Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Simon Pegg. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Simon Pegg. Pokaż wszystkie posty

środa, 9 października 2013

W ciemoność. Star Trek (2013)


Star Trek Into Darkness (2013) – druga część „nowego” Treka to tak naprawdę pierwsza (magia kina), poprzedzająca wydarzenia z obrazu Gniew Khana (1982), gdzie kapitan Kirk ma do wyrównania rachunki z potężnym przeciwnikiem. Teraz w XXI wieku, za sprawą dosyć zawoalowanych okoliczności poznajemy przyczyny tegoż spotkania. 
W dalszym ciągu słysząc kapitan Kirk, Spock czy też kiedy wspomina się o doktorze mam na myśli aktorów wcielających się w te role jako pierwsi. Nowe pokolenie nie jest jak stara gwardia z Wiliamem Shatnerem na czele, ale powoli (w końcu to dopiero druga odsłona) zaczynam się do nich przekonywać. Symbolicznym łącznikiem miedzy starym, a nowym, między tym co wielbimy, a tym co chcemy wielbić jest postać w jaką wciela się Simon Peg. To jego rola, jego postać przyzwyczaja widza do nowej odsłony statku Enterprise, co dla zatwardziałych fanów nie jest łatwe.
Star Trek: W ciemność, to pomijając nostalgię za czasami gdzie świadomość o szkodliwości i niebezpieczeństwie pewnych substancji nie była pospolita, jest całkiem udanym filmem. Jasne, że twórcy posiłkują się amerykańskim przywiązaniem do najnowszej historii, ale zwyczajny europejczyk także da sobie z nią radę. Kto w końcu nie pamięta wydarzeń z 11 września, które wyglądały łudząco podobnie do ostatnich sekwencji w filme. Twórcy ID wykorzystali także inny motyw z historii działań około wojennych, kiedy w drugiej części filmu jeden z bohaterów zostaje uwięziony w skażonym radioaktywnie pomieszczeniu. Jednoznacznie przywodzi to na myśli obraz K-19 i wydarzenia 1961 roku. Nie mnie decydować czy to  rodzaj hołdu dla załogi Radzieckiego okrętu  podwodnego, czy tylko zapożyczenie, ale z pewnością to ukłon w kierunku tegoż wydarzenia. 
Wspaniałe widowisko. Na seans zaprasza zagorzały fan oryginalnego Star Treka. 8/10

poniedziałek, 28 maja 2012

Mission: Impossible - Ghost Protocol (2011)

Mission: Impossible - Ghost Protocol (2011) – serie znam tak samo dobrze jak poranną morską bryzę, będąc mieszkańcem południa Polski. Do czasu kiedy Cruise wystąpił w epizodycznej roli w Jajach w tropikach, nie mogłem przekonać się do tego aktora, a jako świadomy widz miałem prawo mieć wątpliwości co do jakości filmu w jego kolejnej odsłonie. Założenia i skreślenie filmu legło w gruzach, kiedy po premierze obraz zbierał wiele pochlebnych recenzji.
Historia, przeciwności jakim przyjdzie się zmierzyć bohaterom w tego rodzaju kina musi być ostateczna, globalna i wypełniona nowinkami technicznymi dostępnymi tylko dla tajnych agencji o których sam Bóg nie ma pojęcia. Pokrótce wieść gminna głosi, że świat stanął na granicy wybuchu wojny nuklearnej. Naprędce zebrana grupa musi odnaleźć człowieka stojącego za zamachem tysiąclecia, który wszedł w posiadanie wszystkich gadżetów by z przyczajonej gdzieś w głębinach oceanu łodzi podwodnej wystrzelić najstraszniejszą broń masowego rażenia.
Jeśli tak mają wyglądać kolejne części sag sensacyjnych, jeśli można wykrzesać tyle energii po którymś razie z rzędu to biorę produkcję z Cruisem w ciemno. Obraz zawiera wszystkie elementy składające się na wyśmienitą sensację, film szpiegowski, obraz który po prostu ma ucieszyć widza. Zawiera ciekawe twisty, wielowymiarowych bohaterów potrafiących zaskoczyć w najmniej oczekiwanym momencie. Akcja potrafi mimochodem zmienić kontynent by nacieszyć widza innymi widokami, przenieść ciężar akcji do innej lokacji tylko po to by było na bogato.
Dopełnieniem tegoż udanego dzieła jest obsada z Tomem Cruisem i Simonem Peggiem na czele. Pierwszy z nich potrafi być zabawny, przywódczy jeśli potrzeba i przede wszystkim da się go lubić. Pegg od kilku filmów imponuje mi aktorsko, jego czas spędzony na ekranie wpływa pozytywnie na obraz, ale także od strony jaką pokazuje w mediach, sprawia wrażenie przyzwoitego, pełnego humoru i dystansu do życia faceta. Aktor odchodzi trochę w Mission od dotychczasowej roli błazna, daje od siebie więcej aniżeli to do czego nas przyzwyczaił, choć drobnymi gestami, krótkimi hasełkami potrafi rozbawić widza, który nie ma nic przeciwko by widzieć artystę w takim repertuarze. Zespół uzupełniają Paula Patton oraz Jeremy Renner. Aktorce piękna nie można odmówić, talentu także choć nie miała wielkich możliwości do rozwinięcia wachlarza umiejętności. Renner zaszokował swą rolą, zaskoczył tym w kogo się wcielił i jakoś mi nie pasował ale to jeden z tych momentów, jedna z tych niespodzianek na które warto czekać. 8/10

sobota, 27 sierpnia 2011

Paul (2011)

Paul (2011) – zabierając się za produkcje tego typu można bardzo łatwo wpaść w pułapkę i zaprzepaścić nawet najlepszy pomysł. Z drugiej strony trzeba mieć także sporo odwagi by wyprodukować film gdzie w głównej roli zobaczymy kosmitę, a nie będzie, to tak popularna ostatnio, zagłada z strony obcych cywilizacji. Twórcy Paula poszli w innym kierunku, pewnie dlatego, że scenariusz wyszedł spod rąk dwójki Brytyjczyków najlepiej sprawdzających się w komedii, Simon Pegg oraz Nick Frost.
Tytułowym bohaterem okazuje się niski, zielono-szarawy, kłapiący językiem bez opamiętania przedstawiciel poza ziemskiej cywilizacji. W strefie 51 rozbija się jego statek, on sam trafia pod nadzór amerykańskiego rządu. Podczas projekcji okaże się, że współpracował z wojskiem, pomagał ludziom, a jego wkład w popkulturę jak się przekonacie był ogromny. Kiedy zdradził już wszystkie tajemnice, którymi chciał się dzielić okazał się zbędny. Wiedząc co go czeku, ucieka z placówki. Na swojej drodze napotkał dwójkę przyjaciół, którzy akurat wracali z Comic-Conu. Graeme i Clive to fascynaci komiksów, superbohaterów, to dorośli mężczyźni dla których spotkanie UFO to życiowe marzenie. Marzenie które się spełniło, może nie całkowicie bezboleśnie ale z wielkim wstrząsem dla obu stron.
Twórcom udało się, zatrzymać mnie do napisów końcowych, ale chwilami było pod górkę. Anglicy w swoich rolach czuli się jak ziemniaki w MC. Dzięki ich grze, możemy szybko zapomnieć o żenujących żartach i braku zdecydowania z ich strony podczas pisania scenariusza. Bowiem z lekkiej komedii chcieli wyciągnąć coś więcej. Zabrali się za moralizowanie w kwestii wiary, może i w zabawny sposób ale chyba tylko dlatego, żeby zrobić trochę szumu wokół filmu i zdenerwować kilku dewotów, moim zdaniem to droga na skróty.
Po za wspomnianymi aktorami, reszta obsady w ogóle nie istniała. Dwoje głupkowatych agentów którzy mieli rozśmieszyć, zwyczajnie denerwowali słabą grą. Znane twarze jak Sigourney Weaver, Jason Bateman czy użyczający głosu Paulowi, Seth Rogen także nie specjalnie pomogły w odbiorze obrazu. Reasumując, mogło być dobrze, a jest średniak który ma przebłyski dobrej komedii. 6/10