Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grace Kelly. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grace Kelly. Pokaż wszystkie posty

środa, 7 grudnia 2011

M jak morderstwo (1954)

Dial M for Murder (1954) – główny bohater odkrywa romans żony (w tej roli wspaniała Grace Kelly), a że jesteśmy w świecie Hitchcoka, nie zostawia jej, ba nie próbuje nawet o tym porozmawiać z małżonką, tylko zwyczajnie planuje morderstwo. Czyn tak skrupulatnie obmyślany, ze wręcz idealny. Tony (Ray Milland), zadbał praktycznie o każdy aspekt tegoż zdarzenia, tak się mu poświecił, że nie wziął jednak pod uwagę czynnika ludzkiego, elementu zaskoczenia, które to sprowadzą na niego nowe wyzwania.
Notatka prezentowana niejako z musu, bo jak nazwać zachłyśnięcie się geniuszem reżysera i prawie bezkrytyczne przyklaśnięcie po napisach końcowych? Film jest dowodem na to, iż rozwiązywanie wielopoziomowej zagadki, dochodzenie prawdy jest w kinie czymś porywającym, pierwotnie pięknym i prezentowanym przez uzdolnionych twórców zawsze będzie lepsze od wielkiej rozpierduchy w dzisiejszym repertuarze. Reżyser stworzył ten obraz w technikolorze i zastosował trzeci wymiar, jednak nie ma to nic wspólnego z komercją papką rodem z XXI wieku. Tutaj liczy się aktor, fabuła i ekstremalnie dobrze konstruowanie napięcie u widza. Ważny jest każdy szczegół jaki obserwujemy na ekranie, a i tak ten szczególny w M jak morderstwo pewnie umknie naszej uwadze i dowiemy się o nim w ostatniej scenie. Choćbym nie wiem jak się starał, nie wymyśle niczego oryginalnego o tym obrazie, bo to co napisałem można przeczytać w każdej z napisanych recenzji wcześniej. Od siebie mogę tylko dodać, ze jestem niezmiernie dumny, ze sięgnąłem (co prawda dopiero drugi raz) po dzieło mistrza suspensu i mogę obiecać, że jeszcze kilka dzieł będzie tutaj opisanych. Genialne kino, gdzie drinki i dym papierosowy to idealne tło pasujące do prezentowanej historii. 9/10

środa, 5 stycznia 2011

Złodziej w hotelu (1955), Edward Nożycoręki (1990).

Witam serdecznie w nowym roku. W 2011 założenie powstania bloga pozostaje bez zmian, czyli: krótko o filmie! Zapraszam.

To Catch a Thief (1955) – film nakręcony 10 lat po wojnie, w kraju początki komunizmu, zamordyzm i wszechobecna szarość!, a południe Francji kwitnie. Riwiera opanowana przez bogaczy, plaża, drinki, dobra zabawa istny raj na ziemi. Porównanie sytuacji obu krajów pojawiło się znikąd, wynikło z świadomości czasów w jakich powstał obraz i dobija mnie za każdym razem jak wspomnę Złapać Złodzieja.
Żeby nie zepsuć sobie seansu, szybko musiałem wyzbyć się negatywnych emocji i delektować dziełem Alfreda Hitchcocka. Tym razem snuje historie o ex złodzieju biżuterii, który słynie z fachowej roboty, nie zostawia śladów swojej zbrodni, a jego zwinność porównywana jest do kociej. Po kilku kradzieżach w okolicy, główny bohater staje się celem lokalnej policji. Gdy ta chce go przesłuchać na okoliczność, ten w zwinny i zabawny sposób jej umyka. Podczas ucieczki wsiada do miejskiego autobusu i traf chciał, że siada obok reżysera, te zabiegi w filmach Hitchcocka nie mogą się znudzić.
W głównej roli występuje Cary Grant w duecie z Grace Kelly, wielka to przyjemność oglądać takie partnerstwo na ekranie.
Brakuje w dzisiejszym kinie amantów, tajemniczych kobiet i interesujących interakcji między nimi. Polecam 7,5/10

Edward Scissorhands (1990) – tytułowy Edward (Johny Deep), to twór szalonego naukowca, kogoś kto potrzebuje towarzystwa, bliskiej osoby. Udaje mu się skonstruować „działającego” człowieka, kocha go jak syna, jest dumny z niego i stara się go uczyć jak sobie radzić z życiem w społeczeństwie. Przybrany ojciec nie zdążył, przed swoją śmiercią zaopatrzyć Edwarda w dłonie i tutaj pojawiają się tytułowe „nożycoręce” stworzone już przez głównego zainteresowanego. Brzmi mrocznie prawda?
Cała tajemniczość przemija gdy główny bohater trafia do mam nadzieje, przejaskrawionej rzeczywistości małej amerykańskiej mieściny. Przygarnęła go konsultantka Avonu (mnie ten fakt także zaskoczył), wzięła pod swoje skrzydła i starała pokochać.
Film można traktować jak wiele innych o odmieńcach, o ludziach z problemami adaptacji do życia w grupie tyle, że ten obraz powstał spod ręki Burtona co zapowiada przyzwoity film. Można było stworzyć scenariusz na podstawie życia codziennego w którym aż roi się od takich „dziwadeł”, od konsumpcyjnego społeczeństwa, sąsiadów knujących za plecami czy dewotów religijnych. Jednak reżyser poszedł o krok dalej, demonstruje nasz sztucznego człowieka z nożycorękoma co z samego założenia jest interesujące. Przemycił kilka cech małych społeczności, daje ciekawego głównego bohatera, a to tylko po to by pokazać prawdziwą, niespełnioną miłość... 7,5/10

niedziela, 31 października 2010

K-PAX (2001), Okno na podwórze (1954).

K-PAX (2001) – nie potrafiłem się zabrać za ten film, leżał tak i leżał a ja miałem ciekawsze rzeczy do roboty. Filmy dobieram z wyprzedzeniem, oglądam listę tego co mam, wybieram gatunek który akurat mi pasuje i bam, siedzę przed TV. K-PAX, nie był mi po drodze, ciężko było mi się na niego zdecydować, aż kiedyś coś mnie tknęło, zobaczyłem i byłem pod wielkim wrażeniem.
Wspomniany K-PAX to planeta oddalona od ziemi o lata świetlne (czyli bardzo daleko) a główny bohater, Prot jest jej mieszkańcem. Przybywa na ziemie, obserwuje, spisuje raport by w końcu wpaść w ręce policji, która szybko dochodzi do wniosku, że należy go oddać pod obserwację psychiatryczną. Prot, w tej roli wspaniały, olśniewający Kevin Spacey, trafia pod skrzydła dyrektora Instytutu Psychiatrycznego na Manhattanie. Mark Powell (Jeff Bridges) bada przybysza, stara się postawić diagnozę ale sprawa się coraz bardziej się komplikuje.
Film można podzielić na dwie części: pierwsza to przybycie Prota, jego opowiadania o K-Pax które są bardzo autentyczne jest w nich odrobina magii, chcemy wierzyć, że mamy do czynienia z kimś obcym a nie z człowiekiem chorym psychicznie. Druga część, już bardziej poważna, zaciera się tajemniczy klimat, obserwujemy stosunki doktor-pacjent.
Polecam, film wyjątkowy. 9/10

Rear Window (1954) – kolejny raz muszę napisać, że nie znałem twórczości wielkiego reżysera, tym razem trafiło na Hitchcocka. Widziałem „Ptaki”, ale to było dawno pamiętam tylko stada atakujących ptaków.
„W Oknie na podwórze” śledzimy historię fotografa, który podczas rekonwalescencji złamanej nogi, zmuszony jest do przesiadywania w domu. Jego głównym zajęciem staje się obserwowanie sąsiadów, sprawę ułatwia wysoka temperatura, wszyscy mają odsłonięte okna oraz specyficzna zabudowa osiedla pozwalająca bez trudu zobaczyć intymne szczegóły z życia innych.
Dzieło Hitchcocka to film zagadka, prowadzony bardzo spokojnie, akcja toczy się powoli ale napięcie narasta z każdą minutą. Sprawa staje się momentami oczywista by za chwilę reżyser zrobił z głównego bohatera człowieka o zbyt bujnej wyobraźni a widz nabiera coraz większych wątpliwości. Polecam, bardzo ciekawy seans. 9/10