Pokazywanie postów oznaczonych etykietą DeForest Kelley. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą DeForest Kelley. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 października 2013

Star Trek: Wojna o pokój (1991)


Star.Trek.VI: The Undiscovered Country (1991) – dziś, ciężko sobie wyobrazić sytuację by któraś z filmowych serii liczyła ćwierć wieku (z małymi wyjątkami oczywiście). Co jeszcze bardziej nieprawdopodobne, w tym czasie nie uległa zmianie ekipa aktorska. Początkowo w telewizji później na dużym ekranie, ta sama obsada zabierała widza na tułaczkę po bezkresnym kosmosie. Co prawda niektórzy aktorzy już do końca swoich dni zostaną jedną z postaci Treka, aczkolwiek na ekranie nigdy nie dali tego odczuć, role zawsze były zagrane na 100 procent. Twórcom nie przeszkadza czas działający na niekorzyść aparycji artystów, tu nie o to chodzi. Większe znaczenie ma charyzma postaci ich prawdziwe zaangażowanie.
Pożegnalny „odcinek” rozprawia się z ważnym momentem w historii Federacji. Dochodzi bowiem do zawieszenia broni między Federacją a Klingonami. Współpraca zaczyna się w sposób odwrotny do zamierzonego. Podczas eskorty Klingońskiego statku przez Enterprise dochodzi do tajemniczego ataku, ginie ważna osobistość w szeregach nowego sprzymierzeńca, a za zbrodnię oskarżony zostaje kapitan Gwiezdnej Floty.
Wojna o pokój z godnością żegna się z widzem. Film posiada wszystkie elementy, które w poprzednich dziełach zadziałały. Niegłupia fabuła połączona z specyficznym humorem sprawdza się po raz kolejny. Szósta fabularna odsłona serii to pożegnanie się z dotychczasową obsadą. Seria miała kilka potknięć, ale żadne z nich nie dotyczyło obsady, ta zgrana paczka przyjaciół nigdy nie dała po sobie poznać, że ma dość i za to wielkie podziękowania! 7/10

środa, 18 września 2013

Star Trek V: Ostateczna granica (1989)


Star Trek V: The Final Frontier (1989) – piąta odsłona fabularnych przygód załogi statku Enterprise to opowieść o poznaniu początku istnienia wszelakiego bytu. Jams T. Kirk w odmiennych dla siebie okolicznościach (bo pod przymusem, któremu musi ulec) zmierza ku planecie, jakkolwiek by to irracjonalnie nie zabrzmiało, zamieszkanej przez Boga. Nad cała operacją czuwa nad wyraz rozumny Volcan, buntownik, kierujący się w swym życiu emocjami, a nie logiką, co jest przecież podstawową wartością tegoż gatunku. 
Szukanie korzeni, chęć odpowiedzi na podstawowe pytanie skąd się wzięliśmy i po co?, to niebezpieczny temat. Twórcy szczęśliwie nie obrali drogi religijnych dewotów, chcących nawracać ludzkość, ale też nie zrobili niczego innego. Bowiem kolejna część Treka, tym razem w reżyserii Williama Shatnera prezentuje się słabo. Reżyser podtrzymuje atmosferę znaną z poprzednich filmów, świetnie oddaje ducha załogi zaciekle walczącej z każdą napotkaną przeciwnością, ale chyba nie czytał scenariusza zanim zabrał się za kręcenie Ostatecznej granicy. Pal licho, że fabuła jest maksymalnie na czterdziestominutowy odcinek serialu, jej główną wadą jest nuda. Gdyby nie znajomość tematu i niczym nie zachwiana radość obcowania z załogantami statku, można odczuć, że przy tej produkcji zabrakło pomysłów na jej realizacje. Niestety tym razem historia nie toczy się sama, potyka się o własny ogon i nic dobrego z tego nie wynika. 5/10

niedziela, 28 kwietnia 2013

Star Trek IV: Powrót na Ziemie (1986)


Star Trek IV: The Voyage Home (1986) – okazuje się, że Leonard Nimoy to cholerny komediant z perfekcyjnym podejściem do świata Treka. Pomysł na „Powrót na ziemię” jest tak surrealistyczny, że aż zabawny. A po przemyśleniach w sprzyjających okolicznościach przyrody, całkowicie realny.
Po poszukiwaniu Spocka i złamaniu kilku twardych praw Floty, załoga Enterpraisa wraca na ziemię, by oddać się w ręce władz i przyjąć odpowiedzialność za swoje czyny. Kiedy załoga jest już blisko planety, dowiaduje się o ciężkiej sytuacji w jakiej znaleźli się mieszkańcy globu. Planetę skanuje sonda, której działanie jest na tyle destrukcyjne, że ziemianom zostaje tylko czekać na szybki koniec. Szczęśliwie kapitan Kirk i Spock wgryzając się w problem znaleźli rozwiązanie, przewrotne jak niegdyś Mercedesy klasy A, ale jak się potem okaże skuteczne. 
Powrót to kolejna świetna odsłona serii. Lwia część akcji dzieje się na ziemi w latach osiemdziesiątych XX wieku. Twórcy niejako poszli na łatwiznę, bo nie musieli wysilać się na tworzenie lokacji z XXIII wieku, ale ta zmiana wnosi pewne novum do serii, ciekawe, inne spojrzenie na bohaterów. A ci jak zwykle z świetnie napisanymi rolami, zagranymi tak dobrze jak nas już do tego przyzwyczaili. Tutaj nie ma czasu na nudę i mimo karkołomnego pomysłu na główny wątek obrazu ogląda się go z wielką przyjemnością i z uśmiechem na twarzy. Dzieło wyreżyserowane przez Nimoya sprawia wrażenie, że Hoolywood w latach osiemdziesiątych poprzedniego wieku miało inne podejście do tworzenia, wygląda na to, że dobra zabawa na planie, zgrana ekipa była jednym z głównych czynników by zrobić film, w tym przypadku całkowicie udany. 8/10

niedziela, 1 lipca 2012

Star Trek II: Gniew Khana (1982)

Star Trek: The Wrath of Khan (1982) – po pierwszym kontakcie z kinową odsłoną Treka, kolega milczący_krytyk wyjaśnił mi na czym polega fenomen owych filmów. Mądrzejszy o wiedzę, z wielką przyjemnością, ogarnięty pozytywnym nastawieniem zabrałem się za film. Nie twierdzę, że stałem się zagorzałym fanem serii, ale zaczynam pojmować dlaczego często kiczowaty, nie do końca dopracowany film może się podobać.
Na dzień dzisiejszy opisywany film nie ma prawa obronić się jeśli chodzi o efekty specjalne, nie można mu zarzucić tandetnego wystroju statków kosmicznych, bo nie mieli w latach osiemdziesiątych green boxa ułatwiającego wypełnić luki w budżecie. Można pochwalić obsadę, aktorzy zagrali wyśmienicie, a fabuła choć banalna nie raniła zmysłów widza. Tytułowy Khan (Ricardo Montalban), za zaszłości historii pragnie zemsty na kapitanie Kirku. Jest przekonany, że dowódca statku Enterprise musi udać się w zaświaty, a on sam aspiruje do stanowiska wielkiego władcy kosmosu. Odwet zaczyna się od przejęcia stacji kosmicznej na której znajduje się urządzenie potrafiące zdziałać cuda, a konkretniej może na planecie gdzie życie dawno już ustało odtworzyć je na nowo. Jednakże sami naukowcy prędko zorientowali się, iż narzędzie zastosowane na zamieszkałym ciele niebieskim zrobi z niego świat bogaty w zieleń, tlen nie wliczając w to populacji już tam mieszkającej.
Fabuła nie należy do skomplikowanych, nie jest rozbudowana, wielopoziomowa ale śledzenie losów bohaterów potrafi sprawić delikatną przyjemność. A obserwujemy aktorów, którzy znają się z pierwszej części, co widać na planie. Odtwórca głównej roli William Shatner niepodzilnie rządzi na ekranie, jest tym który spaja wszystkich aktorów, to dzięki niemu ekipa daje z siebie tyle na ile jest w stanie z sporą domieszka swojskości i widoczną chemią pomiędzy nimi. To Shatner na swoich barkach trzyma obraz jako całość, to facet którego chciało by się zaprosić na imprezę nie zważając na fakt prawdopodobnej interwencji służb mundurowych wezwanych przez sąsiadów.
Zemsta Khana to dzieło lekko przebrzmiałe, poddające się zębowi czasu, aczkolwiek dobrze zagrane, z nutką humoru tuszującego wszystkie niedoskonałości. 7/10