Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dramat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dramat. Pokaż wszystkie posty

sobota, 15 listopada 2014

Wstyd (2011)

Shame (2011) – ten film pobił rekord w dziedzinie: jestem w poczekalni, możesz mnie zobaczyć kiedy tylko chcesz. I choć był dostępny na wyciągnięcie ręki, musiał czekać trzy lata na swoją kolej. Wiedziałem czego mogę się po nim spodziewać więc ciężko było się zdecydować na seans penetrujący dramat uzależnienia, trudno znaleźć dzień odpowiedni na taki temat... Aż pewnego, pięknego niedzielnego ranka podjąłem, niczym główny bohater filmu, stanowczą decyzje i oto jestem zaznajomiony z obrazem. Po tych kilkudziesięciu minutach seansu można śmiało stwierdzić, że Michael Fassbender (wspaniała, namacalna gra aktorska) obnażył się widzowi w sposób kompletny. Już w jednej z pierwszych scen śmiało przechadza się po swoim mieszkaniu nie zawracając sobie głowy ubraniem, czy bielizną. Nagości jest tu faktycznie sporo i często widujemy ją na pierwszym planie. Ale jest ona tylko konsekwencją czynów głównego bohatera, który tylko na kilka chwil potrafi wykrzesać z siebie człowieka mieszczącego się w ramach normalności. Przez większą część czasu Brandon zmaga się z samym sobą z uzależnieniem niepozwalającym dzielić życia z kimś bliskim. Miota się od jednego zaspokajanie potrzeb do następnego. Niestety nic konstruktywnego z tego nie wynika, a tylko utwierdza widza w przekonaniu jak ciężką batalie toczy Brandon. 
Film nie jest przyjemnym doznaniem, nie daje żadnych wskazówek, jakichkolwiek rozwiązań. Obserwujemy urywek z życia nieszczęśliwego człowieka i tyle. Domyślać się tylko możemy jakiej traumy musiał doświadczyć, by stać się tym kim jest dziś. I choć ciężar tego filmu zostaje jeszcze chwilę po napisach końcowych, warto go znać. 7/10

poniedziałek, 21 lipca 2014

Kapitan Phillips (2013)

Captain Phillips (2013) – kontenerowiec Maersk Alabama, pod dowództwem Richarda Phillipsa w kwietniu 2009 roku wyrusza w kolejny rejs. Trasa Dżibuti, Mombassa oficjalnie uważana jest za niebezpieczną, a władze Amerykańskie sugerują, że jednostki pływające powinny trzymać się ponad tysiąc kilometrów od wybrzeży Somalii. Kapitan nie tyle lekceważy te zalecenia, co świadom, iż większa odległość od lądu nie musi oznaczać bezpieczeństwa dla załogi płynie niecałe pięćset kilometrów od „Rogu Afryki”. Jak wspomina kapitan na łamach NaTemat, spotkanie z piratami jest w tych rejonach niestety normą i trzeba być na nie gotowym. Tak też się stało. Na pokład Alabamy wtargnęło czterech porywaczy z jasnym ja słońce motywem - porwanie statku dla okupu. Sytuacja potoczyła się nie do końca po ich myśli, ale porywając Phillipsa zyskali mocną kartę przetargową. 
Tyle wiadomości historycznych, tera kilka słów o filmie fabularnym, który mógł być wspaniałym, klimatycznym, a przede wszystkim kameralnym thillerem. Niestety słowo kameralny przestaje być adekwatne do wydarzeń kiedy w całą sytuacje zaprzęgnięto wojsko, Navy SEALs i amerykański militarny przepych i arogancję. Pierwsza godzina ani przez moment nie zwiastuje niczym nie skrępowanego pokazywania muskułów. Otwarcie, to szybkie wprowadzenie w sytuacje i wrzucenie widza w wir wydarzeń. Emocjonująca jest każda minuta, wydarzenia tak zostały rozpisane, że im dalej tym żołądek bardziej ściska. I kiedy do akcji wchodzi wojsko czar pryska i kolejne kilkadziesiąt minut to standardy kina z wojskiem w roli głównej, gdzie dowodzenie i władza nad sytuacją są elementem gry przesiąkniętej testosteronem. Jednak reżyser, pewnie bez licencji sternika, wykonał sprytny manewr i zakończył historie tak samo jak ją zaczął. Ukazuje bowiem kapitana (Tom Hanks świetna rola), dzielnie trzymającego się przez cały film jako człowieka, któremu po wszystkim puszczają nerwy, który ma prawo się załamać i zrzucić z siebie poczucie obowiązku i być już tylko ojcem i mężem. I tym sposobem moje negatywne uwagi pryskają tak szybko jak słoneczne dni w naszym kraju i staję się wielkim pochlebcom dla tegoż obrazu. 8/10

wtorek, 17 czerwca 2014

Szpieg (2011)


Tinker Tailor Soldier Spy (2011) – jakkolwiek pompatyczni by to nie zabrzmiało, są takie chwile w życiu, kiedy człowiek potrzebuje odpoczynku od współczesnych produkcji kinowych. Nastaje taki dzień gdzie nie ma miejsca dla wszędobylskich efektów, dynamicznego montażu, efekciarstwa i akcji rozkręconej na maksimum przez cały seans. I kiedy naprawdę chcemy chwilę odetchnąć z whisky w jednej (jako, że oglądanie przypadło na ranek, więc kawa), a z cygarem w drugiej dłoni (muffinki własnego wypieku), Szpieg jest idealnym wyborem. Data produkcji nie ma tutaj żadnego znaczenia, bo gdyby nie aktorzy śmiało można by przypuszczać, że film pochodzi z czasów o których opowiada. 
Gary Oldman jako emerytowany agent Jej Królewskiej Mości będzie musiał zmierzyć się z niewdzięcznym zadaniem. W szeregach Cyrku (ślicznie przewrotny eufemizm MI6) prawdopodobnie znajduje się agent największego wroga zachodniej cywilizacji. Jego zdemaskowanie będzie wiązało się z śledztwem na wielu płaszczyznach, o niektórych sam widz dowie się dopiero po seansie. Ewentualnie w trakcie trwania, jeśli zna powieść na podstawie której powstał obraz (Druciarz, krawiec, żołnierz, szpieg z 1974 roku, autorstwa Johna le Carré) bądź jest obdarzony niebywałą percepcją podczas oglądania. Powód jest prosty i oczywisty. Mierząc się z specyficznym środowiskiem, gdzie przekazywanie informacji nie polega tylko i wyłącznie na komunikacji werbalnej, trzeba uczestniczyć w każdej minucie filmu na sto procent. Dzieło, aż pęka w szwach od domysłów, niedopowiedzeń i całego szeregu gier słownych. Same gesty i mimika twarzy bohaterów często mają ogromne znaczenia dla samej fabuły. A ta prezentowana jest przez plejadę gwiazd grających tak zawodowo, że trudno w tej konkretnej chwili przypomnieć się ich poprzednie kreacje. Gorąco polecam! 8/10

wtorek, 22 kwietnia 2014

Siostra Jackie (2009-?, sezon 3)


Nurse Jackie (2009-?, sezon 3) – kiedy ja kończyłem oglądać trzeci sezon serialu, stacja Showtime zaczęła emisję szóstej odsłony szpitalnych perypetii Siostry Jackie. Wnioski nasuwają się same: jestem daleko w tyle z poznawaniem serialowych opowieści, dzieło kablówki jest kontynuowane, więc ma oglądalność, a to często świadczy o jakości serialu. Nie wiem jak wyglądają dalsze losy bohaterów z szpitala Wszystkich Świętych, ale z całą odpowiedzialnością mogę napisać, że trzeci sezon nie jest gorszy od poprzednich i podobnie jak one dostarcza skrajnie różnych emocji podczas oglądania.
Pierwsze epizody mają podobny schemat jak te z sezonów 1 i 2. Dopiero w drugiej części scenarzyści skupiają się praktycznie tylko na Jackie. Pętla wokół jej szyi zacieśnia się z odcinka na odcinek. I kiedy widz oczekuje rozwiązania, pociągnięcia za odpowiednie sznurki przez scenarzystów, oni dają głównej bohaterce nową „broń” by odeprzeć atak. To co wydarzyło się w ostatnich minutach serii wygląda na siłowe rozwiązanie sytuacji, jednak niezbędne by dalej śledzić losy ulubionej pielęgniarki. Ciekaw jestem co będzie dalej, a to chyba najlepsza rekomendacja by sięgnąć po następną część. Zapraszam serdecznie, tylko tutaj w serialu około medycznym zobaczycie gargulce powodujące nieszczęśliwy zbieg wydarzeń, rozwodzące się matki (a przez to totalne przygnębienie doktora Coopera) i izbę przyjęć, która nie  potrzebuje pierwszego planu by być zapamiętaną. 7/10

niedziela, 6 kwietnia 2014

Breakout Kings (2011-2012, sezon 2)


Breakout Kings (2011-2012, sezon 2) – w oglądaniu seriali trzeba być wybrednym, należy dwa razy się zastanowić czy rozpoczynania przygody z nowymi bohaterami nam się opłaci? Czy to za co się bierzemy będzie mieć szansę na przetrwania i sensowną kontynuacje. I co ja robię, znając te podstawowe zasady fana seriali? Rzucam na warsztat drugi sezon Breakout Kings wiedząc o tym, iż dzieło stacji A&E nie dostało zielonego światła na trzeci sezon i słusznie przeczuwając, ze ten drugi zakończy się konkretnym cliffhangerem. Ale czy moje działanie naprawdę jest aż tak nielogiczne?
Sam pytam, sam sobie odpowiadam, nie. Gdyby tak było rzuciłbym w cholerę ten serial po pierwszym odcinku. Jednak drugi sezon zaczyna się na tyle intrygująco, że ma się ochotę na więcej i tak jest mniej więcej po każdym z epizodów. Ostatnie dziesięć odcinków (tyle ma drugi sezon) to naturalna kontynuacja historii. Skazańcy nadal otrzymują nagrodę za pomoc w rozwiązywaniu sprawy, ich stosunki w dalszym ciągu mają swój specyficzny klimat. Natomiast rodząca się w bólach przyjaźń między więźniami, a przedstawicielem prawa zostanie wystawiona na próbę pod koniec serii. 
Siłą tego serialu jest jego prostolinijność i brak nadmiernej ingerencji technologii jak w produkcjach telewizyjnych z serii CSI. Tutaj rozwiązanie sprawy wymaga dobrego nosa, sprytu, umiejętności działania w terenie, po prostu standardowej pracy policji. Jeśli do tego dodamy ciekawy, a nie męczący wzroku montaż i wartką akcję otrzymamy kilkadziesiąt minut dobrej rozrywki, która nie wymaga od nas zaangażowania. I tym optymistycznym akcentem kończę notkę o serialu, który w ogóle mógł by nie powstać. 6,5/10

wtorek, 18 marca 2014

Drugie oblicze (2012)

The Place Beyond the Pines (2012) -  trzy wątki w jednym filmie, trzy historie, które nie są przeplatane dla sztucznego podtrzymania widza przy ekranie. Następują jedna po drugiej i w tym przypadku jest to zabieg jak najbardziej właściwy. Tak prowadzona opowieść ma interesujący element zaskoczenia, zmuszający widza do zmiany perspektywy, a co za tym idzie gotowości dla postępu fabuły. Bo ta w ekspresowym tempie przechodzi do następnego rozdziału (nie tyle sama akcja jest żwawa, co konkretne wydarzenia szybko zmieniają punkt odniesienia widza).
Miejsce za sosnami (do znudzenia będę przytaczał dokładne tłumaczenia tytułów, bo to one oddają w pełni zamysł autora. To oryginalne nazwy zawierają kwintesencje dzieła. W tym przypadku, ów miejsce jest zalążkiem przemian, i nie maja wiele wspólnego z drugim obliczem, ponieważ ta inna strona to za mało by wyrazić pełnię zjawiska jakie się dokonuje) jako opowieść o dwóch pokoleniach nie jest łatwym w odbiorze filmem. Tutaj trzeba się dostosować do wizji reżysera i choć chwilami możemy wątpić w słuszność jego działań, przy napisach końcowych bez problemu przyznamy mu rację. Zamykając w perfekcyjny sposób opowieść, scalając wszystkie wątki w jeden dajemy wiarę w to co zrobił. 7/10

wtorek, 31 grudnia 2013

Furman śmierci (1921)


Körkarlen (1921) – David Holm to moczymorda na pełen etat. To postać mająca wszelkie predyspozycje by stać się jedną z najokrutniejszych w historii kina. To człowiek, który na dzisiejsze czasy nie jest nikim przerażającym, nie morduje z zimną krwią, nie jest zagrożeniem na skalę światową to zwyczajny pijak, któremu ciężko być ojcem i mężem. Samo jego jestestwo w rodzinnym domu jest nie do wytrzymanie, co dopiero czyny jakich się dopuszcza względem domowników. Za którymś z razów, żona ucieka z dziećmi, a widzowi przyjdzie towarzyszyć Davidovi w jego poszukiwaniach. Nie będą one łatwe, nigdy nie są łatwe gdy na drodze staje furman śmierci...
Gdybym opublikował nitkę w 2021, mógłbym powiedzieć, że dzieło szwedów po 100 latach nie zestarzało się w ogóle. Dziś mogę powiedzieć to samo, tyle, że wydźwięk cyfry dziewięćdziesiąt dwa nie jest już tak spektakularny. Pomijając dywagacje na temat ile lat minęło od premiery filmy jeden fakt zostaje niezaprzeczalny: Furman śmierci to dzieło ponadczasowe, wyjątkowe i wybitne. Ponadczasowe, ponieważ posiada morał i uniwersalne przesłanie, odważnie czerpiąc z literatury ( podobieństwo do Dickiensowskiej Opowieści Wigilijnej nasuwa się samo). Wyjątkowe, gdyż zastosowane efekty specjalne (wtedy nie było chyb takiego terminu) nawet dziś potrafią wprawić widza w oniemienie. A wybitność tegoż dzieła przychodzi na myśl widzowi po jego zakończeniu, kiedy napisy końcowe pojawiają się na ekranie, w uszach brzmi przepiękna ścieżka dźwiękowa. Wtedy i jeszcze długo po zakończeniu seansu możemy delektować się obrazem, który wyprzedził swoją epokę. 10/10

wtorek, 3 września 2013

Sztanga i cash (2013)


Pain & Gain (2013) – uzyskałem ból, zyskałem cierpienie, zdobyłem boleść... Te pokrętne zwroty wynikają z dosłownych tłumaczeń słów pain oraz gain i one w pełni oddają samopoczucie podczas seansu. Sztanga i cash (mieszanie dwujęzycznych słów w tytule przez dystrybutora to nieporozumienie) to film z zmarnowanym potencjałem, to dzieło chcące popisać się mięśniami, żal, że ów wspaniałe kształty zostały oparte na przeterminowanych sterydach. Naprawdę szkoda tej historii, jej tragizm można było przekazać na różne sposoby, niestety wybrano ten najbardziej chaotyczny i nijaki. I tak mamy przed sobą kilkadziesiąt minut z rzadka zjadliwego humoru, obserwujemy amatorów robiących co krok karygodne błędy, zgraje degeneratów których poczynania nie potrafią nas wzruszyć. 
Twórcom nie pomogli także aktorzy grający główne role, co więcej pogrzebali ten film całkowicie. Najlepszym z trójki głównych bohaterów był Dwayne Johnson, którego jakoś można tolerować na ekranie. Mark Walhberg (z całą sympatią dla niego) miał za dużo do zagrania i to go zniszczyło. Każda scena z jego udziałem w której trzeba pokazać emocje, odkryć się przed widzem wypada bardzo blado i sztucznie. Z uprzejmości nie będę wspominał o Anthony Mackie, bo ten to mnie denerwował nawet jak się nie odzywał. Jedynym wartym wspomnienia interesującym akcentem były postacie odegrane przez aktorów takich jak Ed Harris i Tony Shalhoub, ale to za mało by móc się cieszyć z całości.  5/10

niedziela, 11 sierpnia 2013

Kochankowie z Księżyca (2012)


Moonrise Kingdom (2012) – twórca Fantastycznego pana Lisa zaprasza widza do swojego, nie tak do końca zwyczajnego świata. Tym razem mamy do czynienia z żywymi aktorami, choć pewna teatralność i sztuka dla sztuki (w dobrym tego słowa znaczeniu) pozostaje nienaruszona.  Wspólny mianownik to banalna historia, która dzięki niecodziennym środkom prezentacji staje się pasjonująca, która z każdą chwilą sprawia, że widz staje się częścią opowieści. Co więcej chce w niej uczestniczyć, ponieważ tutaj każdy znajdzie coś co przeżył jako nastolatek, chciał zrobić albo nie zrobił i teraz pozostaje mu tylko kibicowanie bohaterom.
Tytułowi „Kochankowie z księżyca”, Sam i Suzi, to młodzi ludzie, którym ciężko egzystować w społeczeństwie. Są zaprzeczeniem młodzieńczej naiwności i szaleństwa, to autsajderzy chodzący własnymi drogami. Los dał im się spotkać, błyskawicznie porozumieć i zaplanować wspólne życie. Na misterny plan złożyły się: ucieczka Suzi z rodzinnego domu; rezygnacja Sama z skautingu oraz wyruszenie w wspólną podróż ku wolności. A to wszystko na wyspie stojącej na drodze huraganowi, który to sprawi, że opowieść staje się jeszcze bardziej dramatyczna.
Obraz Andersona to dzieło intrygujące, traktujące błahą opowieść w wyjątkowym stylu. Reżyser dokonuje kilku ciekawych zabiegów. Bawi się perspektywą, kadruje w taki sposób, że ta sama sceneria, tylko za sprawą ruchu kamery, wygląda zupełnie inaczej. Daje aktorom rekwizyty, które potrafią wzbogacić postać, nadają scenom z ich udziałem większej ekspresji. No i w końcu zatrudnia aktorów z pierwszej ligi, traktujących ten występ nader poważnie. Kreacje jakie prezentuje Edward Norton, Bruce Willis, Frances McDormand czy też Bill Murray dają widzowi sporo radości i wspaniale urozmaicają seans. 7,5/10

środa, 20 marca 2013

Królewna Śnieżka i Łowca (2012)


Snow White and the Huntsman (2012) – ten film wcale nie jest taki zły, jak mogło by się wydawać. Jasne, że wiecznie otwarte usta Kristen Stewart przyprawiają niektórych o ból głowy, a jej zwycięstwo w zawodach z bobrami, na to kto szybciej przegryzie drewnianą belkę jest oczywiste. To jednak aktorka ma na tyle osobistego uroku (proszę nie pytać skąd u mnie takie zapędy), że obsadzenie jej w roli  królowej nie jest takie głupie. Co więcej, zestawienie młodzieńczej zadziorności z dojrzałością aktorską Charlize Theron, jej charyzmą i talentem było strzałem w dziesiątkę. Ten kobiecy duet dźwiga obraz, bo kiedy młodociani fani radują się poczynaniami Stewart, ci bardziej dojrzali z zarostem, żonami, dziećmi spełniają swoje marzenia o złej, nikczemnej i zabójczo pięknej królowej.
Transformacja opowieści o śpiącej księżniczce w kino dla pełnoletnich wyszła nadspodziewanie gładko. Naturalnie wypadają karły, jak zawsze zabawne (czemu nie krasnoludy?), łowca i sama walka o dobro ogółu. Naprawdę jest co oglądać. Plenery potrafią zadziwić, muzyka dobrze je ilustruje, a praca na zielonym tle jest praktycznie niezauważalna. Reżyser wyszedł cało z przedsięwzięcia także za sprawą obsady. Otoczył się aktorami, którzy zapewnili mu publikę i finalizację projektu w zadowalający sposób. Wspomniałem o aktorkach, ale męska części obsady także potrafi przyciągnąć uwagę. Chris Hemsworth, czy plejada znanych nazwisk w roli karów, potrafiących bez problemu wywołać uśmiech na twarzy.
Królewna Śnieżka A.D. 2012, to wojowniczka przypominająca dzisiejsze feministki (szczęśliwie nie te o skrajnych poglądach), to kobieta piękna (tutaj ocenę urody odtwórczyni zostawiam Wam), waleczna, brnąca do celu nie zważając na otaczające problemy. Dzieło Sandersa to także skromny, ale jednak moralitet o tym jak nie warto gonić za urodą, za złudnym obliczem, to rozprawka o tym co w życiu ważne. Kwestia formy niech w tym przypadku pozostanie drugorzędna. 6/10

niedziela, 3 marca 2013

Spadkobiercy (2011)


The Descendants (2011) – mimo, że akcja filmu osadzona jest na Hawajach ciężko tu szukać lekkiego wakacyjnego klimatu, pięknych widoków, drinków z palemką. Spadkobiercy to obraz z założenia surowy, gdzie losy bohaterów często rozmijają się z szczęściem, a małżeństwo, rodzicielstwo to droga z mnóstwem zakrętów, pułapek i dziur, które ciężko załatać.
Pomimo, że obraz bywa schematyczny i posiada oczywiste rozwiązaniami potrafi zatrzymać widza przed ekranem i pozostać na chwilę w pamięci. Raz, że historia jest odpowiednio wyważona, twórcy nie przeginają w żadną z stron, idealnie manewrują między chwilami beztroski, a gorzką prawdą codzienności. Dwa, że Clooney w roli jaką przyszło mu zagrać wypadł wyśmienicie. Aktor daje się lubić, od pierwszej sceny sprawia, że chce się mu kibicować i przeżywać jego frustracje. Film mądrze ukazuje przeszkody jakie człowiek napotyka, kiedy praca jest całym życiem i na rodzinę nie starcza czasu. Z odrobiną humoru przeprowadza widza przez historię rodziny King, udowadniając, że nie ma sytuacji bez wyjścia, że czasami to serce lepiej podpowiada w życiowych wyborach. 7/10

sobota, 23 lutego 2013

Kwiaty wojny (2011)


The Flowers of War (2011) – na przełomie lat 1937-38, wojsk Japońskie wkraczają do Chińskiego miasta Nankin. Podbój  ówczesnej stolicy Republiki Chińskiej, za cichą zgodą dowództwa, odbywa się w najbardziej nieludzki, niehonorowy sposób. Działania wojenne przepełnione agresją, okupione są śmiercią tysięcy cywilów. Wszechobecne okrucieństwo, ból, lęk przed śmiercią stają się przygnębiająca codziennością na którą ciężko szukać lekarstwa. 
W tą krwawą rzeczywistość zostaje wrzucony amerykański grabarz John Miller (Christian Bale), z misją pochowanie księdza, nauczyciela w tamtejszym kościele. Bohater szybko przekonuje się, że z zapłatą za usługę może być ciężko, na jego barki spada los uczennic, a sytuację komplikuję jeszcze bardziej prostytutki szukające schronienia na terenie kościoła. Te dwie małe społeczności tak różniące się od siebie będą musiały z sobą żyć, współpracować i wspólnie stawić czoła wrogowi i to pod przewodnictwem Johna, który na potrzeby chwili zostaje księdzem. 
Głównym motywem filmu jest przemiana jak zachodzi w bohaterach, metamorfoza tylko dzięki której można przeżyć. Reżyser spycha na dalszy plan konflikt zbrojny, skupiając się bardziej na ludzkich odruchach. W idealny sposób łączy losy postaci, czyniąc ich relacje prawdziwymi. Z przekonaniem udowadnia, że potrzeba życia jest bardzo silna, tym silniejsza jeśli chodzi o drugiego człowieka. Interesujące kino, odsłaniające kulisy niechlubnej ludzkiej historii, z przesłaniem i wiarą, że dobro jest w nas... w niektórych przynajmniej. 8/10

poniedziałek, 28 stycznia 2013

Wszystkie odloty Cheyenne'a (2011)


This Must Be the Place (2011) – właśnie tak wyobrażam sobie rockmana na emeryturze, tak musi prezentować się gwiazda mająca w garści miliony serc, taka droga przeznaczona jest dla idoli, którzy często nie mogą sobie poradzić z demonami przeszłości. Jednym z tych nieszczęśników jest Cheyenne, główna postać obrazu, facet jedną nogą tkwiący w historii, drugą i to tak nie do końca w teraźniejszym świecie, to człowiek tak nieprzystosowany do współczesności, że gdyby jego życie zależało od podgrzania posiłku w mikrofalówce, dni do jego zakończenia można by liczyć na palcach.
Tak z ciekawości i bez większego pośpiechu, podczas seansu spojrzałem na licznik... minęła godzina, druga czekała w kolejce. Wszystkie odloty Cheyenne'a to obraz z dynamizmem leniwca z werwą gorączkującego ślimaka, ale posiadający ten magiczny czynnik pozwalający zatrzymać widza przed ekranem, może nie każdego ale mnie tak. Odtwórca głównej roli Sean Penn, zrobił rzecz niebywałą. Zagrał człowieka, który na dłuższą metę powinien męczyć, denerwować, a wyszło tak, że im dalej w las tym lubimy postać jeszcze bardziej. Kiedy dowiadujemy się o jego „grzechach”, potrzebie zmian, motywację, możemy tylko przyklasnąć i pogratulować aktorowi zagrania tak dziwacznej, pięknej i ryzykownej kreacji. 
Podziwiać można podjęcia się przez twórców filmu, ciężkiego tematu, bez zbędnej ckliwości i zadęcia.  Holokaust to tło dla prezentowanej historii, to odnośnik stanowiący początek wydarzeniom z którymi przyjdzie się zmierzyć następnym pokoleniom. 8/10

czwartek, 25 października 2012

Róża (2011)


Róża (2011) – jeśli można odczuwać fizyczny ból bez wzajemnej interakcji, jeśli fabuła potrafi zmusić do głębokich przemyśleń bez przesadnej moralizacji, to właśnie dzieło Smarzowskiego jest doskonałym przykładem na film szczery, brutalny, prosty, potrafiący trafić do widza. To film z ogromem goryczy, ludzkiego bólu,  troski o jutrzejszy dzień, ale co jest ogromną zaletą Róży, twórca nie jest nachalny z przekazem, nie zmusza widza do oglądania okropieństw jakie miały miejsce na Mazurach po II Wojnie Światowej, on tylko sadzi nasionko w naszych głowach, a te już samo kiełkuje do gigantycznych rozmiarów koszmaru.
Koniec wojny, wiec wydawało by się, że i koniec barbarzyńskiego podejścia do ludności, do ich własności intelektualnej, materialnej i tej najbardziej prywatnej. Nic bardziej mylnego, bo kiedy w 1945 roku do Polski wchodzi wielki brat z wschodu, kiedy na Mazury zamieszkiwane dotychczas przez Niemców, dramat zaczyna się na nowo w imię czystej Polski, z pogwałceniem wszelakich praw. Tytułowa Róża, to wdowa po niemieckim żołnierzu, który zginął na froncie,  a wspomnienie o nim przynosi jej wojak z kraju nad Wisłą, Tadeusz. Początkowa znajomość jest bezbarwna jak otaczająca bohaterów rzeczywistość. Jednak z czasem oboje zaczyna coś łączyć i aż chciało by się zobaczyć szczęśliwy finał, który tutaj niestety nie mam prawa bytu. Bo dzisiejsze regiony Polski tak oblegane przez amatorów żeglarstwa, te ponad 60 lat temu były obszarem nienawiści, nowej rewolucji, gdzie nie było miejsca na odmienność, na zrozumienie, na zwyczajną akceptacje ludzi żyjących na tych terenach od lat.
Traumę, jaka potrafi ogarnąć widza już podczas seansu starają się jakoś załagodzić główne postacie. Dorociński z Kuleszą oraz Braciak z Preis potrafili wnieść odrobinę humoru do historii. Najlepszą sceną, po której wydawało się, że może być tylko lepiej (nie było) jest sekwencja podczas zbierania ziemniaków. Nic takiego, bo tylko pęknięte gacie na tyłku głównego bohatera, banalny urywek z życia, który tutaj pozwala zapomnieć o szorstkiej rzeczywistości, daje odrobinę oddechu od tego co czeka widza już za moment. 8,5/10

czwartek, 18 października 2012

Artysta (2011)


The Artist (2011) – z wielkim żalem muszę wyznać, że po seansie byłem zawiedziony, a co gorsza wynudziłem się jak cholera. Film będący hołdem dla kina niemego, ukłonem w stronę starych dobrych czasów nie trafił w moje gusta ani trochę. Przyzwyczajony do twórczości Chaplina, gdzie humor przeplata się z ciekawym i mądrym przekazem, gdzie na każdym kroku widać uwielbienie dla sztuki i geniusz reżysera, tutaj dostałem czarno biały, pusty film w formacie 4:3, który dłużył się w nieskończoność. Znużenie dopadło mnie gdzieś tak w połowie seansu, i z małym wyjątkiem trzymało do końca.
Nie chcę negować filmu jako całości, bo ten może się podobać, może sprawić, że współczesny widz sięgnie po zakurzone starocie, pozna kino z jego początków, aczkolwiek jak dla mnie coś tutaj nie zagrało tak jak powinno. Ten pozbawiony kolorów film wygląda tak bezdusznie jak to tylko możliwie, nie ma w sobie tej iskry co np filmy komika, brak mu zwyczajnie kultu na który trzeba pracować latami. Przez większość seansu miałem niestety wrażenie, że obrazy przelatujące przed oczami są wykalkulowane, precyzyjnie wyliczone, zrobione tak by kinoman dziękował, że taki film jak Artysta w ogóle powstał.
W 2011 powstały dwa obrazy poświęcone narodzinom X muzy, drugim z nich był Hugo i jego wynalazek. Teraz śmiało mogę przyznać, że dzieło Martina Scorsese w moim odczuciu wypadło  okazalej. Rozdmuchane do granic możliwości pełne przepychu kino, celniej trafiło w moje serce, bardziej intensywnie wbiło się w świadomość. Co jest doskonałym przykładem na to, że skromność nie zawsze musi być cnotą. 5/10

piątek, 7 września 2012

Boss (2011-?, sezon 1)

Boss (2011-?, sezon 1) – serial stacji Starz, który szybko osiągnął sukces, został okrzyknięty jako jedna z najlepszych serialowych premier 2011 roku opowiada o ciemnej stronie polityki. Oto burmistrz Chicago Tom Kane (Kelsey Grammer
,wspaniała kreacja), prowadząc swój urząd zdecydowanie i bezkompromisowo ni stąd ni zowąd dowiaduje się o chorobie wyniszczającej komórki mózgowe, co w ostateczności prowadzi do utraty świadomości i samodecydowania. Diagnoza zostaje okryta wielką tajemnicą, a widz z odcinka na odcinek będzie śledził losy chorego człowieka rządnego władzy , nie mającej niczego wspólnego z demokracją, praworządnością czy zwyczajną uczciwością.
Serial obnaża polityków z wszystkiego co w człowieku dobre i przedstawia go jako zwierze pragnące kontroli i pieniędzy. Twórcy obrali ciężki kaliber, atmosfera każdego epizodu jest duszna przepełniona korupcją, zdradą, seksem jako chwilowym oderwaniem się od spraw codziennych. Fabuła potrafi zmęczyć, wyczerpuje widza ciągłym przekopywaniem się przez brudy polityków. Obserwacja każdego pojedyńczego kroku burmistrza i jego najbliższych nigdy nie jest jednoznaczna, tam czai się drugie dno, druga strona medalu odkrywana powoli przez twórców.
Dzieło kablówki od strony wizualnej to majstersztyk. Sceny rozmów, w szczególności tych istotnych, obfitują w liczne zbliżenia, najazdy, oddające delikatne ruchy mięśni twarzy, które czasami oddają więcej aniżeli dziesiątki słów. Producenci dołożyli wszelkich starań by kamera była członkiem scen, a nie tylko obserwatorem. Zapraszam gorąco do oglądania, bo choć serial trudny w odbiorze to jednak daje satysfakcję i nadzieję na solidne produkcje telewizyjne. 8/10

sobota, 7 lipca 2012

Nietykalni (2011)

Intouchables (2011) – nie przepadam za filmami tak popularnymi i chwalonymi jak ten, niechętnie zaglądam na podwórko, które z założenia ma mnie rozłożyć na łopatki, rozbawić i wprawić w idealny nastrój. Nonkonformistyczne podejście do spraw mniej lub bardziej istotnych nie pozwala się śmiać, wzruszać na dziele tak rozchwytywanym i modnym w środowisku blogerów. 
Tajemnica to domena kobiet, więc bez „kozyry” mogę napisać, że film mnie zachwycił, rozbawił, wzruszył, dał chwilę oddechu od codzienności, a narzekania z wstępu i moje niepoddawanie się owczemu pędowi w tym przypadku muszę włożyć między bajki. Francuzi sprawili, że kolejny raz czułem się na seansie jak zaczarowany, jako uczestnik w czymś pięknym, zabawnym i niegłupim. Wytwórcy najlepszych na świecie bagietek z prawdziwej historii zrobili interesujący film, który porywa szczerością, humorem i niefatalistycznym poglądem na poważną chorobę, a to świadczy o dystansie do samego siebie i wielkiej tolerancji w dobrym tego słowa znaczeniu.
Nietykalni to opowieść o przyjaźni dwóch mężczyzn, zrodzonej praktycznie od pierwszych chwil poznania się. Jeden z nich to sparaliżowany od szyi w dół milioner, a drugi zajmuje się życiem na ulicy i pobieraniem środków do życia z zasiłku. Twórcy nie meczą widza wydłużającymi się scenami, kiedy bohaterowie się poznają i powoli zaprzyjaźniają. Tutaj chemia jest od początku, mamy do czynienia z koalicją nieprzesłodzoną, szczerą i oddającą naturę obu postaci. Olivier Nakache, Eric Toledano jako autorzy oddają w sposób prawdziwy korelację pracodawcy z pracownikiem, pokazują jak odmienne światy mogą się wzajemnie uzupełniać, rozumieć i szanować. W perfekcyjny sposób potrafią wyśmiać wywindowane do niebotyczych cen dzieła sztuki, ośmieszyć konwenanse wyższych sfer oraz przedstawić codzienność człowieka z blokowiska.
Fabuła czasami idzie na skróty, są chwile delikatnie oderwane od rzeczywistości, ale te mankamenty wynagradzają aktorzy. Nietykalni to popis aktorski głównych bohaterów. François Cluzet jako osoba sparaliżowana gra tylko twarzą, aczkolwiek robi to na tyle przekonująco, że wiara w jego kalectwo nie wymaga wielkiej wyobraźni. Główne postaci są dwie i choć się nawzajem równoważą i uzupełniają to jednak Omar Sy zawładnął ekranem. Aktor posiada nieskończony wachlarz mimiki twarzy, bawi najmniejszym gestem i sprawia, że chce się go oglądać. Polecam, wspaniałe kino. 8,5/10

niedziela, 10 czerwca 2012

Patton (1970)

Patton (1970) – otwierająca film scena przemówienia generała Pattona przedstawia wodza jako miłośnika wojny, żądnego krwi przywódcy. Podczas seansu to przekonanie zdaje się tylko pogłębiać i zacząłem sobie zdawać sprawę, że oglądam historię człowieka na odpowiednim miejscu, nie polityka tuszującego różnego rodzaju wpadki, niczym nie zatwierdzone działania na polu walki tylko faceta z honorem i charyzmą pozwalającą przemówić do wielu. O słuszności wojen, czy też o sprzeciwianiu się takiemu dialogowi można rozmawiać w nieskończoność, aczkolwiek Patton wydaje się być pozytywnym bohaterem drugiej Wojny Światowej (czego dowiedzieć się można z encyklopedii, wersja filmowa nie zawsze zbiega się z stanem faktycznym). Reżyser opierając się na wspomnieniach generała Bradleya, który nie był w pełnej komitywie z kolegą po fachu, zaprezentował nie do końca prawdziwy obraz dowódcy. Przez większość filmu generał jawi się jako dowódca pragnący sławy, nie zdający sobie sprawy z konsekwencji swoich działań. Tylko dwie sceny przedstawiają go jako człowieka, który zwyczajnie kocha to co robi, to do czego zmusza go sytuacja i wskazuje, że mamy do czynienia z człowiekiem doceniającym wroga, sprzeciwiającym się odgórnym decyzją władz. Do tej pory starałem się oceniać filmy, a nie dyskutować o prawdzie historycznej. Tutaj zmieniłem odrobinę optykę, ponieważ powszechna opinia o generale jest podparta na aktorskim majstersztyku z pierwszych minut obrazu, ale nie oddaje ona sytuacji w pełni i jest krzywdząca dla głównego zainteresowanego.
Seans trwający prawie trzy godziny należy do jednego aktora, odtwórcy głównej roli, Georga C. Scotta. Przede wszystkim dlatego, że kreacja za którą artysta dostał oskara faktycznie jest wyśmienita, ale też dlatego, że tutaj role epizodyczne są takie w sensie dosłownym. Drugą twarz jaką pamiętamy po projekcji to oblicze Karla Malden w roli generała Bradleya. Reszta obsady nie miała okazji się wykazać w żaden sposób, scenariusz jest skrojony dla jednej postaci. Odbierania emocji z jednego źródła może i odrobinę siada podczas seansu, ale tutaj nie mogło być inaczej, gwiazda jest tylko jedna. 8/10

środa, 23 maja 2012

Wymyk (2011)

Wymyk (2011) – po seansie, z resztą podczas tych kilkudziesięciu minut spędzonych przed tv też, nasunęło się klika wniosków. Okazuje się bowiem, że uwielbiam dźwięk „pędzącego” składu kolejowego, to muzyka dla mych uszu. Nie to co ten mechaniczny, wyalienowany świst francuskiego TGV. Marian Dziędziel to aktor charakterystyczny, posiadający specyficzną manierę w głosie, więc umieszczenie artysty w roli ojca po wylewie z sparaliżowaną jedną stroną ciała to jakiś mało zabawny żart. I trzeci najbardziej związany z fabułą fakt jest taki, iż nigdy nie można mieć pewności jak zakończą się wybory jakich dokonujemy, a często konsekwencje przerastają nasze wyobrażenia.
Taki tok myślenie przedstawia Greg Zglinski, jako reżyser i scenarzysta obrazu. Przedstawia lawinę wydarzeń których nie można zatrzymać, na które nie ma się wpływu. Demonstruje jak z błahej sytuacji (rozkraczony samochód na środku skrzyżowania) Bogu ducha winni bracia udający się pociągiem na spotkanie w urzędzie skarbowym, można po uszy wpaść w bagno. 
W przedziale - pojazdu szynowego w którym akcja tak naprawdę się zaczyna - kilku skretyniałych nastolatków chce pokazać kto jest kierownikiem składu. Jednemu z mężczyzn zmuszonych do podróż miejskim środkiem transportu ta sytuacja nie odpowiada. Stając w obronie molestowanej dziewczyny w przeciągu kilku chwil zostaje pobity i wyrzucony z pociągu, kiedy brat na całe zajście patrzy w osłupieniu.
Film nie zachwyca tempem, nie ma w nim niepotrzebnych świecidełek, jest do bólu ludzki i prawdziwym. Bohater który najbardziej ucierpiał w bójce, nie jest byłym żołnierzem, policjantem na emeryturze, tylko zwykłym obywatelem o złotym sercu. Ten drugi (kolejna ciekawa rola Więckiewicza) po otrząśnięciu się z szoku nie planuje latami krwawej zemsty, nie schodzi do podziemia by po latach wrócić i oczyścić swoje dobre imię. Zwyczajnie miota się po domu, nie ma pojęcia co dalej robić, poczucie winy staje się coraz bardziej dokuczliwe. Reżyser powoli stosunki rodzinne prezentowanych bohaterów, by obnażyć słabostki każdego z nich. W dosyć przystępny, szczęśliwie nie moralizatorski sposób ukazuje ludzkie odruchy, człowieczy instynkt kształtowany od narodzin.
Dobre polskie, niegłupie kino. 7/10


sobota, 21 kwietnia 2012

J. Edgar (2011)

J. Edgar (2011) – nie od dziś wiadomo, że stworzenie interesującej biografii należy do wyzwań większego formatu. Ostatnimi czasy można było się tego dopatrzeć w Żelaznej Damie, gdzie nie wszystko poszło tak jak można by się tego było spodziewać. Tutaj szczęśliwie reżyser zaoszczędził widzowi wizji starszej osoby która jest już tylko cieniem samego siebie. Eastwood od początku do końca prezentuje szefa FBI jako osobę pewną, konkretną, stworzoną do rządzenia. Tylko na chwilę ukazuje momenty kiedy obserwujemy Hoovera pod twardymi rządami matki czy jako geja nie pokazującego prawdziwej twarzy na forum. Szczęśliwie nie jest to osią filmu, nie dostajemy do obmyślenia tematów łatwo sprzedawalnych, fabuła rozprawia się głównie z problemami na scenie politycznej.
J. Edgar Hoover (Di Capro bezdyskusyjnie dał kolejny popis) w latach dwudziestych walczył z falą komunizmu jak miała się wylać na amerykańską ziemię. Po zwalczeniu czerwonej zarazy swoje działania kieruje przeciwko mafii brutalnie wdzierającej się w społeczne życie. Twórca częstuje widza faktami oczywistymi dla historyków, mieszkańców Ameryki Północnej, lecz dla zwykłego zjadacza chleba nie zawsze są one czytelne. Przez dobrze ponad połowę filmu, fabuła pędzi jak oszalała. Miesza się teraźniejsze życie przywódcy podczas spisywania swojej historii z tymi z rękopisu. Na ekranie nie ma podpowiedzi w jakim obecnie czasie się znajdujemy (pomijam okresy skrajne, gdzie charakteryzacja robi swoje). Jak to pięknie napisali krytycy zza oceanu obraz jest niekoherentny. Mówiąc po ludzku brak mu spójności, autor skacze bardzo często w czasie, co powoduje trudności w ogarnięciu całości.
Spotkałem się także z zarzutami, że obraz jest nieudolny technicznie z staroświecka charakteryzacją i niemrawym oświetleniem. Pierwszy zarzut zostawiam do oceny osobom kompetentnym z tytułem szkoły wyższej. Dziwią mnie dwa pozostałe zażalenia. Pytam się jak mieli prezentować się aktorzy na planie jak nie staroświecko w filmie opowiadającym o wydarzeniach sprzed kilkudziesięciu lat?, których wykreował człowiek mający 82 wiosny na karku. Zapach naftaliny jest wręcz obowiązkowy. No i zostało już tylko oświetlenie, które na mój gust było zamierzone i miało przedstawiać dwoistość natury Hoovera. Jego twarz często była z jednej strony słabo oświetlona, a z drugiej wręcz „przepalona”. Wspominając scenę z garaży gdzie spotyka się FBI z miejscową policją aktorzy są oświetleni punktowo, jakby reszta sceny nie miała wielkiego znaczenia, a liczył się tylko dialog i emocje w nim zawarte. Więc dla mnie światło jak i cała reszta stoi na wysokim poziomie
Polecam, nawet bardziej niż ostatni obraz z Meryl Streep. Film choć nie porywa i ewidentnie mu czegoś brakuje, to jednak prezentuje mistrzowski warsztat, ciekawy temat i wzruszający finał. 7,5/10