czwartek, 28 lipca 2011

Rango (2011)

Rango (2011) – głównym bohaterem filmu jest kameleon. Gad, żyjący wśród ludzi, wiodący spokojny, acz niespełniony żywot. Pierwsze sceny przedstawiają głównego bohatera jako reżysera dyrygującego obsadą, składającą się z plastikowej rybki, tułowia lalki i drzewa o drewnianym talencie aktorskim. Akcja szybko przyspiesza, kiedy samochód w którym podróżuje poczciwy kameleon, napotyka na swojej drodze pancernika (tak mi się zdaje), a kierowca wartkimi ruchami stara się nie zderzyć z samochodami z naprzeciwka. W wyniku szamotaniny, akwarium, dom naszego bohatera, z impetem ląduje na asfalcie. Kameleon poznaje, szczęśliwie ocalonego pancernika, który staje się jego doradzą i przewodnikiem. Rango trafia w końcu do miasteczka Pył. Z wrodzoną skłonnością do przesady, wtapia się w środowisko i szybko zyskuje uznanie lokalnej społeczności. Mianowanie na szeryfa było formalnością, jednak zadanie z którym przyjdzie się zmierzyć nowemu włodarzowi, już takie oczywiste nie będzie.
Całokształt wydaje się być przyzwoity, ale poszczególne elementy składające się na efekt końcowy momentami kuleją. Jako widz ciężko miałem się przekonać do tej historii. Jasne, że można zaakceptować wizję twórców o miasteczku na środku pustyni, zamieszkałe przez drobne zwierzątka pod przewodnictwem zabawnego kameleona. Aczkolwiek wymyślenie tak dziwacznego tworu ma nam raczej zamydlić oczy i sprzedać banalny scenariusz z ciekawą oprawą graficzną. Co z tego, że troska o obraz jest na bardzo wysokim poziomie, jeśli cała reszta ledwo się broni. Humoru, mimo dobrej roli Deppa, praktycznie nie doświadczamy. Historia jest przedstawiona ciekawie, narratorem są cztery sowy, śpiewające o rychłej śmierci szeryfa, która nie następuję. Tyle, że nie powodowały one u mnie salw śmiechu, a tylko myśl, że ktoś to ciekawie zrealizował. Film wygląda jakby na sam przód zrobiono wszystko na komputerze, potem napisano szybko scenariusz, by w końcu na kilka dni zatrudnić Deppa, bo wiadomo, że jego nazwisko na plakacie dobrze wygląda. 6/10

wtorek, 26 lipca 2011

Auta 2 (2011)

Cars 2 (2011) – nie wiem czy to moje piękne oczy, czy to polityka Cinema City, ale przy kasie pani bileterka poinformowała mnie, że 4 letnie dzieci nie płacą! Więc już na początku nasz nastrój przed seansem poprawił się o jakieś 14 złoty. Jednak bardzo szybko podupadł, a podniósł się dopiero na końcu, tuż przed napisami.
Przed pójściem do kina z żoną i dzieckiem, wiedziałem jedno, że może być ciężko. Po tych wszystkich zapowiedziach które widziałem, domyślałem się, że twórcy zaczną film od mocnego uderzenia. Miałem racje, pierwsze 10 minut to strzelanie, groźnie wyglądające postacie, wybuchy i głośna muzyka. Mnie osobiście ten cały zgiełk nie poruszył, ale mój syn siedział już na kolanach żony, z stwierdzeniem: „gdzie stoi nasz samochód, ja chce do domu”.
Na nasze nieszczęście Pixar zdecydował się odejść od wyścigów, rywalizacji, dokonywania wyborów, pokazywania czym jest przyjaźń na rzecz wielkiej bezsensownej rozpierduchy. Przepraszam, były wyścigi, rywalizacja ale tylko jako tło, jako wypełniacz dla filmu szpiegowskiego. Ponieważ znany z swojej gapowatości Złomek, przez dziwne zbiegi okoliczności zostaje wciągnięty w szpiegowską aferę, a główna postać pierwszej części McQueen, zostaje zepchnięty na drugi plan.
Jeśli by podzielić film na cztery części to wyścigi i cała atmosfera wokół nich to tylko 25% całości. Ten malutki fragment filmu, był naprawdę interesujący (z punktu widzenia czterolatka). Kolorowe samochody w pięknie wykonanych sceneriach ścigające się o laur najszybszego. Wtedy mój potomek, spokojnie zasiadał na fotelu, zajadał popcorn i cieszył się filmem. Jednak ta sielanka bardzo szybko się kończyła i znowu trzeba było dołożyć do pieca z nikomu nie potrzebnym wątkiem spisku starszych modeli samochodów, z dominacją nad światowymi złożami ropy.
Animacje Pixara zawsze miały drugie dno, solidne przesłanie (Toy Story jest mi do tej pory obce, ale z zaufanych źródeł wiem, że to prawda), a tutaj ktoś ewidentnie poleciał z widzem w kulki. Zdaje sobie sprawę, że pierwsza część była tylko dobrze zrealizowanym obrazem, bez większej głębi, ale miało to coś. To co zatrzymuje rodzica i dziecko przed ekranem i pozwala im się cieszyć z oglądania filmu. Może mój syn jest jeszcze za mały na takie przygody swojego idola (faktycznego idola, który wzbudził w moim dziecku miłość do samochodów, do wyścigów, a czołówkę tegorocznej GP F1 potrafi wymienić podczas snu), albo zwyczajnie twórcy się nie popisali. Może chcieli zabrać głos w sprawie przyszłości ropy naftowej, ochronie środowiska, nie wiem. Wiem za to, że nam się taki McQueen nie podoba. 4/10

sobota, 23 lipca 2011

The Shield (2002-2008)

The Shield (2002-2008) – jak zacząć, jak opisać dzieło tak wielkie, że ledwo mieści się w pojęciu serialu policyjnego. W jaki sposób okiełznać emocje po zakończeniu ostatniego odcinka. I czy w końcu namawiać kogoś do oglądania The Shield? Ponieważ jeśli ktoś się zdecyduje, to gwarantuję kilkadziesiąt godzin wyrwane z życiorysu, a spoglądanie na produkcje telewizyjne nie będzie już takie samo jak przed zobaczeniem świata oczami policjantów z Los Angeles.
Vic Mackey, dowódca grupy uderzeniowej w najniebezpieczniejszej dzielnicy Los Angeles, Farmington. W jej skład wchodzi czterech oficerów policji, którzy zwalczają przestępczością zorganizowaną na ulicach LA. Gangi opanowały dzielnicę, a chłopaki w tylko sobie znany sposób musieli podołać zadaniu, bronienia obywateli. Robili wszystko by na ulicach był względny spokój, co wiązało się z nie do końca legalnymi środkami perswazji. Praca pod ciągłym ostrzałem, gdzie śmierć policjanta to chleb powszedni wpływa znacznie na postrzeganie rzeczywistości. Nasi bohaterzy starali się związać koniec z końcem polegając tylko na swoich pensjach. Z czasem to przestało wystarczać, a gdy napiszę, że już w pierwszym odcinku dowódca zabija nowo przydzielonego do swojej grupy, gdyż podejrzewa go o zdradę, naszkicuję tylko odrobinę tego co się wydarzy w kolejnych epizodach.
Siłą serialu jest zmyślna fabuła, która bije po oczach szczerością. Począwszy od umiejscowienia komisariatu policji w miejscu które służyło kiedyś za kościół, poprzez surowe zdjęcia, prace kamery z ręki, kończąc na doskonale napisanych rolach. W serialu nie ma dobra i zła, nie ma kolorów białego i czarnego, zawsze znajdzie się drugie dno, większość postaci coś ukrywa, każda ma swojego demona. Regularna obsada grała niczym prawdziwi policjanci, a widz obserwuje film dokumentalny. Jakby tego było mało do serialu zawitały na jeden sezon gwiazdy światowego formatu: Glenn Close oraz Forest Whitaker. Ich kunszt aktorski, a w szczególności Whitakera podziwiałem i zapamiętałem na długo po ich występie.
Shawn Ryan, człowiek odpowiadający za całość, dokonał czegoś niesamowitego. Jego dzieło z sezonu na sezon było lepsze, coraz bardziej wdzierało się w umysł widza. Nie pozwalało spokojnie usiedzieć na krześle podczas oglądania, a próby ogarnięcia zaistniałych wydarzeń często kończyły się porażką. Bałem się, że twórca zabrnął za daleko, że to co proponuje twórca, nie może mieć sensownego końca. Myliłem się, cały siódmy sezon, przygotowywał widza na finał, a ten był zrobiony w genialny sposób, po napisach końcowych pozostało mi tylko zebrać ząbki z podłogi i szlochać, że to już koniec. Gorąco Polecam! 10/10

wtorek, 19 lipca 2011

Niebiańska plaża (2000)

The Beach (2000) – Richard (DiCaprio), młody Amerykanin znudzony miejskim zgiełkiem, wybiera się w podróż do Tajlandii. W hotelu poznaje tajemniczego mężczyznę, po którym widać, że cierpi, że tajemnica którą tłamsi w sobie nie pozwala mu spokojnie żyć. Nazajutrz główny bohater odnajduje przyczepioną do swoich drzwi mapę, domyślając się od kogo może być, udaje się do pokoju nowo poznanego mężczyzny. Szybko okazuje się, że człowiek spektakularnie zakończył swój żywot. Richard, wiedziony swoją podróżniczą naturą postanawia odnaleźć tajemniczą wyspę i dowiedzieć się co mogło skłonić jego sąsiada do tak radykalnych czynów.
Do wyprawy zachęca parę młodych ludzi, wspólnie przemierzają szmat drogi byle by tylko dotrzeć do tytułowej Niebiańskiej Plaży. Za pomocą dobrze rozrysowanej mapy udaje im się to bez większych problemów. Te zaczynają się gdy docierają na wyspę i okazuje się, że raj na ziemi to także zakrojona na szeroką skalę produkcja marihuany, której pilnują „tambylcy” z karabinami maszynowymi jako środkami perswazji.
Pierwsze kilkanaście minut to film przygodowy, o wycieczce, o poznawaniu tajemnicy. W miarę upływającego czasu reżyser ukazuje widzowi, że ludzkie pragnienia i chciwość są jednakowe w wielkich aglomeracjach jak i w urokliwym miejscu na środku oceanu. Scenariusz opary jest na książce Alexa Gerlanda i to do niego mogę mieć pretensje, że umieścił w jednym miejscu gromadkę ludzi uciekających od wielkiego świata, żyjących wedle własnych reguł, z handlarzami i producentami narkotyków. Współistnienie tych dwóch grup jest mało realne, nie wyobrażam sobie sytuacji gdzie jest prowadzona nielegalna działalność, a zarządca niczym dobry gospodarz pozwala obok siebie rozbić obóz, pod warunkiem, że wczasowicze nie będą już nikogo ściągać na tę odludna wyspę.
Następną bolączka filmu jest jego nierówność. Z jednej strony Boyle przedstawia ludzi wiodących spokojny wręcz sielankowy żywot, wyrzekających się całego chaosu współczesnych czasów, by za moment ta sama społeczność była totalnie obojętna na krzywdy innych. Do tego stopnia, że poraniony przez rekina jeden z mieszkańców został wyniesiony do lasu, skazując go tym na śmierć, a to tylko dlatego, że jego wycie z bólu przeszkadzało w dobrej zabawie. Fakt, chcieli go początkowo ratować, jednakże pacjent był coraz bardziej uciążliwy. Niechęć zdradzenia lokalizacji raju na ziemi była ważniejsza od ludzkiego życia.
Pomimo moich wątpliwości film jest wart zobaczenia. DiCaprio już 11 lat temu potrafił porządnie zagrać, jego watek miłosny z Françoise (Virginie Ledoyen) miło podglądać. Dodając do tego ciekawe plenery i plażę którą naprawdę można nazwać rajską, wychodzi, może i lekko przekombinowany, aczkolwiek interesujący obraz. 6,5/10

sobota, 16 lipca 2011

Life (2009)

Life (2009) - dziś nietypowo. Czasami trzeba odpocząć od kina, odstawić na bok produkcje telewizyjne i zobaczyć otaczający nas świat, najlepiej w obiektywie BBC. Filmy dokumentalne pod tym szyldem, są jakością samą w sobie, niedoścignionym przez wielu wzorcem. Dziesięcioodcinkowy materiał zabierze nas w przeróżne zakątki globu, będziemy zwiedzać lądy, oceany, poznawać zwyczaje zwierząt, mechanizmy obronne roślin oraz zasady współistnienia w przyrodzie. Dowiemy się tak wielu ciekawych faktów, że żeby wszystkie zapamiętać, trzeba by robić notatki podczas seansu.
Każdy odcinek zaczyna się trzy minutowym wstępem, który za każdym razem mnie zadziwiał i oczarowywał i w takim stanie trzymał do ostatniej minute każdego z epizodów. Wstęp to połączenie pięknej muzyki, ciekawych ujęć i hipnotyzującego głosu narratora, Davida Attenborough. Myślałem, że te zachęcające otwarcia spowszednieją i z odcinka na odcinek będą słabsze, że powtarzanie tego samego zabiegu może się znudzić. Jednak producenci dokładnie wiedzieli jak zacząć każdy odcinek, czym zachęcić widza do oglądanie.
Prezentowany materiał był nagrywany w wysokiej rozdzielczości, dodając do tego profesjonalizm ekipy produkcyjnej dostajemy przepiękne zdjęcia, które zachwycają swoja kolorystyką, kadrem, a przedstawiana przyroda wygląda naprawdę wspaniale. Tutaj widać na własne oczy ile pracy twórcy musieli włożyć pracy w prezentowany materiał, dziesiątki godzin spędzone w oczekiwaniu na kilkusekundową scenę, na coś niebywałego, to trud który się opłacił. 9/10

piątek, 15 lipca 2011

Złoto pustyni (1999)

Three Kings (1999) – mimo, iż oficjalnie wojna w Zatoce Perskiej dobiegła końca, jest jeszcze sporo do zrobienia. Podczas pełnienia obowiązków grupka żołnierzy znajdują mapę. Okazuje się, że jest to drogowskaz do bunkrów Saddama Husajna gdzie prawdopodobnie znajduje się złoto. Mapa nie dociera do przełożonych, lecz znajduje się czwórka chętnych do odszukania sztabek i zapisania ich na swój rachunek. Tajną akcja dowodzi Archie Gates (George Clooney), który do spółki powołał Chief'a Elgin (Ice Cube), Troy'a Barlow (Mark Wahlberg) oraz Conrad'a Vig (Spike Jonze zagrał bezrobotnego młodzieńca, który przed wcieleniem w szeregi armii zajmował się strzelaniem do puszek po piwie – przerażają mnie tacy ludzie w wojsku). Misja z pozoru prosta, bardzo szybko się komplikuje, a film nabiera rumieńców.
Reżyser uraczył nas rzetelnym przedstawieniem bohaterów obrazu. Nadaje ludzką twarz cywilnej ludności Iraku, daje do zrozumienia, że są przeciwnikami dyktatury i obchodzi ich tylko normalne życie. Z drugiej strony widzimy, że reżim mocno się trzyma i Saddam ma wielu zwolenników walczących w jego imieniu. No i zostaje jeszcze obraz amerykańskich żołnierzy, który w większości filmów wojennych, pomijając te ziejące sztucznym patosem, jest bardzo podobny. Są białe i czarne charaktery, oraz ci po środku z honorem, z dobrym sercem, ale działający po za protokołem, tacy którzy potrafią ewoluować, przystosowywać się do zaistniałej sytuacji. Za tak szeroka perspektywę należy się uznanie.
Pewnie nikt nie zliczył ile powstało filmów o tematyce wojennej, przyjmijmy, że milion – sporo. Więc dlaczego macie oglądać Złoto Pustyni (kolejny raz polski dystrybutor traktuje widza jak idiotę, podpowiada, wręcz streszcza fabułę)? Odpowiedz jest prosta, to dobry film, ogląda się go jednym tchem. Łączy ze sobą elementy filmów wojennych, czarnej komedii i dobrego dramatu, podane z interesująca ścieżką dźwiękową. Dobra kreacje Clooneya, ciekawe zdjęcia i coś co się nigdy nie nudzi – wytykanie błędów amerykańskiej polityce wojennej. Zapraszam 7,5/10

poniedziałek, 11 lipca 2011

Tron: Dziedzictwo (2010)

TRON: Legacy (2010) – wspaniały, niesamowity, dopracowany w każdym szczególe, zostający ze mną nawet gdy krążek przestaje się kręcić. Pozwala zapomnieć o otaczającym nas świecie, ukazuje nowy wymiar w którym chce się zanurzyć i pozostać na dłużej. Mówię oczywiście o albumie z ścieżką dźwiękową autorstwa zespołu Daft Punk, podobną opinię o filmie napisałbym tylko pod przymusem, ewentualnie w artykule sponsorowanym. Nic z tych rzeczy nie miało miejsca, więc zapraszam na mały wykład, dlaczego Tron Legacy nie dorównuje soundtrackowi.
Dwudziestosiedmioletni Sam Flynn, dorastał bez ojca, który zaginą w tajemniczych okolicznościach. Sam dostaje wiadomość, że ojciec może jednak żyć i potrzebować jego pomocy. Okazuje się, że senior Flynn (Jeff Bridges), geniusz w świecie informatyki, wynalazca, został uwięziony w wirtualnym świecie. Syn odnajduje tajemne biuro ojca i ku swojemu zdziwieniu także ląduje w wirtualnej przestrzeni. Wpada w sidła zastawione przez CLO, wirtualnego odpowiednika starszego Flynn'a, któremu znudziło się bycie podwładnym, a i władza w niematerialnym świecie powoli przestaje mu wystarczać.
To co najbardziej doskwiera filmowi to nuda, to brak jakiejkolwiek więzi z bohaterami i całkowita obojętność na to co się za chwilę wydarzy. Twórcy nie potrafili mnie zainteresować, bądź co bądź ciekawą, historią. Stworzyli doskonale wyglądający komputerowy świat, ale zapomnieli o fabule. Gdyby nie wychwalana wcześniej muzyka i kilka bodźców z otoczenia (kawa się sama nie zrobi, a tym bardziej nie przypełznie na stolik) pewnie bym zasnął. Był bym zapomniał, jest jeszcze jeden szczegół który podnosił mi ciśnienie i nie pozwolił oddalić się w krainę snu. Komputerowo wygenerowana twarz młodego Bridges'a wyglądała cholernie sztucznie. Problemy z mimiką i te „martwe” spojrzenie przyprawiały mnie za każdym razem o małą histerię. Dziwię się, że producenci wypuścili tak nie dopracowany efekt specjalny. Innowacyjny, ale jednak jeszcze nie do końca dobrze wykonany, a przez to odbiór całości zostaje zakłócony.
Dźwięki zapodane przez Daft Punk górują nad filmem, wydaja się być stworzone przez profesjonalistów, którzy lubią swoja robotę. Dzieło Francuzów rozbrzmiewa przez cały film z różnym natężeniem, jest w nim sporo życia, zróżnicowania, energii, czego niestety o obrazie powiedzieć nie można. 5,5/10

piątek, 8 lipca 2011

Tożsamość (2011)

Unknow (2011) – Martin Harris (Liam Neeson, kolejny film w którym aktor gra w podobny sposób, ale nie przeszkadza to w jego odbiorze) wraz z małżonką wybierają się na szczy biotechnologiczny w Berlinie. Po przybyciu do hotelu, okazuje się, że jedna z walizek, ta z paszportami została na lotnisku. Martin bez konsultacji z żoną, wsiada do taksówki i pędzi po zgubiony bagaż. Samochód którym jechał wpadł w poślizg, przebił barierę ochronną i wpadł do rzeki. Głównego bohatera od utonięcia uchroniła kobieta kierująca taksówką, heroicznymi posunięciami wyciągnęła nieszczęśnika z pojazdu na brzeg. Harris w ciężkim stanie wylądował w szpitali i cztery dni przeleżał w śpiączce. Po przebudzeniu powoli odzyskuje pamięć, ale ma coraz większe wątpliwości co do swojej tożsamość. Znane mu otoczenie, nawet żona, uważają go za szaleńca, a Martin bez dowodu tożsamości nie jest w stanie udowodnić swoich racji.
Lubię Neesona za jego grę, może mało wyszukaną, a jednak dająca się lubić. Filmy o podobnej tematyce także nie są mi obce, ale ten konkretny mi zwyczajnie nie podszedł. Trwał dwie godziny, a przy napisach końcowych zastanawiałem się o czym on właściwie był. Faktem jest, że fabuła jest rozbudowana, wypełniona po brzegi zwrotami akcji, a mimo to nie wciąga. Elementy układanki które z wolna odkrywa bohater są konkretne i powinny się widzowi podobać, mnie nie wzruszyły kompletnie, za dużo w tym wszystkim sztuczności. Załoga aktorska, oprócz Neesona, który z natury jest trochę drewniany, zagrała bardzo niemrawo, brakowało chemii, nie mówiąc już o jakiejkolwiek empatii z strony zjadacza popcornu. Jedyną drugoplanowa rolą która udała się twórcą, była postać Ernsta Jürgen, zagrana wyśmienicie przez Bruno Ganz. Kreacja z krwi i kości, tajemniczy, charyzmatyczny, bez większego wysiłku przykuwał moją uwagę. Można, aczkolwiek nie nalegam. 5/10

moje wakacje powoli dobiegają końca, na pocieszenie publikuje wpis, a czytelników gorąco pozdrawiam z Międzywodzia! :)

wtorek, 28 czerwca 2011

Inwazja: Bitwa o Los Angeles (2011)

Battle Los Angeles (2011) – konsumpcja wielkiego tłustego hamburgera, podanego z frytkami i kolą, nie jest żadnym wyzwaniem. Ten sam posiłek zjedzony w otoczeniu amerykańskich flag, w towarzystwie amerykańskich patriotów, którzy swojego hymnu słuchają na stojąco z ręką na sercu, a w wolnych chwilach wychwalają ojczyznę pod niebiosa, może okazać się strawą trudną do przełknięcia.
Nasza biedna planeta zostaje zaatakowana przez najeźców z kosmosu. Ziemskie radary, satelity początkowo zaobserwowały, że w kierunku ziemi zmierza kilkanaście obiektów, mając je za meteoryty. Jakie było zdziwienie wojska, kiedy okazało się, że to statki obcych, a w nich Ci którzy nie chcą rozmawiać. Przylatują, rozpiepszają wszystko wokół, mając za nic ludzkie życie. Nie popuszczą nikomu, likwidują wszystko co stanie na ich drodze. Nasze dziedzictwo, kultura, nauka, dobra kopalne nie robią na nich wrażenia, pragną „tylko”... (dla ułatwienia i bez zbędnego spoilerowania podpowiem tylko, że wzór chemiczny tej substancji to H2O). Słabiutki opis, prawda? A jaki do cholery ma być, przy filmie tak przeładowany amerykańskim patosem, że momentami trzeba odwracać wzrok od ekranu, a na pilocie gorączkowo szukać klawisz z magicznym mute.
Nie czepiam się fabuły, ponieważ tu z założenia chodzi o wielka rozpierduchę. I jeśli tylko pod tym aspektem oceniać dzieło Jonathana Liebesman, to Bitwa Los Angeles wypada nawet dobrze. Widz dostaje sporo walki, dużo strzelania, filmowanie z ręki i ogrom wybuchów od których sąsiedzi cierpią katusze. To co najbardziej uwiera w tej produkcji to przesłanie, to wychwalanie amerykańskości na każdym kroku. Sceny, gdy ktoś ginie, gdy dzieje się coś smutnego, zwalniają, podkład muzyczny robi się w ckliwy, a od propagandy wojskowej robi się niedobrze. Chwilami miałem wrażenie, że oglądam film instruktażowy dla młodych adeptów chcących zostać Marines, który ma w nich wyrobić poczucie przynależności, braterstwa, oraz wpoić, że oddanie życia za swój kraj jest czymś wspaniałym.
Za agitacje dziękuję, reszta ledwo się broni. 5/10

niedziela, 26 czerwca 2011

Znudzony na śmierć (2009-? sezon 1)

Bored to Death (2009-?, sezon 1) – o serialu słyszałem już dwa lata temu, widziałem plakat, producent, czyli stacja HBO także był mi znany. Nie wiem czym to było spowodowane (teraz bije się w pierś), ale nie zainteresowałem się obsadą, a jeden z moich ulubionych aktorów komediowych dopiero co wypływał na szeroki wody. I gdy śledziłem na IMDb karierę pana Galifianakisa, nie trudno było zobaczyć, że gra w tym serialu. Nie pozostało mi nic innego jak go zdobyć, zobaczyć i dla Was ocenić.
Fabuła Znudzonego na śmierć, opowiada o pisarzu (Jason Schwartzman jako Jonathan Ames, nie znałem aktora, ale po ośmiu odcinkach można stwierdzić, że idealnie pasuje do roli) który po napisaniu pierwszej powieści stracił wenę.
Na domiar złego, za skłonności do przesadzania z ilością spożywanego alkoholu i palenie „zioła” rzuca go dziewczyna. Pewnego wieczoru, siedząc w pustym mieszkaniu, otoczony tyko stertą książek, z których wiele to kryminały, postanawia zostać nielicencjonowanym detektywem. Jonathan utrzymuje się z dorywczej pracy dla wydawcy kobiecego pisma, George Christophera (w tej roli zobaczymy znanego starszym wyjadaczom seriali, Teda Dansona). Podstarzałego wielbiciela kobiecego piękna, amatora palenia specyfików oficjalnie zakazanych w USA oraz wielkiego przyjaciela Jonathana. Dla równowagi drugim kompanem w życiu głównego bohatera jest, postrzelony, zakręcony jak świński ogonek, rysownik komiksów. Człowiek bez pieniędzy, żyjący z kobietą która nie daje mu tego czego pragnie i ogólnie rzecz biorąc najjaśniejsza gwiazda serialu, czyli Zach Galifianakis jako Ray Hueston.
Coś jest w tytule serialu, w dobrym tego słowa znaczeniu. Osiem odcinków pierwszego sezonu nie obfituje w nadmiar akcji, nie ma (całe szczęście) salw śmiechu publiczności, twórcy nie silą się na tworzenie niezliczonej ilości gagów. Scenariusz pobieżnie dotyka problemów z pracą, kobietami, pokazuje czym jest prawdziwa męska przyjaźń, a to wszystko w oparach zielonej, leczniczej substancji. I tak z odcinka na odcinek śledzimy losy bohaterów, często odurzonych, radzących sobie lepiej, raz gorzej z problemami życia codziennego, byle do przodu, byle z dopalaczem. Polecam. 7,5/10