Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Robert Downey Jr.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Robert Downey Jr.. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 25 lutego 2014

Iron Man 3 (2013)


Iron Man 3 (2013) – po bardzo przeciętnej drugiej części, Iron Man ocieplił swój wizerunek w Avengersach z 2012 roku. Wreszcie był zabawny w niewymuszony sposób i jako jedna z wielu postaci na ekranie, kilka scen ewidentnie należała do bohatera wspomaganego zaawansowaną technologią. Trzecia odsłona przygód Tony'ego Starka podtrzymuje dobrą passę, daje kinomanom, widowisko jakiego można oczekiwać od tego typu produkcji i stanowi godne zwieńczenie trylogii.
W tym miejscu notatkę można by zakończy i to bez krzywdy dla obrazu, by jednak oddać sprawiedliwość twórcom należy wspomnieć o kilku szczegółach, które sprawiły, iż to rozdmuchane do granic ludzkiej percepcji widowisko daje się oglądać bez większego uszczerbku dla zdrowia. Całe zamieszanie, przerost formy nad treścią, przesadę w praktycznie każdym kwadransie seansu ogarnia Robert Downey Jr.. Udaje mu się doskonale omamić widza, zaczarować swoimi komentarzami, że nie trzeba odwracać głowy od ekranu z nadmiaru dziur w fabule i irracjonalnych rozwiązań. Tak dobrze napisana rola, jak i jej odegranie są magnesem przyciągającym do obcowanie z Iron Manem AD 2013. Reszta dorosłej obsady także spisuje się poprawnie, potrafi umilić chwile kiedy Downey'a nie ma na pierwszym planie, ale to najmłodszy uczestnik filmu skrada drugie miejsce na podium. Młodziutki Ty Sympkins mimo swojego wieku poradził sobie z rolą, która tylko na pierwszy rzut oka wygląda na łatwą.
Efekty specjalne dziś już szokują, nie zapierają niczego w piersiach ale są nieodłączną częścią blockbusterów. I tak naprawdę są dobre wtedy kiedy są niewidoczne dla widza. Tutaj możemy obserwować sporo potyczek w powietrzu, jeszcze więcej wybuchów i zmasowanej rozwałki szczęśliwie poskładanej w idealnej harmonii z fabułą. Nie pozostaje mi nic innego jak zaprosić na ten przerośnięty testosteronem seans. 7/10

czwartek, 1 września 2011

Chaplin (1992)

Chaplin (1992) - do tej pory widziałem tylko dwa filmy Chaplina, a już stałem się wielkim fanem mistrza. Po zapoznaniu się z jego biografią jestem jeszcze bardziej przekonany, że po naszym świecie chodził niegdyś genialny komik, reżyser, wielce interesujący człowiek. Jego działalność w branży filmowej, jak i życie osobiste były na tyle ciekawe, że 150 min seansu przemyka bardzo szybko, a po zakończeniu nie pozostaje nic innego, jak zobaczyć galę rozdania Oscarów z 1972.W postać jednego z najwybitniejszych komików w dziejach kina wcielił się Robert Downey Jr. Aktor wręcz stworzony do tej roli pod względem warunków fizycznych, ale także z dobrym warsztatem. Bez większej przesady można powiedzieć, że na czas kręcenia filmu stał się Chaplinem, był bardzo przekonujący. Obraz liczy już prawie 20 lat więc mamy dodatkową możliwość podejrzenia jak wyglądały gwiazdy kilkanaście lat temu. Epizodyczna rolę zagrała Milla Jovovich, jako pierwsza żona Charlsa, młodziutka, nieokrzesana aktoreczka. Pierwszą pracę w przemyśle filmowym Chaplin zawdzięcza Mackowi Sennett, którego zagrał Dan Aykroyd. W 1992 aktor był w formie, jego kilka minut na ekranie naprawdę może się podobać, szkoda, że obecnie go mało widać. Na koniec omawiania zostawiłem sobie Duchovnego i powiem szczerze, że z wąsikiem wyglądał przekomicznie, do roli Hanka Moodiego musiał po prostu dojrzeć.
Film jest swoistym wywiadem przeprowadzanym przez Georgea Hayden (fikcyjna postać, w tej roli Anthony Hopkins) z Chaplinem. Początkowo słyszymy tylko komentarz do tego co widzimy na ekranie, w miarę upływającego czasu dowiadujemy się, że to właśnie autor biografii, rozmawia z podstarzałym komikiem, ustalając szczegóły z jego życia. Poznajemy Chaplina już jako małego chłopczyka, który sam wprasza się na scenę teatru, po tym jak jego matka zostaje wygwizdana przez publiczność. Ta sama publiczność jest oczarowana występem małego chłopca i to tak naprawdę ten moment można nazwać początkiem drogi na szczyt. Obraz obfituje w wielkie informacji o „włóczędze”, wszystko wygląda autentycznie, reżyser stara się nie oceniać, jest mowa o jego sukcesach ale także o słabostkach i marnych latach w jego życiu. Poznajemy człowieka o wielkiej determinacji, talencie, który stawia wszystko na jedną kartę i do bólu poświęca się temu co robi. Wierzy głęboko w to co robi, przewidział, że rola Hitlera w życiu świata będzie coraz większa i kiedy pod koniec lat 30tych XX wieku zaczyna kręcić The Great Dictator ludzie nazywają go szaleńcem. W dniu premiery w oczach widzów stał się wizjonerem (film z 1940 roku jeszcze przede mną, notka na pewno się tutaj pojawi)Polecam, bardzo dobry film biograficzny, z świetna rolą Downey Jr., o wielkim twórcy i ciekawym człowieku. 8/10

wtorek, 8 lutego 2011

Jak zostać królem (2010), Zanim odejdą wody (2010).

The King's Speech (2010) – publiczne przemówienie księcia Yorku na Wembley, charakterystyczny szum powstały w skutek powstanie tysięcy osób i kiedy z głośników ma popłynąć mowa na zakończenie wystawy Imperialnej w Londynie, zapada cisza... Tak zaczyna się film, który na długo zostanie w mojej pamięci. Obraz o człowieku z problemem, jakim jest dla często przemawiającego publicznie monarchy, jąkania się.
Często podczas projekcji filmu, stawiamy się w roli bohaterów, współczujemy im, kibicujemy czy też przeklinamy w wszystkie diabły. Tutaj moja empatia była dużo silniejsza, niestety nie mam nic wspólnego z angielską monarchią ale zmaganie się z tak wredną przypadłością jaka jest jąkanie, nie jest mi obca. Znam to uczucie, kiedy wpatrzone w ciebie z politowaniem oczy „mówią”, no dalej powiedz to w końcu.
Akcja filmu została osadzona w latach trzydziestych XX w w Wielkiej Brytanii. Książę, a po abdykacji swojego starszego brata, król Jerzy VI staje na czele narodu w momencie gdy Europa czuje na plecach oddech Hitlera. Król, jego przemowy powinny być stanowcze, dodawać pewności siebie, otuchy i w tak ciężkich czasach, zagrzewać do walki.
Nikogo jednak nie zagrzeje do walki przemowa króla, który nie potrafi wypowiedzieć zdania bez zająknięcia się, bez kilkunasto sekundowych pauz na wyduszenia z siebie jednego słowa. Na pomoc przychodzi mu jego żona, rozpaczliwie szukająca specjalisty od wad wymowy. Po wielu nieudanych próbach natrafia na Lionela Logue, ekscentryka z rezultatami.
Współpraca króla Jerzego z terapeutą to największy atut filmu. Podobał mi się klimat, sposób w jaki prowadzona była historia, cała otoczka życia monarchii ale to postacie odegrane przez Firth'a i Rush'a są dla mnie najwartościowsze. Podejście terapeuty do pacjenta, którym była najważniejsza osoba w państwie, szokowało, bawiło potwierdzało, że walka z jąkaniem, z demonami przeszłości musi być brutalna, opierać się na zaufaniu i przyjaźni.
Przede mną jeszcze kilka filmów starających się o najważniejszy laur w świecie filmu, ale życzę The King's Speech kilku zasłużonych statuetek. Obraz bawi, wzrusza, daje do myślenia, a to wszystko opakowane jest w przepiękne zdjęcia i porywającą muzykę. Gorąco polecam. 9/10

Due Date (2010) - przypadek, zrządzenie losu lub może zwykły zbieg okoliczności sprawił, że drogi Petera (Robert Downey Jr.) i Ethana się skrzyżowały. W samolocie, którym obaj udawali się do Kalifornii, wydarzenia sprowokowane przez ich samych przybierają na sile i koniec końców obaj trafiają na czarną listę linii lotniczych. Oznacza to zakaz latania, a trzeba nadmienić, że Peter spieszy się na poród swojej żony. Odległość jaka musi pokonać, w kilka dni, to 3 tysiące kilometrów co stanowi pewien problem kiedy jest się bez pieniędzy i dokumentów. Z pomocą podjeżdża Ethan i proponuje pomoc w dotarciu na porodówkę.
Komedia z którą mamy do czynienia to film drogi, to opowieść o prawdziwej przyjaźni, a że korzysta z utartych schematów, można w tej konkretnej sytuacji wybaczyć. Prezentowany humor broni się sam, przez większość czasu trzyma poziom i może rozbawić nawet kamienne twarze. Schodzenie poniżej granicy dobrego smaku jest częstym zjawiskiem zjawiskiem w komediach, twórcom Due Date zdarzyła się tylko jedna taka wpadka i chwał i ma za to. Mówię tutaj o scenie z Galifianakis'em (kolejna genialna rola komediowa), który to przed snem musiał przedsięwziąć pewne środki, które pozwalają mu spokojnie zasnąć, na trzeźwo ten numer ciężko wchodzi. Ogólnie jest dobrze i oby więcej takich filmów z humorem na odpowiednim levelu. 7,5/10

niedziela, 17 października 2010

Krótko o filmie przedstawia: Jurassic Park, Iron Man 2.

Jurassic Park (1993) – pamiętam jak dziś (no prawie), wrzesień 1993 roku, jako 13 latek wychodzę do kina Kosmos w Katowicach na wieczorny seans, chyba premierowy pokaz. Po powrocie do domu byłem zachwycony filmem, żywymi dinozaurami ogólnie całym wydarzeniem.
Dziś, po upływie 17 lat od premiery, po 17 latach gdzie efekty specjalne znajdują się w innym wszechświecie dzieło Spielberga już tak mocno nie działa na naszą wyobraźnie. Fabuła prócz żywych stworzeń które przecież wyginęły 65 mln lat temu niczym nie zaskakuje. Jest prosta, poukładana, schematyczna, aczkolwiek w latach 90tych film miał się opierać na nowoczesnych efektach specjalnych, więc nie czepiam się scenariusza.
Prehistoryczne stworzenia trącą myszką (nie tylko one, krowa „udająca” się na pożarcie wyglądała strasznie sztucznie) a cała opowieść jest srodze naciągana. No i co z tego... Pierwszą część Parku Jurajskiego warto poznać, aczkolwiek następne sobie podaruję. 6/10

Iron Man 2 (2010) – na dzień dzisiejszy film zarobił około 312 mln dolarów, przy budżecie 200 mln $, więc śmiało można powiedzieć, że osiągnął wielki sukces komercyjny. Ludzie tłumnie przychodzili do kin zobaczyć kolejny raz Iron Mana, płacili za bilety, na szczęście nie ja! Zobaczyłem sobie film w domu, a rozczarowanie po seansie mogłem utopić w szklance mleka i szybko zapomnieć.
Iron Man AD 2010 jest o wiele słabszy od poprzednika, bez scenariusza, bez humoru zrobiony wyłącznie dla pieniędzy. Nie mówię tego, bo spodziewałem się arcydzieła, mówię to jako fan kina akcji, ekranizacji komiksów, ogólnie rzecz biorąc superbohaterów, dobrej zabawy przed ekranem. Dostałem 1,5 h filmu gdzie scenariusz mieścił się chyba na kilku stronach A4, a ostatnie 30 min mimo, że z wielkim wykopem niczego ciekawego do całości nie wniosło. 4/10

środa, 2 czerwca 2010

Jaja w tropikach (2008), Jeszcze dalej niż północ (2008), Friends (1994-2004).

Tropical Thunder (2008) - przeglądając portal Hatak24.pl, przypominałem sobie o Jajach w tropikach. Komedia która jest satyrą na tworzenie filmów wojennych, na aktorów którzy często potrafią być bardzo kapryśni. Kreacje jakie stworzyli tutaj Robert Downey Jr. oraz Tom Cruise zasługują na wielka pochwałę. Cruise był na tyle zabawny i prawdziwy w swoim epizodzie, że przekonał mnie do siebie jako aktora. Polecam na wieczór przy piwku. 7/10

Bienvenue chez les Ch'tis (Jeszcze dalej niż północ) (2008) - kolejna komedia na dziś, jedna z lepszych jakie widziałem! Podejście do filmu było mało obiektywne, z racji mojej przychylności i słabości do kraju genialnych bagietek z przepysznym camembertem. Film opowiada o naczelniku poczty, który zostaje zesłany na północ Francji o której słyszał same złe i przerażające historie. Po czasie okazuje się, że to co słyszał, mija się z prawdą, pozostaje mu jedynie przekonać do tego swoja żonę. Ubaw po pachy! Gorąco polecam, nie tylko amatorom francuskich specjałów. 8,5/10

Friends (1994-2004) - serial który zdobył ważniejsze nagrody w branży serialowej, serial który przez 10 lat emisji, gromadził przed telewizorami miliony widzów na całym świecie, ostatni odcinek 10 sezonu oglądało 51 milionów amerykanów. Sitcom o grupie przyjaciół mieszkających na Manhattanie, przez 238 odcinków towarzyszymy im w życiu zawodowym a przede wszystkim towarzyskim. Serial o niezliczonej ilości zabawnych gagów, dobrego humoru i aktorstwa. Jeśli komuś umknął ten twór NBC to gorąco zachęcam do oglądania. 9/10