poniedziałek, 12 marca 2012

13 zabójców (2010)

Jûsan-nin no shikaku (2010) – 5 marca 1844 roku Zusho Mamiya popełnia harakiri. Czyn odebrany jest jako akt sprzeciwu wobec postawy lorda Naritsugu, człowieka mającego zostać głównym doradcą samego Shoguna. Lord, jako osoba mające ogromne koneksje polityczne wprawiał w czyn powiedzenie, że życie docenia się bardziej, gdy wokół obecna jest śmierć, mordując swoją służbę ot tak, solidnie się przy tym bawiąc. Jego zamiłowanie do okrucieństwa, śmierci miało mieć katastrofalne skutki kiedy będzie doradzał głowie kraju. Szybko dochodzimy do momentu kiedy zostaje opracowany plan uśmiercenia szaleńca, którym zajęło się 13 śmiałków gotowych oddać życie w słusznej sprawie.
Film składający się jak łatwo przewidzieć z dwóch części, zachęca do oglądania każdej z nich w równym stopniu. Początek wymaga odrobiny skupienia (trzeba było sprawdzić kim tak konkretnie był Shogun), ale nawet bez dostępu do informacji można się połapać w fabule. Pierwsza z nich przedstawia realia jakie panowały w Japonii w połowie XIX wieku. Już na otwarciu reżyser daje widzowi poznać czym w kraju kwitnącej wiśni był honor Samuraja. Poznajemy tutaj bohaterów, co prawda w sposób bardzo skrótowy, jednak wystarczający by poczuć więź z postaciami wybierającymi się na misje. Co ciekawe mimo poważnej atmosfery, scen które do zabawnych nie należą, a dosadnej ukazują okrucieństwo lorda, reżyser wplótł kilka zabawnych dialogów, sytuacji przez które obraz stał się bardziej autentyczny. Bo misja, nawet ta skazana na niepowodzenia to jedno, a chwile spędzone na dotarciu do wyznaczonego celu i humor pomagający zachować trzeźwy rozum to drugie. Kiedy bohaterowie docierają i przygotowują miejsce gdzie ma odbyć się zamach, film nabiera tempa i przez 40 minut dane nam będzie zobaczyć jedną z najlepiej zrealizowanych scen walki w ostatnich latach. Plan bitwy, wzięcie wroga z zaskoczenia, choreografia każdej jednej potyczki, każdego zamachnięcia mieczem zrealizowano po mistrzowsku. Osobiście zauważyłem tylko dwie wpadki i to z winy speca od efektów. Zastosowanie cyfrowych zwierząt niestety nie wyszło najlepiej. Na szczęście w żaden sposób nie psuje to seansu, a ten był zabójczo dobry. 7,5/10

czwartek, 8 marca 2012

Hugo i jego wynalazek (2011)

Hugo (2011) – życie recenzenta, podczas narodzin kina było banalnie proste. Kiedy pociąg wjechał na stacje kolejową, publika w szoku ucieka z sali kinowej, albo obraz o wyprawie naukowców na księżyc, lądujących w oku ciała niebieskiego. To musiało się podobać, nikt nie dyskutował, nie nadinterpretował intencji autora. Dziś jest odrobinę inaczej, filmy są dłuższe - oceniać mogą je wszyscy, efekty specjalne specjalniejsze, ale zasada pozostaje taka sama. Wizyta w kinie ma poruszać wyobraźnię, ma cieszyć, musi zrobić cokolwiek byle by tylko narząd pośrodku klatki piersiowej zmienił rytm.
Martin Scorseze przedstawia historię chłopca, syna zegarmistrza, który musi sobie radzić sam po śmierci ojca. Potajemnie mieszka na paryskim dworcu, nakręca zegary i zbiera części do tajemniczej maszyny. Pragnie ją naprawić i wierzy, że metalowa zabawka przekaże mu wiadomość z zaświatów od ojca. Przyłapany na kradzieży, traci notatnik z zapiskami pozwalającymi „ożywić” urządzenie. Strata notatek przynosi mu jednak interesującą znajomość, kluczową w rozwiązaniu problemu.
Twórca wspomina w swoim dziele pionierów kina, nakręcił film ku chwale iluzjonisty, reżysera Georga Melies z wspaniałym wyczuciem tematu. Na każdym kroku obserwujemy miłość do kina, do jego początków i ogromną chęć do zadowalania widza. Oscary w kategoriach: efekty specjalne, scenografia i zdjęcia mówią same za siebie, nawet kiedy nie zawsze się zgadzamy z wyborem akademii. Każda scena w przepełnionym magicznym atmosferą filmie cieszy oczy, zostaje w głowie na dłużej i przypomina za co kochamy X muzę. Cieszę się, że twórca nie szczędził środków na produkcję, że mógł zrealizować dzięki temu pierwszorzędne widowisko, wystawiając porządną laurkę dla przemysłu filmowego.
Na koniec kilka słów o obsadzie aktorskiej. Ta starsza zagrała dobrze, bez potknięć. Ta bez dowodów osobistych w szczególności odtwórca roli Hugo, Asa Butterfield miał kilka słabszych scen, ale za kilka lat wraz z świetną Chloë Grace Moretz para może wzbudzać kontrowersje. Przydzielone role pasują do ich odtwórców, więc co powodowało by zatrudnić błazna, prześmiewcę dzisiejszej kultury, Sashhę Barona Cohen? W sumie powód jest mało istotny, Brytyjczyk sprawił, ze to cudne dzieło jest jeszcze lepsze. Jego akcent, maniera w głosie sprawia, że chciało by się go słuchać cały czas. „Another orphan” czy też wykrzyczane na dworcu do młodego złodziejaszka „paper bag” brzmi pysznie. Komik wykonał świetną pracę, daje się zauważyć, że kiedy prowadzi go wielki reżyser, potrafi wywołać pozytywne emocje. 8,5/10

Ogłoszenie: przeglądając odpowiedzi google na temat mojego bloga, natknąłem się na kanał z youtube o takiej samej nazwie jak moja. Z tego miejsca chciałbym wyjaśnić, że nie mam nic wspólnego z jego autorem, ZygfrydemQ. Zbieżność nazw przypadkowa, z wskazaniem, że ta na blogspocie była pierwsza.

poniedziałek, 5 marca 2012

Cop Land (1997)

Cop Land (1997) – ktoś kojarzy Bartka? Drzewo, konkretnie dąb z województwa świętokrzyskiego, trzymany przy życiu wszelkimi sposobami. Ten pomnik przyrody z bliska wygląda jeszcze bardziej żałośnie aniżeli na fotografii. Człowiek niemal współczuje tej hybrydzie drzewa, metalowych wsporników i podoczepianej kory, zdartej z innych drzew. Nie, nie zajmuje się od dziś dendrologią, zwyczajnie oglądając Copland przypomniały mi się wakacyjne wojaże, obcując z Sylwestrem Stallone doszedłem do wniosku, że ma sporo wspólnego z drzewem „rosnącym” w leśnictwie Bartków. Oba dinozaury przeżyły już swój triumf, znajdują się po za czołówką, a jednak trzymanie się za wszelką cenę na powierzchni nie jest bezcelowe, zarówno Bartka jak i Sylwestra przyjemnie jest zobaczyć, miło spędzić z nimi czas i powspominać stare dobre czasy.
Uparłem się na jednego aktora, ale nie występuje on tutaj sam. Jest także Robert De Niro, Ray Liotta oraz Harvey Keitel. Panowie wcielili się w role policjantów i szeryfa (z filmu dowiaduję się, że szeryf jest niższy rangą od NYPD). Przypadło im zagrać role skorumpowanych stróżów prawa. Jedynie szeryf Freddy Heflin ma odwagę postawić się kolegom i wykonać robotę wedle reguł. Nie jest to oczywiście łatwe w miasteczku zamieszkałym przez znajomych z pracy, kiedy nikt nie chce pomóc, a na zdrajcę czeka śmierć.
Film o prostej fabule z ślamazarnym tempem i aktorstwem przez małe a, jakoś trzyma przed ekranem. Scenariuszy o podobnym przebiegu można by wymieniać bez końca, ten odtwarza konkretna ekipa nie starając się podskoczyć wyżej niż to potrzebne. Obraz to krytyczne spojrzenie na nowojorska policję, na funkcjonariuszy skorych do przekraczania wszelkich granic. Wykonany solidnie z przytupem o korupcji, lojalności o tym, że nikt nie jest ponad prawem. 7/10

czwartek, 1 marca 2012

Bilardzista (1961)

Hustler (1961) – Eddie zarabia na życie jako bilardzista. Jeździ po kraju, odwiedza lokale z stołami bilardowymi i podstępem zaprasza do gry. Klasycznie podpuszcza potencjalnego przeciwnika, przegrywając kilka partii, by koniec końców odejść zwycięsko od stołu. Na jego drodze pojawia się zawodnik do którego trzeba podejść z szacunkiem, a lekceważenie jego umiejętności może skończyć się źle. Podczas trwającej ponad dobę rozgrywki, przez swoją arogancję przegrywa sporą sumę pieniędzy. Jak się później okaże nie tylko jego duma ucierpi w pojedynku.
Obraz to nie tylko rozterki głównego bohatera z samym sobą z brakiem samokontroli i przerośniętym ego. To również próba ukazania związku partnerskiego dwojga ludzi z problemami, topiącymi smutki w alkoholu, oderwanymi od rzeczywistości. Reżyser pokazując co może wynikać z związku dwojga ludzi, chciał by jego film miał głębię, drugie dno. Jednak to wątek sporych rozmiarów, który ni jak nie wpisuje się w klimat historii. Gdyby wyciąć sceny romansu głównego bohatera, obraz byłby oczywiście o wiele krótszy, ale zyskałby na dynamizmie i przesłaniu. Bowiem twórca doskonale rozrysował tę postać, jego droga wydaje się być oczywista. Rozwodzenie się nad intymną sferą życiową wygląda na wciśnięte na siłę tylko po to by usprawiedliwić niektóre kroki bilardzisty, bez czego mogło by się obejść.
Na koniec chciałbym wspomnieć o odtwórcy roli Eddiego. Paul Newman pokazał się jako świetny, charyzmatyczny aktor który idealnie panował nad zielonym płótnem (tutaj tylko w odcieniu szarości). Jasne, że sceny z rozgrywki można było kręcić wielokrotnie, ale raz, że tego nie widać, a dwa aktor tak naturalnie trzymał kij, że wyglądał niczym zawodowiec. 7/10

poniedziałek, 27 lutego 2012

Kłopoty z Harrym (1955)

The Trouble with Harry (1955) – spokojne amerykańskie miasteczko, jesień w pełni, życie toczy się swoim niespiesznym rytmem. Spokoju mieszkańców nie zakłóca nawet pojawienie się Harry'ego w roli trupa. Denata znajduje chłopczyk, czym prędzej przyprowadza na miejsce prawdopodobnej zbrodni swoją matkę. Ta wiedząc kim jest stygnący dżentelmen, przekonuje syna, że zastała ich sytuacja nie jest niczym nadzwyczajnym. Losy umrzyka, powód jego przejścia na drugą stronę są głównym motywem obrazu. Bohaterowie jakkolwiek zaangażowani w ten niecny czyn będą musieli pozbyć się ciała, oraz ukryć ten fakt przed wścibskim przedstawicielem władzy.
Hitchcock zaskakuje od pierwszej sceny, witając widza bogatą paletą barw. Kolorowy pejzaż nie przypomina odcieni które zazwyczaj pokazuje twórca. Tutaj reżyser pławi się w jesiennej atmosferze wywracając swój pomysł na film do góry nogami. Co z tego, że trup pojawia się bardzo szybko, skoro obraz to odskocznia od dotychczasowego repertuaru. Mistrz pokazuje swoje drugie ja, demonstruje jak za pomocą prostych środków, nie skomplikowanej, a przy tym inteligentnej fabuły zrobić dobrze publiczności.
Obraz to świetna komedia, szczęśliwie odbiegająca od dzisiejszych standardów. To satyra (nie chce pisać, że dla znawców) dla widza lubiącego klasyczne kino. To kilkadziesiąt minut wpatrywania się w ekran i podziwiania dzieła. Reżyser sięgnął po intrygującą powieść Jacka Trevora Story'ego, wyśmienicie przełożył ją na język kina, zatrudnił aktorów potrafiących wczuć się w klimat. Oglądanie rodzącego się związku Jennifer Rogers (Shirley MacLaine) i artysty z filozoficznym podejściem do życia, Sama Marlowe (John Forsythe, w porównaniu z Dynasty był hiperaktywny, wiem, że obie produkcje to przepaść czasowa, ale tutaj nie chodzi tylko wiek) to dowód na to, że miłość od pierwszego wejrzenia musi istnieć. Odtwórca roli kapitana statku, Edmund Gwenn, także pociągnął swoją rolę w interesujący sposób, szarmancki, zdecydowany, konkretny mężczyzna, który nie jeden „próg domu” przekraczał. Przednia zabawa! 8/10

piątek, 24 lutego 2012

Gorączka złota (1925)

The Gold Rush (1925) – Chaplin to geniusz. Po tym co właśnie zobaczyłem jestem przekonany, że twórca mając do dyspozycji dzisiejsze możliwości montażu i efektów specjalnych powalił by widza na kolana. Akcja filmu, plenery to zaśnieżone stoki Alaski, gdzie główną rolę gra prawdziwy śnieg i piasek który go emituje. W realistycznym odbiorze białego puchu pomógł zapewne czarno biały obraz ale i tak prezentuje się lepiej niż ten w ekranizacji książki Geporga R. R. Martina przez HBO. Widać także kiedy reżyser pozwolił śledzić swoją postać przez prawdziwego niedźwiedzia (czy to, że pierwowzór Puchatka nie spał snem zimowym tez było żartem pozostawiam do oceny publiczności), a kiedy mamy do czynienia z człowiekiem przebranym za misia. Także podczas scen z chatką chwiejącą się na skarpie widać podtrzymujące ją linki, oraz to kiedy poszukiwacz złota znajduje się nad przepaścią jako kukiełka, to nie można mieć pretensji to Chaplina. Osiemdziesiąt siedem lat temu publiczność w kinie zachowywała się pewnie podobnie do dzisiejszej na premierze filmu "Avatar" (mam na myśli 3D, nie fabułę).
Treść filmu rozbija się o dwa zazębiające się pod jego koniec ze sobą tematy. Początek opowiada o poszukiwaniu złota w górach Alaski przez Little Fellow, jak zwali go przygodnie napotkani ludzie, w niezmiennym stroju włóczęgi. Któremu przyjdzie spędzić mroźne dni w chatce z nie do końca przychylnymi mu mężczyznami. Każdy z nich szuka złota, nikt nie ogląda się za siebie, a jeden poszukiwany jest przez władze. Drugi wątek opowiada o miłosnym zaślepieniu o zalotach tylko w mniemaniu głównego bohatera owocnych.
Chaplin potrafi stworzyć niezapomniane sceny, potrafi z kilu migawek z skromnego posiłku wycisnąć tylko ile się da. Tak było scenie w "Brzdącu" z naleśnikami tak jest i w tutaj z obiadem na Święto Dziękczynienia gdzie indyka zastąpił but. Komik zajada się w najlepsze podeszwą, oblizuje z wielką pieczołowitością gwoździe, natomiast towarzyszowi przypadło „nadwozie”, ta delikatniejsze część obuwia z którą aktor (Mack Swain stworzony do roli oprycha) także wspaniale sobie radził. Sekwencja ma w sobie sporo humoru, dystansu, ale też wielką dawkę realizmu, but wygląda jak but. Następną taką sceną jest sen poszukiwacza złota o sylwestrowej imprezie, gdzie odstawił piękny taniec posługując się tylko dwoma widelcami z bułkami na końcach. Proste, piękne, ponadczasowe! Obraz odznacza się ogromną ilością gagów i motywów muzycznych stosowanych w kinie od lat. To co reżyser stworzył w 1925 roku inny kopiowali przez następne lata, nie tylko w filmie bo i ścieżki popularnych kreskówek pokrywają się z tą z Gorączki.
Film można zobaczyć w dwóch wersjach. Oryginalną z tradycyjnymi planszami dialogowymi oraz tą z 1942 w której jako lektor udziela się sam mistrz. Ja wypowiadam się o tej drugiej i choć już nie tak klasycznej to jednak wartej poświęcenia uwagi! 10/10

poniedziałek, 20 lutego 2012

1920 Bitwa Warszawska (2011)

1920 Bitwa Warszawska (2011) – jest źle i to od samego początku. Kto wpadł na pomysł by przybliżyć widzowi o co chodziło w 1920 roku za pomocą lektora? Pierwsze sekundy wyglądają bardziej na satyrę, aniżeli jako rozprawka o historii. Ton w jaki sprawozdawca opowiada o wydarzeniach tamtych czasów nie spasował mi kompletnie, do pełni (nie) szczęścia brakowało tylko numeru na jaki wysłać sms'a. Ryjący twarzą w ziemi Szyc i pierwsza scena w pociągu wyglądająca jak teatr telewizji, a nie wielka produkcja, pogłębiły tylko przeczucia, że do końca seansu będę zaciskał wargi tyle, że w mało przyjemny sposób.
„Czysta wódka, ani honoru ani munduru nie plami”, słowa te wypowiedział pułkownik Bolesław Wieniawa-Długoszowski i są one jakby esencją filmu. Esencją dlatego, że tylko wspomniany trunek może pomóc w bezbolesnym odbiorze. Tylko woda ognista może ugasić żal i wielki smutek, że reżyser przehulał górę pieniędzy na obraz o którym jak najszybciej trzeba zapomnieć! Bitwa Warszawska to zaropiała rana na odradzającym się organizmie polskiego przemysłu filmowego. To obraz w którym ciężko doszukać się czegoś dobrego, to kino bez gry aktorskiej, muzyki, intrygi, napięcia i klimatu. Tutaj o czymkolwiek się pomyśli, o jakimkolwiek elemencie sztuki filmowej się wspomni, szybko można dojść do wniosku, że nic co powinno złożyć się na dobry film o wojnie nie wyszło dobrze. No może prócz ilości manekinów martwych koni, tych było, aż nadto.
Jest mi przykro, że film o tematyce patriotycznej, o wielkim zrywie obywateli przeciw ciemiężycielowi nie wywołał żadnych pozytywnych emocji. Pierwszy raz od dawna, sięgając po dzieło z historią w tle nie mam ochoty dowiedzieć się czegoś więcej o wydarzeniach jakie zobaczyłem na ekranie. Jest mu smutno, że oglądając młodego żołnierza z wnętrznościami (nazewnictwo przestało już w tym momencie być aktualne) w dłoniach nie wywołuje we mnie współczujcie, odrobiny solidarności z poległymi żołnierzami, a tylko drażni swoją nachalnością! 4/10

piątek, 17 lutego 2012

Moneyball (2011)

Moneyball (2011) – przedstawia historię menagera, nie spełnionego jako zawodnika, klubu bejsbolowego Oakland Athletics. Billy Beane i jego drużyna przegrywa mecz w ćwierćfinale. Kluczowi zawodnicy zostają wykupieni do innych klubów, a głównemu bohaterowi zostaje tylko gorycz porażki. Na domiar złego klub nie dysponuje budżetem pozwalającym na skompletowanie nowego, solidnego składu. Beane z pomocą asystenta wprowadza plan ratowania drużyny, polegający na komputerowej analizie osiągnięć zawodników, na statystykach które chce przełożyć na boisko. Obrany kierunek nie spotyka się z entuzjazmem, ale właścicielowi zespołu nie pozostaje nic innego jak powierzyć los tabelkom i liczyć na szczęście.
Spora część obrazu dzieje się na boisku i terenach mu przyległych, jednak fabuła krąży wokół postaci menagera, odnosi się do osoby z sprecyzowaną wizją i żelaznymi zasadami. To Brad Pitt skupia na sobie prawie całą uwagę (dobra rola także Jonah Hilla), to jego postać trzyma widza przed ekranem w świecie tak niezrozumiałym jakim jest baseball dla europejczyka. Dla fana tego sportu finał był oczywisty, dla mnie okazał się miłym zaskoczeniem. Mając do czynienia z filmem o tematyce sportowej, potrafi zaskoczyć i wychodzi poza utarte ramy.
Ciekawe tutaj jest to, że chwilami wydaje się, że oglądamy dokument o drużynie z Oakland, stoimy z boku i przyglądamy się bohaterom. Przez ten zabieg całość ogląda się dobrze, nie ma sztucznego podnoszenia ciśnienia u widza, czy silenia się na tanie sztuczki. Historia choć o człowieku z ogromnym duchem walki, to jednak odrobinę przygnębiająca i gorzka. Odkrywa brutalnie zasady rządzące się sportem i przypomina, że to pieniądz definiuje klasę teamu. 7,5/10

poniedziałek, 13 lutego 2012

Żelazna Dama (2011)

The Iron Lady (2011) – szczypta żelaza, garść demencji, halucynacji, zagubienia, walki z przeciwnościami losu. Takie wnioski nasuwają się już po pierwszych minutach seansu i zostają z widzem do końca. Reżyser przedstawiła historię wpływowego polityka, osoby twardo stąpającej po ziemi z konkretnym planem na przyszłość przez pryzmat schorowanej kobiety, osoby zmęczonej życiem, decyzjami jakie musiała podejmować jako głowa państwa.
Historię Margaret Thatcher zaczynamy w kuchni podczas śniadania. Jajko, kawa, grzanka i jej mąż (jako wytwór wyobraźni). Zaraz potem główna bohaterka udaje się po mleko i z wielką trwogą stwierdza, że produkt straszliwie podrożał. Scena miała na celu ukazanie świadomości życia zwykłego obywatela, pani premier jako córka sklepikarza świetnie zdawała sobie sprawę z codziennych trudów podejmowanych na najniższych szczeblach społecznych. Została przedstawiona jako kobieta z silnym charakterem, która w politycznym świecie mężczyzn pragnie udowodnić, że płeć w rządzeniu krajem nie ma znaczenia. Szkoda, że reżyser nie podjęła historii w kwestii czysto politycznej. Za to przedstawia losy staruszki rozpamiętującej przeszłość, nie radzącej się z teraźniejszością. Jakby czerpała satysfakcję z potknięć Thatcher, z poświęceniu się polityce, a nie rodzinie. Co dla mnie jest odrobinę krzywdzące. Nie można być rodzicem 24h na dobę i solidnym, nie bojącym się kontrowersyjnych decyzji, pracującym nocami politykiem. Przez to film wygląda jak krytyczne spojrzenie na życie dowódcy, a nie rzetelne pokazanie politycznej drogi bohaterki, z jej wzlotami i upadkami.
Na długo przed seansem zostałem przekonany, że rola Meryl Steep jest oskarowa. Po seansie zgadzam się z większością, to czego dokonała aktorka zasługuje na statuetkę. Aczkolwiek, to czy zagranie roli napisanej wręcz pod Strip jest, aż tak wartościowe zostawiam pod ocenę akademii. Zapraszam na film, który dynamikę ma tylko podczas przedstawiania historii wojny o Falklandy, który nie prezentuje całego wachlarza przebytej drogi przez Żelazną Damę. 6/10

piątek, 10 lutego 2012

Star Trek: The Motion Picture (1979)

Star Trek: The Motion Picture (1979) – po dziesięciu latach od emisji serialu Star Trek: The Original Series, który popularność zdobył dopiero po zdjęciu z ramówki, na ekranach kin pojawił się film pełnometrażowy. Zabrałem się za niego z mizernie odrobionym zadaniem domowym. Świat Treka znam tylko z epizodów przedstawiających losy USS Voyager. Wcześniejsze dokonania twórcy Zjednoczonej Federacji Planet są mi obce z dwóch powodów. Te w miarę współczesne (DS9 i Enterprise) nie potrafiły mnie wciągnąć, przynudzały i nie widziałem sensu dalej tego ciągnąć. Za starsze nie zabrałem się z powodów czysto estetycznych.
Do ziemi zbliża się mgławica w której prawdopodobnie znajduje się statek kosmiczny. Tajemniczy obiekt niszczący wszystko na swojej drodze, może powstrzymać tylko USS Enterprise z kapitanem Kirkiem „za sterami”. Kiedy już cała załoga zostaje zebrana, a wszystkie prace na pokładzie zostają w pośpiechu zakończone, misja ratownicza rusza w nieznane. Okazuje się, że oponent nie przyjmuje racjonalnych żądań kapitana, a sytuacja komplikuje się z każdą chwilą.
Krążące mało pochlebne opinie o pełnometrażowych filmach w uniwersum stworzonym przez Gene'a Roddenberry'ego okazały się prawdziwe. Obraz który trwa ponad dwie godziny ma treści wystarczającej na jeden 40 minutowy odcinek. Rozumiem, że autor nie rozwodzi się nad przedstawianiem postaci, bo te są znane z serialu, ale nad cała reszta także nie jest jakoś specjalnie rozbudowana. No chyba, że zamiarem była prostota, to wtedy ok, wyszło idealnie. Nie wspomnę o efektach specjalnych bo te z racji wieku nie mogą zaskoczyć, a z szacunku nie będę się nad nimi rozwodził. Natomiast uczepić się trzeba i wskazać palcem na uniformy załogantów. Tu kostiumolog ma się czego wstydzić. Spodnie były na tyle obcisłe, że wystarczyło spojrzeć od pasa w dół, a rozpoznanie płci nie stanowiło problemu. Ta część garderoby była także wykorzystana jako ochrona obuwia, co wyglądało komicznie i świadczyło o braku wyobraźni i pomysłu. Ale to nie koniec humoru w filmie. Aktorzy powracający do swoich ról po dziesięciu latach wyglądali jakby dobrze bawili się na planie. W szczególności DeForest Kelley jako doktor McCoy, który to wyglądał jak osoba odpowiedzialna za dobry nastrój całej ekipy. Dochodzą do tego także sceny zagrane bez dyscypliny w sferze długości ujęć (oglądanie zacumowanego okrętu przez kapitana i głównego mechanika trwało o dużo za długo) jak i postawy aktorów. Chwilami można było odnieść wrażenie, że oglądamy wstęp do erotycznej parodii Star Treka, a nie oryginał w czystej formie.
Upór w oglądanie filmu do końca jednak się opłacił. Bowiem ostatnie 20 min to kwintesencja eksploracji kosmosu i geniusz twórcy. Rozwiązanie zagadki czym była mgławica, okazało się interesujące. Było czymś czego można oczekiwać od dobrego sci-fi, a także przyćmiło potknięcia w fabule. Sprawiło, że miłość do uniwersum odżyła i chyba już najwyższy czas sięgnąć po klasyczne seriale którymi do tej pory gardziłem. 6/10