Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Denzel Washington. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Denzel Washington. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 21 sierpnia 2012

Safe House (2012)

Safe House (2012) – CIA to ma ciężki żywot w kinie, twórcy znęcają się nad agencją jak tylko można. Większość powstałych filmów, gdzie amerykański wywiad jest czymś więcej aniżeli tylko tłem, mówi o przekrętach, matactwach, nadużyciach z strony władz. Kino znęca się nad tą jednostka wywiadowcza z dwóch powodów. Po pierwsze – można tworzyć wielowątkowe opowieści o zdradzie oraz trafić do amerykańskiego widza, który siłą rzeczy musi znać owy odłam władzy wykonawczej i każdy przytyk w ich kierunku może skutkować wykupowaniem biletów w kinach.
Matt Weston (Ryan Reynolds), to gospodarz agencyjnej kryjówki w jednym z miast Południowej Afryki. Obserwując z ukrycia ulice miasta przez 12 miesięcy zaczyna mieć dosyć miejsca do którego został przydzielony. Jego sytuacja szybko zmienia się kiedy do twierdzy wpada grupa specjalna z jednym z największych zbirów w oczach CIA. Okazuje się nim były agent Tobin Frost (Denzel Washington), zdrajca, jeden z odważnych którego było stać na postawienie się swoim mocodawcom. Kiedy na super tajna miejscówkę napadają brutali najemnicy chcący zgarnąć Frosta (ten posiada coś interesującego) Weston będzie zmuszony mu pomóc w ucieczce, bić się z myślami co robić dalej, a obecność człowieka pozbawionego skrupułów nie ułatwia mu zadania.
Jeśli w kilu słowach musiałbym określić film, bez namysłu mianowałbym go jako sensacyjny średniak z odrobiną tego czegoś co potrafi zatrzymać przed ekranem, nawet kiedy dialogi potrafią być bezdennie głupie. To film środka gdzie ciekawy scenariusz wpada w własne sidła, plącze się, jest zbyt przewidywalny, ale widz przymyka na to oko bo aktorzy robią co mogą by nas zainteresować. Safe House to dzieło niewyróżniające się niczym szczególnym, będące powielaniem pomysłów już dawno zastosowanych, aczkolwiek i obrazem pozwalającym się odprężyć w najprostszym tego słowa znaczeniu. 6/10

czwartek, 5 kwietnia 2012

Człowiek w ogniu (2004)

Man on Fire (2004) – Tony Scott zabiera nas tym razem do Meksyku, miasta w kŧórym porywanie dzieci dla okupu stało się zawodem. Rodzice zdając sobie sprawę z niebezpieczeństwa, wynajmują dla swych pociech ochroniarzy, niańki z bronią palną za pasem. W takim też charakterze zostaje zatrudniony Creasy, człowiek nie radzący sobie z codziennością, zmęczony horrorem przeszłości. Podjęta przez niego praca, kontakt z dziewczynką pozwala mu spojrzeć na życie z innej strony, daje szanse na nowy start. Nie zdradzę wielkiej tajemnicy jeśli wspomnę, że do uprowadzenia jednak dochodzi, a nam przyjdzie delektować się vendettą skierowaną w stronę każdego kto przyczynił się do zniknięcia dziecka.
Sto czterdzieści sześć minut to sporo jak na film przedstawiający prostą historię, z zaliczaniem kolejnych zadań by sprawiedliwości stało się zadość. Jednak fabuła ma na tyle ciekawą konstrukcję, że nie ma tutaj mowy o nudzie. Ułożona w sposób dynamiczny z obrotem spraw pozwalającym na zaciekawienie widza, wycieczka do kuchni po herbatę i ciasteczka odpada. Jest za to czas by przyjrzeć się głównemu bohaterowi i jego motywom. Postać ta została rozpisana odrobinę zbyt przewidywalnie z klasycznymi przypadłościami kogoś kto w swoim życiu zabił o jednego człowieka za dużo. Ale z biegiem czasu można się przekonać do roli odegranej przez Denzela Washingtona i szczerze mu kibicować. Aktor nadał ludzkiej twarzy mścicielowi, jego działania choć brutalne, można łatwo usprawiedliwić, a sposób ich wykonania wypada przekonująco.
Obraz, jego charakterystyka nie odbiega zbytnio od dotychczasowych dokonań reżysera. Serwuje widzowi szybki i karkołomny montaż, sceny w których chce coś zaakcentować prezentuje za pomocą filtrów, sprawnie włada dźwiękiem kiedy chce podnieść ciśnienie widzowi. Dzieło Tony'ego Scotta jawi się jako dobrze wykonane zadanie, ma wszystkie elementy składajace się na ciekawy wieczór przed ekranem. 7/10

piątek, 6 sierpnia 2010

Karmazynowy przypływ (1995), Księga ocalenia (2010).

Dawno mnie nie było, bez paniki nie porzuciłem bloga :)

Crimson Tide (1995) – Karmazynowy Przypływ, emitowany w polskiej telewizji setki razy, omijałem zawsze szerokim łukiem, gdyż wiedziałem, że nadejdzie taki dzień iz film zawita u mnie w domu bez reklam i o porze która mi odpowiada. W wielkim skrócie, to film o „wielkim czerwonym guziku”, o dylemacie moralnym, czy naciskać go nie mając pewności, że ma się racje i zna wszystkie fakty. Cała sytuacja dzieje się na amerykańskiej atomowej łodzi podwodnej, Alabama, podczas kryzysu w Rosji gdzie kontrola nad wyrzutniami rakiet wpadła w niepowołane ręce.
Film ciekawy, akcja prowadzona konkretnie z szybkim tempem i charakterystycznym dla łodzi podwodnej napięciem. Ozdobą dwu godzinnego seansu są dwie główne role zagrane przez Denzela Washington'a i Gene Hackman'a. 7,5/10

The Book of Eli (2010) – całkiem przypadkiem zrobił mi się wpis z Denzelem Washingtonem w roli głównej. W wielu recenzjach film jest porównywany z The Road, ale to jak porównywanie urody Joli Rutowicz z Jennifer Love Hewitt.
Film miał być, chyba pewnego rodzaju przebudzeniem, pokazaniem społeczeństwu świata jakim się może stać nasz gdy nie będziemy go szanować. Księga ocalenia, to opowieść post-apokaliptyczna o człowieku z księgą który miał misję do wypełnienia. Proszę nie pytać jaką bo sam do tego nie doszedłem. Magia i ta cała otoczka tajemniczości wokół księgi, głównego bohatera za nic w świecie do mnie nie trafiły, morały na siłę. Chwalone przez niektórych, sceny walk, plenery są faktycznie dobre ale nie trwają za długo i szybko wracamy do księgi itp. Zraziło mnie również to, że po 30 latach Eli, dostaje do zjedzenia coś, co jest zapakowane w sposób przed wielkim błyskiem, data ważności 3 dekady? Albo stan opon w samochodach – nóweczki, czas się dla nich zatrzymał, takich szczególików jest jeszcze trochę. Ogólnie rzecz biorąc straciłem dwie godziny, bo mimo iż film nie jest totalną klapą w kolejce czekają na pewno lepsze. 4,5/10