi raz) po dzieło mistrza suspensu i mogę obiecać, że jeszcze kilka dzieł będzie tutaj opisanych. Genialne kino, gdzie drinki i dym papierosowy to idealne tło pasujące do prezentowanej historii. 9/10

środa, 5 stycznia 2011

Złodziej w hotelu (1955), Edward Nożycoręki (1990).

Witam serdecznie w nowym roku. W 2011 założenie powstania bloga pozostaje bez zmian, czyli: krótko o filmie! Zapraszam.

To Catch a Thief (1955) – film nakręcony 10 lat po wojnie, w kraju początki komunizmu, zamordyzm i wszechobecna szarość!, a południe Francji kwitnie. Riwiera opanowana przez bogaczy, plaża, drinki, dobra zabawa istny raj na ziemi. Porównanie sytuacji obu krajów pojawiło się znikąd, wynikło z świadomości czasów w jakich powstał obraz i dobija mnie za każdym razem jak wspomnę Złapać Złodzieja.
Żeby nie zepsuć sobie seansu, szybko musiałem wyzbyć się negatywnych emocji i delektować dziełem Alfreda Hitchcocka. Tym razem snuje historie o ex złodzieju biżuterii, który słynie z fachowej roboty, nie zostawia śladów swojej zbrodni, a jego zwinność porównywana jest do kociej. Po kilku kradzieżach w okolicy, główny bohater staje się celem lokalnej policji. Gdy ta chce go przesłuchać na okoliczność, ten w zwinny i zabawny sposób jej umyka. Podczas ucieczki wsiada do miejskiego autobusu i traf chciał, że siada obok reżysera, te zabiegi w filmach Hitchcocka nie mogą się znudzić.
W głównej roli występuje Cary Grant w duecie z Grace Kelly, wielka to przyjemność oglądać takie partnerstwo na ekranie.
Brakuje w dzisiejszym kinie amantów, tajemniczych kobiet i interesujących interakcji między nimi. Polecam 7,5/10

Edward Scissorhands (1990) – tytułowy Edward (Johny Deep), to twór szalonego naukowca, kogoś kto potrzebuje towarzystwa, bliskiej osoby. Udaje mu się skonstruować „działającego” człowieka, kocha go jak syna, jest dumny z niego i stara się go uczyć jak sobie radzić z życiem w społeczeństwie. Przybrany ojciec nie zdążył, przed swoją śmiercią zaopatrzyć Edwarda w dłonie i tutaj pojawiają się tytułowe „nożycoręce” stworzone już przez głównego zainteresowanego. Brzmi mrocznie prawda?
Cała tajemniczość przemija gdy główny bohater trafia do mam nadzieje, przejaskrawionej rzeczywistości małej amerykańskiej mieściny. Przygarnęła go konsultantka Avonu (mnie ten fakt także zaskoczył), wzięła pod swoje skrzydła i starała pokochać.
Film można traktować jak wiele innych o odmieńcach, o ludziach z problemami adaptacji do życia w grupie tyle, że ten obraz powstał spod ręki Burtona co zapowiada przyzwoity film. Można było stworzyć scenariusz na podstawie życia codziennego w którym aż roi się od takich „dziwadeł”, od konsumpcyjnego społeczeństwa, sąsiadów knujących za plecami czy dewotów religijnych. Jednak reżyser poszedł o krok dalej, demonstruje nasz sztucznego człowieka z nożycorękoma co z samego założenia jest interesujące. Przemycił kilka cech małych społeczności, daje ciekawego głównego bohatera, a to tylko po to by pokazać prawdziwą, niespełnioną miłość... 7,5/10

niedziela, 31 października 2010

K-PAX (2001), Okno na podwórze (1954).

K-PAX (2001) – nie potrafiłem się zabrać za ten film, leżał tak i leżał a ja miałem ciekawsze rzeczy do roboty. Filmy dobieram z wyprzedzeniem, oglądam listę tego co mam, wybieram gatunek który akurat mi pasuje i bam, siedzę przed TV. K-PAX, nie był mi po drodze, ciężko było mi się na niego zdecydować, aż kiedyś coś mnie tknęło, zobaczyłem i byłem pod wielkim wrażeniem.
Wspomniany K-PAX to planeta oddalona od ziemi o lata świetlne (czyli bardzo daleko) a główny bohater, Prot jest jej mieszkańcem. Przybywa na ziemie, obserwuje, spisuje raport by w końcu wpaść w ręce policji, która szybko dochodzi do wniosku, że należy go oddać pod obserwację psychiatryczną. Prot, w tej roli wspaniały, olśniewający Kevin Spacey, trafia pod skrzydła dyrektora Instytutu Psychiatrycznego na Manhattanie. Mark Powell (Jeff Bridges) bada przybysza, stara się postawić diagnozę ale sprawa się coraz bardziej się komplikuje.
Film można podzielić na dwie części: pierwsza to przybycie Prota, jego opowiadania o K-Pax które są bardzo autentyczne jest w nich odrobina magii, chcemy wierzyć, że mamy do czynienia z kimś obcym a nie z człowiekiem chorym psychicznie. Druga część, już bardziej poważna, zaciera się tajemniczy klimat, obserwujemy stosunki doktor-pacjent.
Polecam, film wyjątkowy. 9/10

Rear Window (1954) – kolejny raz muszę napisać, że nie znałem twórczości wielkiego reżysera, tym razem trafiło na Hitchcocka. Widziałem „Ptaki”, ale to było dawno pamiętam tylko stada atakujących ptaków.
„W Oknie na podwórze” śledzimy historię fotografa, który podczas rekonwalescencji złamanej nogi, zmuszony jest do przesiadywania w domu. Jego głównym zajęciem staje się obserwowanie sąsiadów, sprawę ułatwia wysoka temperatura, wszyscy mają odsłonięte okna oraz specyficzna zabudowa osiedla pozwalająca bez trudu zobaczyć intymne szczegóły z życia innych.
Dzieło Hitchcocka to film zagadka, prowadzony bardzo spokojnie, akcja toczy się powoli ale napięcie narasta z każdą minutą. Sprawa staje się momentami oczywista by za chwilę reżyser zrobił z głównego bohatera człowieka o zbyt bujnej wyobraźni a widz nabiera coraz większych wątpliwości. Polecam, bardzo ciekawy seans. 9/10