czwartek, 20 stycznia 2011

Żądło (1973), Kolacja dla palantów (2010).

The Sting (1973) – Chicago w latach 30tych dwudziestego wielu to kolebka hazardu, szulerni, różnego rodzaju szumowin, gotowych do wyłudzenia pieniędzy od „jelenia” w każdej chwili. Jeśli do tego dodamy odtwórców głównych ról w osobach: Robert Redford oraz Paul Newman to czy może powstać nudny film? Nie!
Żądło to historia wielkiego przekrętu, to opowieść o zemście za śmierć przyjaciela. Bohaterzy obmyślają sprytny plan, jak ukarać mafioza który pozbawił życia ich przyjaciela. Wymyślili odwet na wielka skalę, zaangażowali do niego pół miasta, ponieważ wszystko musiało wyglądać i wypaść perfekcyjnie. Podczas seansu poznajemy tajniki sztuczek gry w pokera, podmieniania pieniędzy na oczach poszkodowanego, czy przekręty jakie można było w tamtych czasach robić za pomocą telegrafu na wyścigach konnych.
Obraz kręcony bez pomocy komputerów, a oddanie klimatu tamtych lat wypadło przyzwoicie. Ciekawe kadry miasta, gdzie ciężko się dopatrzeć elementów z 1973 (wtedy był kręcony film), wnętrze baru szybkiej obsługi, czy też miejsce spotkań w którym można postawić pieniądze na wyścigi konne, jak żywcem wyjęte z kat historii.
Wspominając bar gdzie za 85 centów można było zjeść posiłek, nawet o 1 w nocy, znowu dopadają mnie przemyślenia jak różniło się życie w tamtych czasach u nas i za oceanem, ale to już rozprawka na kiedy indziej. Film gorąco polecam. 8/10

Diner for Schmacks (2010) – zastanawiając się co by tu napisać o filmie z Stevem Carell, napadała mnie myśl, że im więcej mam tutaj wpisów, to mogę nawiązywać do swoich wypowiedzi, może kiedyś sam siebie będę cytował. Joke.
Wracając do filmu, jak już kiedyś wspomniałem jestem fanem Carella, głównie za The Office. Jak dotąd filmy z nim w roli głównej trzymały poziom i można powiedzieć, że sprawdził się na dużym ekranie. Wspomnieć chociaż jego duet z Tiną Fey w Date Night (widzicie, znowu).
Kolacja dla idiotów, to historia Tima, pracownika wielkiej firmy, gdzie awans jest zależny od solidnej pracy, oraz zajęć poza biurem. Szef zaprasza go na kolację, jego osobą towarzysząca ma być ciekawy, niecodzienny, nietuzinkowy gość z którego można się pośmiać, ot taka burżuazyjna zabawa.
Film odebrałem chłodno, rola jaką dostał Carell była słabo napisana, polegała wyłącznie na beznadziejnych wygłupach, które mnie już nie śmieszą. Jego partner Paul Rudd także niczego interesującego nie pokazał i gdy już miałem sobie odpuścić pojawił się Zach Galifianakis. Ten facet jest obłędny, już nie mogę się doczekać "Zanim odejdą wody". Zagrał oszałamiająco z wdziękiem wcielił się w rolę, to co potrafi wyczyniać podczas przejmowania władzy nad czyimś umysłem zasługuję na uwagę i potrafi rozłożyć na łopatki i podnieść wystawioną przeze mnie ocenę dla filmu. 5,5/10

czwartek, 13 stycznia 2011

The Walking Dead (2010-?, sezon 1), Shrek Forever After (2010).

The Walking Dead (2010-?) – wspominałem kiedyś o AMC, wychwalałem za wcześniejsze produkcje. Tym razem stacja postanowiła zrobić serial na podstawie komiksu o zombie. Pomysł spotkał się z wielkim zainteresowaniem. Pierwsze teasery które ukazały się w internecie, podgrzewały już gorącą atmosferę, jaka powstała wokół serialu. Słyszeć można było, że zapowiada się solidna sztuka, że producenci starają się oddać klimat panujący w zeszytowej wersji The Walking Dead.
Twórcy ze wszystkich sił starali się zainteresować publiczność poprzez liczne akcje reklamowe. Jedna z nich to parady zombie w metropoliach na całym świecie. Trzeba przyznać, że pomysł był świetny, filmiki z pokazów czasami wyglądały zabawnie, ale zdarzały się także z profesjonalnym podejściem do sprawy. Oczekiwania fanów, rosły z dnia na dzień, ludzie liczyli dni do premiery, sposób nakręcania publiczności, wyszedł AMC perfekcyjnie.
Aż w końcu nadszedł czas, by ocenić, zobaczyć czy można zainteresować widza na dłużej niż kilkadziesiąt minut opowieścią o nieumarłych. Po 6 wyemitowanych odcinkach, druga seria jest już pewna, wiem tyle, że będę ją oglądał, ale z nadzieją na rozwinięcie fabuły. Ponieważ największym mankamentem scenariusza jest jego prostota. Są dwa obozy, zdrowi, a po drugiej stronie umarlaki spragnieni ludzkiego mięsa. Bohaterom nie pozostaje nic innego jak walka z wrogiem. Początkowo nie dostajemy żadnych informacji na temat dlaczego doszło do zakażenia, większość wyklaruje się w chyba najciekawszym ostatnim odcinku. Widz w końcu dostaje tam coś więcej aniżeli rozczłonkowywanie „szwędaczy”. Natomiast pierwsze pięć odcinków to poznawanie bohaterów, wspomniana walka o życie i jakby przygotowanie widza do kolejnego sezonu i ostatecznej walki z wirusem.
Podczas oglądania filmu o podobnej tematyce, nie mamy czasu na rozważanie różnego rodzaju sytuacji czy też scen, wszystko skondensowane jest do maksymalnie 90 min. Tutaj już na nieszczęście producentów mamy czas aby sobie to i owo przemyśleć i jakże by inaczej, poddać pod wątpliwość. Pierwsza z brzegu, gdy główny bohater budzi się w szpitalu, po jak mniemam z jego zarostu i wyschniętej wiązanki kwiatów, około 2 tygodniach. Proszę mi wyjaśnić jak można po takim czasie, bez przyjmowania płynów, wstać z łóżka i jak gdyby nigdy nic iść? Scena z okładki, wjeżdżający do miasta szeryf, zajęte są tylko pasy wyjazdowe z miasta. Dlaczego wiedząc, że nikt tam nie będzie chciał wjechać z powodu epidemii nie skorzystano z dodatkowych pasów ruchu? Idźmy dalej, autorzy nie starają się uściślić w jaki sposób można się zarazić, wiemy tylko, że pewnikiem jest ugryzienie przez zombie. Pamiętam scenę gdzie jest mowa o tym by nie mieć kontaktu z zainfekowaną krwią, by w innej zobaczyć aktorów umazanym posoką umarlaków, a wirus jakoś nie atakuje.
Podsumowując, w kilku słowach mogę powiedzieć, że najnowsze dziecko AMC, jest jak długo oczekiwany prezent świąteczny, którym nacieszymy się kilka dni by potem rzucić nim w kąt (wyjątkiem niech będzie otrzymany zwierzak).
Czekam na drugi sezon z nadzieją na fabularne rozwinięcie, na ciekawszy serial, ponieważ sama neutralizacja zombie nie sprawdza się na dłuższą metę. 6,5/10

Shrek Forever After (2010) – to już czwarta część o zielonym trollu, zn ogrze. Jakby na to nie patrzeć forma Shreka spadała po równi pochyłej. Forever After obronił się tylko dlatego, że scenarzyści wpadli na ciekawy pomysł, przeniesienie głównego bohatera w inną czasoprzestrzeń. Pomysł dobry, można solidnie ubarwić fabułę, a na samo jej odkręcenie wystarczy pocałunek zakochanych, jak to w bajkach często bywa. Jednak twórcy przyłożyli się do scenariusza, tak jak przykłada się robotnik do pracy na kilka minut przed końcem zmiany.
Siłą serii był humor, czasami tylko dla dorosłych, ale zawsze. Gdy dzieciaki zaśmiewały się z wyczynów osła, dla dużych dzieci był często jakiś pikantny szczególik, to coś co powodowało, że zostajemy do końca filmu. Tutaj niestety tych żartów jest jak na lekarstwo, a tak w szczególe to nie przypominam sobie by usta me drgnęły chociaż raz.
Liczyłem po cichu na nasz dubbing, jak dotąd się sprawdzał. Niestety w tej kwestii film też poległ na całej linii i nie jest to wina aktorów, mieli po prostu słaby materiał do obrobienia.
Zobaczyłem bo chciałem zakończyć serie, jeśli kiedyś o zgrozo ktoś będzie chciał reanimować zielonego ogra ja już podziękuję. 4,5/10

wtorek, 11 stycznia 2011

Stalingrad (1993), Salt (2010).

Stalingrad (1993) - film produkcji niemieckiej, o ofensywie na Stalingrad widziany oczami niemieckich żołnierzy. Początkowo ciężko było przejść do porządku dziennego z obserwowaniem jak cierpi żołnierz dowodzony przez Hitlera i jaka to wojna jest okrutna. Po czasie okazało się jednak, że obraz nie ma wielbić III Rzeszy, czy też jej działań na froncie, to opowieść o wojnie i jej okrucieństwie. Twórcy podeszli do tematu w sposób rzetelny, dają widzowi konkretny kawałek dobrego kina. Dzieło nie przypomina wielkich amerykańskich produkcji, tutaj postawiono na minimalizm, aktorów i autentyczny przekaz. Zapraszam na seans, przyda się kubek gorącej herbaty. 7/10

Salt (2010) - Daniel Olbrychski, zagrał w produkcji made in USA u boku pięknej Angeliny. Fanem tego pana nie jestem, ale fajnie ogląda się Polaka w tak wielkiej produkcji. Jako, że wielkim aktorem jest to i za oceanem dał radę i co także ważne mówił swoim głosem, czego do końca nie byłem pewien po niektórych zapowiedziach, gdzie był zdubbingowany.
Główna rolę zagrała Jolie, jako Evelyn Salt, agentkę CIA posądzoną o szpiegostwo. Wiadomo, że pracując w agencji wywiadowczej trzeba mieć czyste sumienie, więc naszej głównej bohaterce nie zostaje nic innego jak ucieczka i zabawa z widzem w kotka i myszkę. Reżyser daje sprzeczne informacje co do wiarygodności Salt, ona sama ucieka, skacze, farbuje włosy i dobrze sobie radzi w coraz to większych tarapatach. Film rozrywkowy, można się przy nim odprężyć, zdając sobie sprawę, że rzeczywistość trzeba czasem naginać dla dobrego widowiska. 6/10

środa, 5 stycznia 2011

Złodziej w hotelu (1955), Edward Nożycoręki (1990).

Witam serdecznie w nowym roku. W 2011 założenie powstania bloga pozostaje bez zmian, czyli: krótko o filmie! Zapraszam.

To Catch a Thief (1955) – film nakręcony 10 lat po wojnie, w kraju początki komunizmu, zamordyzm i wszechobecna szarość!, a południe Francji kwitnie. Riwiera opanowana przez bogaczy, plaża, drinki, dobra zabawa istny raj na ziemi. Porównanie sytuacji obu krajów pojawiło się znikąd, wynikło z świadomości czasów w jakich powstał obraz i dobija mnie za każdym razem jak wspomnę Złapać Złodzieja.
Żeby nie zepsuć sobie seansu, szybko musiałem wyzbyć się negatywnych emocji i delektować dziełem Alfreda Hitchcocka. Tym razem snuje historie o ex złodzieju biżuterii, który słynie z fachowej roboty, nie zostawia śladów swojej zbrodni, a jego zwinność porównywana jest do kociej. Po kilku kradzieżach w okolicy, główny bohater staje się celem lokalnej policji. Gdy ta chce go przesłuchać na okoliczność, ten w zwinny i zabawny sposób jej umyka. Podczas ucieczki wsiada do miejskiego autobusu i traf chciał, że siada obok reżysera, te zabiegi w filmach Hitchcocka nie mogą się znudzić.
W głównej roli występuje Cary Grant w duecie z Grace Kelly, wielka to przyjemność oglądać takie partnerstwo na ekranie.
Brakuje w dzisiejszym kinie amantów, tajemniczych kobiet i interesujących interakcji między nimi. Polecam 7,5/10

Edward Scissorhands (1990) – tytułowy Edward (Johny Deep), to twór szalonego naukowca, kogoś kto potrzebuje towarzystwa, bliskiej osoby. Udaje mu się skonstruować „działającego” człowieka, kocha go jak syna, jest dumny z niego i stara się go uczyć jak sobie radzić z życiem w społeczeństwie. Przybrany ojciec nie zdążył, przed swoją śmiercią zaopatrzyć Edwarda w dłonie i tutaj pojawiają się tytułowe „nożycoręce” stworzone już przez głównego zainteresowanego. Brzmi mrocznie prawda?
Cała tajemniczość przemija gdy główny bohater trafia do mam nadzieje, przejaskrawionej rzeczywistości małej amerykańskiej mieściny. Przygarnęła go konsultantka Avonu (mnie ten fakt także zaskoczył), wzięła pod swoje skrzydła i starała pokochać.
Film można traktować jak wiele innych o odmieńcach, o ludziach z problemami adaptacji do życia w grupie tyle, że ten obraz powstał spod ręki Burtona co zapowiada przyzwoity film. Można było stworzyć scenariusz na podstawie życia codziennego w którym aż roi się od takich „dziwadeł”, od konsumpcyjnego społeczeństwa, sąsiadów knujących za plecami czy dewotów religijnych. Jednak reżyser poszedł o krok dalej, demonstruje nasz sztucznego człowieka z nożycorękoma co z samego założenia jest interesujące. Przemycił kilka cech małych społeczności, daje ciekawego głównego bohatera, a to tylko po to by pokazać prawdziwą, niespełnioną miłość... 7,5/10

czwartek, 30 grudnia 2010

Fargo (1996), Serce nie sługa (2005).

Fargo (1996) – plan był prosty: główny bohater potrzebuje na szybko pieniędzy, zleca porwanie swojej żony. Okup ma zapłacić teść, a kasa zostać podzielona fifty fifty między mężem a porywaczami. Sprawa szybko się komplikuje i z niewinnego porwania staje się historią o poważnych czynach i konsekwencjach. Scenariusz do filmu napisało życie, więc nie będę go chwalić, aczkolwiek realizacja i przekazanie widzowi tematu jest na najwyższym poziomie.
Bracia Coen prezentują opowieść bez żadnych upiększaczy czy dłużyzn, zawarli całą historie w 90 minutach, bez skrępowania zapodają widzowi kolejne fakty z wydarzeń z 1987 roku w malowniczym miasteczku Fargo w Północnej Dakocie. Każda postać ma swoje pięć minut w filmie, nawet mąż głównej bohaterki, robiący jajecznice ciężarnej żonie wczesnym rankiem jest ciekawą kreacją. Fabuła wciąga od pierwszych minut i trzyma w napięciu do końca seansu. Budowanie klimatu należy do najlepszych jakie ostatnio widziałem, po takim filmie chce się więcej dzieł Coenów. Polecam 9/10

Prime (2005) – reżyser obrazu, czyli Ben Younger nie wsławił się żadnym dziełem, Serce nie sługa także przeszło by bez echa gdyby nie dobrze obrana obsada. Film pociągły i uratowały od zapomnienia Meryl Streep oraz Uma Thurman. Zagrały przekonująco, zabawnie miło było oglądać z jednej strony wyśmienity warsztat, z drugiej niebanalną urodę. Każdy może sobie sam dopasować co pasuje do której aktorki.
Film opowiada o 37 letniej kobiecie sukcesu, której życie sercowe zaczyna się od nowa po właśnie podpisanych dokumentach rozwodowych. Na drodze spotyka młodego mężczyznę i mimo wielu wątpliwości angażuje się w związek. Rafi, bo tak nazywa się główna bohaterka, uczęszcza na sesje terapeutyczne, dzieli się z swoimi lekarzem przemyśleniami, szczegółami z życia z nowym partnerem i szuka usprawiedliwienia dla zaistniałej sytuacji.
Pierwsze kilkadziesiąt minut to miłe dla oka aktorstwo, interesujący obyczaj bo na pewno nie komedia i pomimo standardowych rozwiązań scenariuszowych dobrze się ogląda. Jest jedno, co potem było wręcz oczywiste, zaskoczenie, wręcz przewrót fabularny i zapowiada się naprawdę dobrze. Lecz im dalej w las tym reżyser zaczyna się gubić, nie może się zdecydować czym ma być film. Przechodzi z lekkiego klimatu w bardziej poważny, muśnie go, by za chwile powrócić do poprzedniego.
Moja ocena całości, została popsuta właśnie przez ww wątpliwości, niezdecydowanie autora, który początkowo sprzedaje nam przyzwoity obraz, by potem, nie wiadomo po co go komplikować. 6/10

Mam zaszczyt zakomunikować, że Fargo to setny film jaki pojawił się na blogu :)

poniedziałek, 27 grudnia 2010

Knight and Day (2010), Sex Drive (2008).

Knight and Day (2010) – zastanawiam się czy mam się narażać odpowiadając na pytanie kto bardziej podobał mi się na ekranie? I, że był to Tom Cruise... Zdziwieni? Partnerką wspomnianego, była Cameron Diaz, jako dziewczyna która zostaje wplątana w aferę o międzynarodowej skali. Za rolę mogę jej postawić dużego plusa, ale uroda już do mnie nie przemawia w żaden sposób.
Fabuła filmu opiera się na ucieczce głównych bohaterów przed zastępami CIA oraz handlarzami bronią którym bardzo zależy na gadżecie jaki jest w posiadaniu agenta specjalnego i przypadkowej blondynki. Roy Miller, zostaje oskarżony o zdradę agencji i za pomocą spotkanej na lotnisku June Havens chce oczyścić swoje imię.
Wybuchowa para to modna ostatnio sensacja o luźnym charakterze, gdzie główne role gra para damsko-męska, trochę na wesoło. Dobrze się ogląda, ciekawe sceny pościgów samochodowych, awaryjne lądowanie samolotu w wykonaniu Cruisa choć mało realne, jest do zaakceptowania. Patrząc krytycznym okiem na całość, można by się czepić kilku szczegółów, scen gdzie nie istniej fizyka czy zdrowy rozsądek, ale po co, film ma bawić i robi to w sposób doskonały. 7/10

Sex Drive (2008) – komedie o amerykańskich nastolatkach szukających dziewczyny odpadają u mnie w przedbiegu. Ale jak często wspominam zaglądam tu i ówdzie i znalazłem ciekawą recenzję Sekspedycji u milczącego krytyka.
Tytuł wyjaśnia wiele z fabuły, dodam tylko, że główny bohater Ian, poznaje dziewczynę w internecie, która chętnie pozbawi go dziewictwa. Przeszkodą jest tylko kawal drogi do przebycia kradzionym samochodem brata. Podróż zaowocuje ciekawymi przygodami, momentami jest zabawnie, a żenujących gagów jest naprawdę mało. Obraz to typowy przerywnik w oglądaniu rzeczy wartościowych, na co czasami sobie pozwalam. Na zimowy wieczór w sam raz. 6/10

środa, 22 grudnia 2010

Trick (2010), Policja zastępcza (2010).

Trick (2010) - Miał to być film o fałszowaniu pieniędzy, przekrętach na najwyższych stanowiskach w kraju, fabuła miała wbijać w fotel za pomocą zwrotów akcji, intryg, spisków, szyfrowanych wiadomości i bóg jeszcze wie czego. Wyszło niemrawo, bez ikry. To jakby oglądać film dla dorosłych z wstydliwym operatorem kamery, który pokazuje wszystko prócz...
Produkt misi zarobić, więc u nas bierze się znanych, lubianych, nie zawsze dobrych, aktorów i się kręci, często niestety niedbale, po łebkach. Byle nawciskać jak najwięcej do scenariusza, zapętlić się, a potem wyjaśnić wszystko w kilka chwil przed napisami. Trick, to pizza z ogromem dodatków, ociekająca tłuszczem z słabej restauracji, kiedy chciało by się dostać dobry, wyrafinowany produkt bez tony żółtego sera i kechupu.
Mimo moich żalów, było coś co rzadkie w polskim filmie, a powinno na dłużej zagościć. Mianowicie, jeśli dobrze sobie przypominam nie słyszałem ani jednego przekleństwa (nie, żeby mi przeszkadzały ale reżyser pokazuje, że czasami można bez ...) oraz aktorzy, mówię tu o Adamczyku i Więckiewiczu, rozmawiali po angielski bez polskiego akcentu!
Polecam zobaczyć mimo wszystko, gdyż polski film który nie przygnębia i nie bije po oczach tandetą zasługuje na uwagę. 5,5/10

The Other Guys (2010) – na jednym z komisariatów w Nowym Jorku, ginie para najlepszych policjantów. Jak można się domyśleć, ktoś musi ich zastąpić. Do tego miana startuje policjant z ambicjami, wydarzenia z przeszłości zatrzymały jego karierę w miejscu oraz gryzipiórek z ciekawym podejściem do życia. Przez dwie godziny panowie robią wszystko by zaimponować komendantowi i pokazać jak bardzo się starają by złapać bandziorów.
Film gdzie główne role grają Will Ferrell oraz Mark Wahlberg (Ferrell odpycha od samego oglądania jego facjaty, dopiero w połowie filmu się przyzwyczaiłem, Wahlberg wielkim aktorem nigdy nie zostanie, po prostu darzę go sympatią) to istna sinusoida, sceny zabawne przeplatają się słabą i momentami żenującą komedią. Gagi często graniczą z dobrym smakiem (orgie bezdomnych w samochodzie jednego z bohaterów, a raczej inspekcja samochodu po), więc albo się uodpornimy albo nie zawracajmy sobie głowy tą sztuką.
Najmocniejszą stroną filmu są związki detektywa Gamble z kobietami i sposób w jaki potrafi je zganić. Nie wiadomo dlaczego ale wszystkie piękności lecą na faceta w idiotycznych okularach, idiotycznym garniturze, wożącego się Toyota Prius. Przykładem tego może być scena, gdzie Gamble „depcze” filmową żonę (w tej roli Eva Mendes, jakby to ująć, hmm, no ładna jest) na każdym kroku, zły ubiór, zła kuchnia przeciętne ciało itp!? 5,5/10

środa, 15 grudnia 2010

Mechanik (2004), Wilkołak (2010).

The Machinist (2004) – Christian Bale zyskał popularność po: Batman Begins, The Prestige, ale film po którym został w ogóle zauważony dla szerszej publiczności to właśnie Mechanik.
Główny bohater pracuje w fabryce, cierpi na bezsenność, schudł do granic możliwości, nie udziela się towarzysko. Jego jedynym zajęciem jest praca i spotkania z prostytutką, jedną osoba której zależy na Treworze. Wydarzenia jakie śledzimy na ekranie są osadzone w dwóch światach: realnym i wyimaginowanym, powodowanym brakiem snu, problemami z psychiką. Koniec końców dowiemy się co było czym, ja nie będę zdradzał, by nie psuć seansu.
Bale zdominował dzieło Andersona (reżyser), autentycznym, szczerym aktorstwem, oraz swoim poświęceniem jakie musiał włożyć w role, dieta jakiej się poddał, była sporym wyzwaniem. Aktor zawładną całym obrazem, wszystko skupia się na nim, reszta obsady jest tylko tłem.
Z rzadka biorę się za kino psychologiczne, gdzie roi się od niedomówień, sekretów, wizji oderwanych od rzeczywistości. Mechanika zobaczyłem z biegu, poszedł impuls i już, nie żałuje. 7,5/10

The Wolfman (2010) – opisywanie interesujących filmów to prosta rzecz, nawrzucanie słabiźnie jest jeszcze łatwiejsze, natomiast streścić swoja opinie o dziele nijakim jest chyba najtrudniejsze. Ponieważ ani się czepiać, a tym bardziej chwalić nie ma za co, niecałe 120 min przelatuje nam przed oczami bez większego problemu ale i bez entuzjazmu.
Jedynie na oprawie graficzne można było zawiesić oko, IX wieczna Anglia wyglądała interesująco, ciekawe zdjęcia, plenery, aczkolwiek już sam wygląd wilkołaka, przeciętny jak na możliwości dzisiejszego kina. Na upartego można jeszcze wspomnieć o klimacie filmu, ponieważ w poprawny sposób oddawał czasy oraz problemy z jakimi stykali się bohaterowie. Nie jest moim zamiarem kogokolwiek odciągać od wilkołaków, jednakowoż* spoglądając na półkę z filmami do zobaczenia, szkoda mi tych dwóch godzin straconych na The Wolfman. 5,5/10

ps: tekst powyżej napisałem jakis czas temu, teraz gdy go czytam i myślę o filmie, przed oczami mam kilka scen i ogólny zarys oraz po przemyśleniu tego wszystkiego, mogę stwierdzić z całą stanowczością, że 2 godziny na The Wolfman nie były tak do końca stracone.


*słówko wyrwane z „Cars”, zawsze mnie bawi, trzeba ratować swój nastrój

czwartek, 9 grudnia 2010

Chłopcy z ferajny (1990), Rambo: Pierwsza krew (1982).

Goodfellas (1990) – De Niro, Joe Pesci i Ray Liotta w filmie Martina Scorsese, zrobili co do nich należało. Reżyser na podstawie książki Nicholasa Pileggi "Wiseguy" oraz prawdziwych wydarzeń, pokazał nam świat gangsterów. Scorsese skupił się na Henry Hillu, przedstawił historię nastolatka, który od zawsze chciał wstąpić w szeregi ludzi wyjętych spod prawa, imponowała mu władza jaką posiadali. Zaczynał od podawania drinków, dostarczania przesyłek a skończył jako szanowany gangster, profesjonalista, człowiek żyjący w oparach alkoholu, narkotyków, władzy, wymuszeń, kradzieży, morderstw.
Obraz zaciekawił mnie od samego początku gdzie widzimy sceny z życia głównego bohatera, on sam komentuje zdarzenia jakich jesteśmy świadkami, przedstawia towarzystwo. Wszystko idzie gładko, kolejne doświadczenia tylko przekonują Henrego, że dobrze wybrał, że gangsterski byt będzie dla niego odpowiedni. Pierwsze kilkanaście minut mija w przyjaznej atmosferze nawet obijanie twarzy listonoszowi, pokazane jest w zabawny sposób (no chyba, że ja mam wypaczony gust), nic tylko rzucić szkołę i dobrze się bawić.
Główna części filmu oddaje realizm podejmowanego tematu, trwa około dwóch godzin ale nie nudzi nawet na moment. Zasługą tego jest oczywiście wymieniona wcześniej śmietanka aktorska jak i sam reżyser. Jako fan kina gangsterskiego, nie dziwią mnie sceny zabijania za błahostkę, bezwzględne egzekucje, problemy z rodziną, kobietami, używkami, a w Chłopcach z ferajny doświadczamy tego na każdym kroku.
Końcówka to ukazany chronologicznie dzień z życia głównego bohatera, jego ostateczny wybór, ciekawe zwieńczenia dzieła. Polecam, klasyk. 8,5/10

First Blood (1982) – Wam też na wspomnienie o pierwszej części Rambo, pojawia się ironiczny uśmieszek na twarzy? Film dobrze wspominany, bo to wspomnienie z dzieciństwa, bo to kasety VHS itd, ale chyba mało kto traktuje First Blood poważnie.
Ja, jako ojciec, mąż, człowiek płacący podatki, w pełni sprawny na umyśle (no, kilka szarych komórek, nigdy już nie wróci), śmiem twierdzić, iż Rambo First Blood to arcydzieło kina rozrywkowego!
Dla przypomnienia, film opowiada o weteranie wojennym. John Rambo po powrocie z Wietnamu, nie radzi sobie z życiem w cywilu. Jego znajomi z oddziału zginęli na polu walki, jedyny ocalały, umarł w domu, zostawiając Johna samego z ciężkim bagażem doświadczeń. Nasz bohater, podczas swojej tułaczki trafia do spokojnego miasteczka z zamiarem zjedzenia posiłku. Natrafia na szeryfa, który daje jasno do zrozumienia, że to nie miejsce dla niego. Owe wypędzenia to przysłowiowa kropa, to początek walki przedstawicieli władz z Bogu ducha winnym żołnierzem.
Film otwiera kultowa już scena na moście, świetny klimat i Sylvester Stallone próbujący z siebie wykrzesać aktora to coś naprawdę niebywałego. Sceny pościgu, skok Johna Rambo z skarpy na choinkę i zszywanie rany, wyglądają bardzo realistycznie. Końcowa scena, gdzie Rambo, daje upust emocją podczas rozmowy z swoim dowódcą, zagrana bardzo dobrze mając na uwadze np. ostatnie dzieło Stallone The Expendables, gdzie moim zdaniem się nie popisał. Polecam 8/10

niedziela, 5 grudnia 2010

Robin Hood (2010), Resident Evil: Afterlife (2010).

Robin Hood (2010) – czytanie, poznawanie opinii innych to podobno dobra rzecz. Rozwija, skłania do myślenia, a to jeszcze nikomu przecież nie zaszkodziło. Tyle, że w przypadku dzieła Scott'a, doszło do tego, że film leżał i czekał na moja uwagę, a twierdzenia, że Crowe jest za stary na Robin Hooda, że film jest za długi, że kilka scen, wątków jest zupełnie niepotrzebnych, kołatały się w mojej głowie na wspomnienie o banicie z łukiem.
Teraz muszę spróbować obalić wspomniane wątpliwości, zaczynając od fabuły. Przedstawiona historia, jest to okres przed tymi prezentowanymi w serialach, dowiadujemy się jak Robin stał łucznikiem o gołębim sercu. Faktycznie niektóre sceny są oderwane od głównego wątku, ale ja odbierałem je jako dodatek do całości. Powiem więcej, chętnie bym zobaczył 6 odcinkowy serial, zmontowany z całego materiału. Bonusy dobrze się oglądało za sprawą Crowe, Blanchett oraz Max'a Sydow. Crowe może i słusznie nie za bardzo pasował wiekiem do odgrywanej roli ale dobrze to tuszował aktorstwem. Ważniejszym zjawiskiem, które spaja film jest postać Marion, zagrana przez wspomnianą wcześniej Kate Blanchett. Kobieta z charakterystyczną urodą, na której temat można dyskutować, ale nie można jest odebrać tego, że jest wspaniałą aktorką. Sceny z jej udziałem jak miały być zabawne to takie były, zagrała tak jakbym tego oczekiwał, jest (jakie to przewrotne stwierdzenie) ozdobą obrazu.
Podsumowując, Robin Hood to dobry film, prezentujący historię legendy, gdzie widać dobrze wydane pieniądze, na stroje, zdjęcie i aktorów. To komercyjny produkt, mający nas zabawić w niegłupi sposób, zarobić pieniądze bez aspiracji na dzieło kultowe, ale to nie wada. 8/10

Resident Evil Afterlife (2010) – jak dotąd seria filmów z Mila Jovovich w roli głównej była dla mnie zadowalająca, spełniała niewygórowane wymagania. Zacząłem przygodę z Resident Evil od trzeciej części, była na tyle interesująca, że zaznajomienie się z pozostałymi częściami było tylko formalnością. Śledząc pobieżnie losy filmu w sieci, ciężko natknąć się na dobre słowa skierowane w jego kierunku. Postanowiłem być przekorny i samemu zobaczyć co oferuje Afterlife.
Początek filmu to trochę akcji, słabe efekty specjalne, naciągane do granic możliwości sceny walki. Pomimo ciężko strawnego startu, oglądałem dalej, tłumacząc sobie, że może się rozkręci i będzie przyzwoicie.
Nie było: fabuły, humoru który mógłby uratować beznadziejne dialogi, brak jakiegokolwiek klimatu, napięcia. Kukiełki przemieszczają się po ekranie, coś mówią miedzy sobą, czasami nawet walczą z „nieumarłymi”, niestety podane w tak okropnie bezpłciowy sposób.
Żeby być uczciwym muszę wspomnieć o jednym interesującym wydarzeniu o zabarwieniu humorystycznym. Tyle, że nie jest to żart zawarty w dialogach, czy tez sytuacyjny, chodzi mi o postać graną przez Wentworth'a Miller'a (sławetny Michael Scofield) Głównym zadaniem Redfield'a, jest pomoc w ucieczce z ..., dokładnie z więzienia! Kiedy jego zadanie wychodzi na jaw, skłonny byłem tylko do wypowiedzenia słowa: seriously? 4/10