wtorek, 6 września 2011

Piraci z Karaibów: Na nieznanych wodach (2011)

Pirates of the Caribbean: On Stranger Tides (2011) – tak lubiany przez wielu serial, mnie nigdy nie porywał. Oglądałem pierwsze dwie części, mało z ich treści zostało w głowie. Trzecia umknęła mi, niczym Jackowi, Czarna Perła. Moje podejście do "Na Nieznanych Wodach" można odbierać jako mało profesjonalne, aczkolwiek traktowałem to bardziej jak spojrzenie na dzieło Marshalla, bez większego bagażu doświadczeń, zwyczajnie zobaczyć i opisać na chłodno.
Wszyscy wokół powiadali, że Jack Sparrow zbiera załogę i wyrusza w podróż ku fontannie młodości. Dowiaduje się o tym sam Jack, szybko wpadając na trop fałszywego kapitana, który okazuje się odrobinę sprytniejszy i doprowadza do sytuacji w której Sparrow budzi się jako więzień na łajbie zmierzającej do upragnionego przez wielu celu.
Ciężko ciągnąć jeden motyw już po raz czwarty. Twórcy nie mają wiele do zaoferowania w kwestii fabularnej. Łączą ze sobą poszczególne sceny, okraszając je nieznośnie rozdmuchaną ścieżką dźwiękową i liczą, że się spodoba. Niestety na mnie, nie podziałało. Oglądanie czwartej części, to jak spacer do domu po owocnej nocy, na wakacyjnym grillu. Niby świetne widoki, wschód słońca, rześkie powietrze, a jednak cholernie męczące. Taki jest film. Od strony technicznej wszystko dopracowane perfekcyjnie. Efekty, za co plus, nie rzucają się w oczy, momentami widz zostaje uraczony ciekawymi zdjęciami. Jednak to za mało by się przynajmniej na moment zatrzymać przy filmie i podziwiać, rozkoszować historią, losami bohaterów. Podczas seansu było tylko kilka chwil, które można pochwalić. A to tylko dzięki temu, że to sceny z Deppem. On jedyny ciągnie fabułę, dla jego maniery w głosie i specyficznemu zachowaniu warto wytrwać do końca. Reszta załogi, z Penelope Cruz na czele, która nie pasowała mi do obrazu, nie zachwycała. Ekipa wyglądała jakby pojawienie się na planie było smutnym obowiązkiem. Rozśmieszył mnie jeszcze fakty ukrywania kobiecych piersi (morskich syren), gdy w tle giną ludzie, albo statek wraz z załogą zostaje wciągnięty pod powierzchnię wody i to nie w celu eksploracji dna morskiego Wystarczy. 5,5/10

sobota, 3 września 2011

Strefa X (2010)

Monsters (2010) – lubię filmy, które wśród rzeszy internautów wzbudzają tyle kontrowersji. Ja niestety dałem się nabrać i także czytając kilka opinii, odłożyłem go na bok. Do czasu aż milczący krytyk na swoim blogi wspomniał o tym filmie w ciepłych słowach, postanowiłem sprawdzić o co chodzi.Pomysł na scenariusz bardzo prosty. Dwójka nowo poznanych ludzi, musi dotrzeć w określonym czasie do granicy USA. Akcja dzieje się w zakażonej strefie. Zakażonej dlatego, że sonda wystrzelona by zebrać próbki i dowody na życie poza ziemskie rozbija się w Meksyku. Przypuszczenia naukowców się sprawdzają, i z rozbitego statku wydostają się tytułowe potwory i atakują ludzi. Temat wałkowany setki razy. Z tą różnicą, że to nie kreatury z kosmosu będą grać pierwsze skrzypce. Reżyser chciał pokazać widzowi bardziej ludzką stronę ten trudnej sytuacji.Co ciekawe film jest tak zrobiony, że to w sumie mało istotne kto i co zagraża głównym bohaterom. Oni muszą uciekać w bezpieczne miejsce i tyle. Twórcy wymyśli ponad stumetrowe stwory, ale równie dobrze mogła to być teściowa, czy urząd podatkowy. Liczą się emocje, losów bohaterów, może i w oczywisty sposób rozpisane, ale na tyle dobrze, że ich podróż jest nam bliska. Chcemy aby im się udało i mimo niesprzyjających okoliczności, nie tylko zagrożenia z zewnątrz, by coś ich połączyło. Para aktorów grających główne role, dobrana bardzo dobrze. Byli przekonujący, idealnie wpasowali się w sytuacje. Dobre kino, inne od letnich blockbusterów, od których trzeba czasami odpocząć. 8/10

czwartek, 1 września 2011

Chaplin (1992)

Chaplin (1992) - do tej pory widziałem tylko dwa filmy Chaplina, a już stałem się wielkim fanem mistrza. Po zapoznaniu się z jego biografią jestem jeszcze bardziej przekonany, że po naszym świecie chodził niegdyś genialny komik, reżyser, wielce interesujący człowiek. Jego działalność w branży filmowej, jak i życie osobiste były na tyle ciekawe, że 150 min seansu przemyka bardzo szybko, a po zakończeniu nie pozostaje nic innego, jak zobaczyć galę rozdania Oscarów z 1972.W postać jednego z najwybitniejszych komików w dziejach kina wcielił się Robert Downey Jr. Aktor wręcz stworzony do tej roli pod względem warunków fizycznych, ale także z dobrym warsztatem. Bez większej przesady można powiedzieć, że na czas kręcenia filmu stał się Chaplinem, był bardzo przekonujący. Obraz liczy już prawie 20 lat więc mamy dodatkową możliwość podejrzenia jak wyglądały gwiazdy kilkanaście lat temu. Epizodyczna rolę zagrała Milla Jovovich, jako pierwsza żona Charlsa, młodziutka, nieokrzesana aktoreczka. Pierwszą pracę w przemyśle filmowym Chaplin zawdzięcza Mackowi Sennett, którego zagrał Dan Aykroyd. W 1992 aktor był w formie, jego kilka minut na ekranie naprawdę może się podobać, szkoda, że obecnie go mało widać. Na koniec omawiania zostawiłem sobie Duchovnego i powiem szczerze, że z wąsikiem wyglądał przekomicznie, do roli Hanka Moodiego musiał po prostu dojrzeć.
Film jest swoistym wywiadem przeprowadzanym przez Georgea Hayden (fikcyjna postać, w tej roli Anthony Hopkins) z Chaplinem. Początkowo słyszymy tylko komentarz do tego co widzimy na ekranie, w miarę upływającego czasu dowiadujemy się, że to właśnie autor biografii, rozmawia z podstarzałym komikiem, ustalając szczegóły z jego życia. Poznajemy Chaplina już jako małego chłopczyka, który sam wprasza się na scenę teatru, po tym jak jego matka zostaje wygwizdana przez publiczność. Ta sama publiczność jest oczarowana występem małego chłopca i to tak naprawdę ten moment można nazwać początkiem drogi na szczyt. Obraz obfituje w wielkie informacji o „włóczędze”, wszystko wygląda autentycznie, reżyser stara się nie oceniać, jest mowa o jego sukcesach ale także o słabostkach i marnych latach w jego życiu. Poznajemy człowieka o wielkiej determinacji, talencie, który stawia wszystko na jedną kartę i do bólu poświęca się temu co robi. Wierzy głęboko w to co robi, przewidział, że rola Hitlera w życiu świata będzie coraz większa i kiedy pod koniec lat 30tych XX wieku zaczyna kręcić The Great Dictator ludzie nazywają go szaleńcem. W dniu premiery w oczach widzów stał się wizjonerem (film z 1940 roku jeszcze przede mną, notka na pewno się tutaj pojawi)Polecam, bardzo dobry film biograficzny, z świetna rolą Downey Jr., o wielkim twórcy i ciekawym człowieku. 8/10

niedziela, 28 sierpnia 2011

Szybcy i wściekli 5 (2011)

Fast Five (2011) – to już piąta część serii. Różnie były one nazywane, mimo iż, producenci prześcigali się z wymyślaniem tytułów, widz cały czas ma do czynienia z Szybkimi i Wściekłymi. Fabuła także biegnie, przepraszam, pędzi ile fabryka dała, tym samym torem tfu, drogą. W piątej odsłonie akcja przenosi się do Brazylii, konkretnie do Rio de Janeiro. Pan miasta, handlarz narkotyków nie uznaje banków. Rozlicza się z klientami tylko gotówką, magazynowaną w kilku miejscach w Rio. Bohaterowie piątej części, Dominic Toretto (Vin Diesel) oraz Brian O'Conner (Paul Walker) z narzeczoną Mia (Jordana Brewster), wymyślają genialny plan zakończenia swojego życia w wiecznej ucieczce. Chcą w końcu zarobić tyle pieniędzy, by móc osiąść w jednym miejscu i poczuć smak wolności.
Film trwa trochę ponad dwie godziny. Jest naszpikowany zdarzeniami, które delikatnie mówiąc są mało prawdopodobne. Jak na tę serię jest mało samochodów, wyścigów stricte. Są chwile, kiedy widz zastanawia się, czemu reżyser traktuje go tak mało poważnie. Myśli sobie, że bez problemów obali tezy, które bez szukania można znaleźć w internecie, stawiające dzieło Justina Lin w pozytywnym świetle. I w końcu dochodzi do wniosku, że jest za stary na takie bajeczki.
Tyle, że jeszcze przed 60 minutą seansu, mam nadzieje, że działania podprogowe nie mają z tym nic wspólnego, coś się zmieniło. Poczułem się jak nastolatek i wszystko wydawało się mieć sens. Zmiana nastawienie w tym przypadku ma wielkie znaczenie. Przestajemy się zastanawiać i cieszymy się z tego co serwuje aktorzy i reżyser. To ich zasługa, że potrafili zaczarować widza i dać mu widowisko z sporą dawką przesady, ale takie które się przyjemnie ogląda. Punkty w dużej mierze przyznaję za feeling, jaki niesie za sobą obraz. 7/10

sobota, 27 sierpnia 2011

Paul (2011)

Paul (2011) – zabierając się za produkcje tego typu można bardzo łatwo wpaść w pułapkę i zaprzepaścić nawet najlepszy pomysł. Z drugiej strony trzeba mieć także sporo odwagi by wyprodukować film gdzie w głównej roli zobaczymy kosmitę, a nie będzie, to tak popularna ostatnio, zagłada z strony obcych cywilizacji. Twórcy Paula poszli w innym kierunku, pewnie dlatego, że scenariusz wyszedł spod rąk dwójki Brytyjczyków najlepiej sprawdzających się w komedii, Simon Pegg oraz Nick Frost.
Tytułowym bohaterem okazuje się niski, zielono-szarawy, kłapiący językiem bez opamiętania przedstawiciel poza ziemskiej cywilizacji. W strefie 51 rozbija się jego statek, on sam trafia pod nadzór amerykańskiego rządu. Podczas projekcji okaże się, że współpracował z wojskiem, pomagał ludziom, a jego wkład w popkulturę jak się przekonacie był ogromny. Kiedy zdradził już wszystkie tajemnice, którymi chciał się dzielić okazał się zbędny. Wiedząc co go czeku, ucieka z placówki. Na swojej drodze napotkał dwójkę przyjaciół, którzy akurat wracali z Comic-Conu. Graeme i Clive to fascynaci komiksów, superbohaterów, to dorośli mężczyźni dla których spotkanie UFO to życiowe marzenie. Marzenie które się spełniło, może nie całkowicie bezboleśnie ale z wielkim wstrząsem dla obu stron.
Twórcom udało się, zatrzymać mnie do napisów końcowych, ale chwilami było pod górkę. Anglicy w swoich rolach czuli się jak ziemniaki w MC. Dzięki ich grze, możemy szybko zapomnieć o żenujących żartach i braku zdecydowania z ich strony podczas pisania scenariusza. Bowiem z lekkiej komedii chcieli wyciągnąć coś więcej. Zabrali się za moralizowanie w kwestii wiary, może i w zabawny sposób ale chyba tylko dlatego, żeby zrobić trochę szumu wokół filmu i zdenerwować kilku dewotów, moim zdaniem to droga na skróty.
Po za wspomnianymi aktorami, reszta obsady w ogóle nie istniała. Dwoje głupkowatych agentów którzy mieli rozśmieszyć, zwyczajnie denerwowali słabą grą. Znane twarze jak Sigourney Weaver, Jason Bateman czy użyczający głosu Paulowi, Seth Rogen także nie specjalnie pomogły w odbiorze obrazu. Reasumując, mogło być dobrze, a jest średniak który ma przebłyski dobrej komedii. 6/10

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

W imieniu armii (2009)

The Messenger (2009) – kolejna opowieść o Amerykańskiej armii, gorzka, przepełniona ludzkimi tragediami. Reżyser pomija starcia na polu bitwy. Bierze pod lupę żołnierzy nazywanych Aniołami Śmierci. To dwuosobowe grupy, przekazujące najgorsze wieści jakimi można obdarzyć rodziny mające kogoś bliskiego na wojnie. Kapitan Tony Stone (Woody Harrelson), dostaje pod swoje skrzydła, bohatera wojennego Willa Montgomery (Ben Foster). Stone, jako szef drużyny i doświadczony żołnierz w kontaktach z rodzinami zmarłych żołnierzy, przekazuje Willowi oficjalne wytyczne co do ich działań, jak i te mniej książkowe, które pomogą mu w pracy. W zadaniu bardzo ciężkim, ponieważ jak sie okaże ludzie bardzo różnie reagują na tak drastyczne wiadomości.
Po tym wstępie, łatwo zauważyć, że temat jest trudny, mało zachęcający w kończące się, ale jednak wakacje. Humoru Wam nie poprawi, ale poznacie ciekawy film z zdrowym spojrzeniem na pracowników US Army. Reżyserowi udało się pokazać jak działa ta ogromna machina, jaki ma wpływ na zwykłego 19 latka udającego się z wielka motywacją na wojnę. Co potrafi zrobić z człowiekiem i daje jasno do zrozumienia, że ideały to jedno, a brutalna rzeczywistość do drugie.
Wielką zasługę w dobrym odbiorze filmu, w empatii z głównymi bohaterami są aktorzy. Foster, jako nie uznający swoich czynów za bohaterskie, porzucone przez kobietę oraz Harrelson w roli zatwardziałego służbisty, który szybko okazuje się zagubionym w swoim świecie, samotnym człowiekiem. Chemia miedzy aktorami była widoczna, nadali swoim bohaterom ludzkiej twarzy, nie przekraczając granic dobrego smaku. Smutno, szaro – polecam. 7,5/10

czwartek, 18 sierpnia 2011

Zakazane Imperium (2010-?, sezon 1)

Boardwalk Empire (2010-?, sezon 1) – Fabuła serialu opowiada o wprowadzeniu prohibicji w 1920 roku w Ameryce. Akcja Rozgrywa się na kilku frontach, ale głównym miejscem zainteresowania producentów/importerów napojów procentowych, jest miasto Atlantic City i jego skarbnik Enoch Thompson (Steve Buscemi). Thompson zajmuje się pieniędzmi miasta w sposób dosłowny, ponieważ prócz oficjalnych obowiązków, para się także życiem mafioza, któremu bezwzględnie trzeba płacić haracz. Po wprowadzeniu zakazu handlu alkoholem, wkracza w nowy intratny biznes, sprowadzając zakazane trunki z poza granic Stanów Zjednoczonych.
Produkcja HBO nie jest dla wszystkich. Pierwsze kilka odcinków może tych mało wytrwałych lekko zniechęcić. Twórcy powoli włączają widza w historię, delikatnie przedstawiają o czym będzie mowa i trzeba wykazać pewną cierpliwość, ale zapewniam, warto! Dzieło renomowanej kablówki jest dobrze napisane, scenariusz to majstersztyk, świetne dialogi i ciekawe intrygi. Jest tak napisany, że widz nie mający pojęcia o latach dwudziestych XX wieku, może spokojnie śledzić losy bohaterów. Poznajemy kilka ciekawych faktów historii, początki działań Al Capone. Losy bohaterów, ich życie osobiste są rozbudowane, sporo czasu poświęca się na każdego z nich. Z resztą w Zakazanym Imperium niczego nie traktuje się po łebkach. Począwszy od męskich krawatów, poprzez plenery, szczegółowe wystroje wnętrz (powalające swym przepychem), a skończywszy skonstruowaniu scenariusza w taki sposób by trzymał w napięciu przez cały czas trwania odcinka. Serial HBO to dzieło kompletne w którym można się zatracić. Otaczający nas klimat, świat sprzed prawie stu lat, zachowania ludzi, polityczne zależności są genialne przedstawione.
Na wielkie wyróżnienie zasługuje obsada aktorska na czele z Steve Buscemi oraz Michael Pitt. Panowie nie grają, oni na tę chwile zwyczajnie są postaciami z serialu, a my czujemy się jakbyśmy podglądali sąsiadów z naprzeciwka. Polecam 8,5/10

niedziela, 14 sierpnia 2011

Garsoniera (1960)

The Apartment (1960) – CC Baxter, właściciel tytułowego mieszkania, człowiek o całkowicie niezasłużonej opinii, kobieciarza. Prawdą jest, że w jego czterech kątach często było słyszeć odgłosy dobrej zabawy, ale to nie właściciel mieszkanie był ich sprawcą. Baxter pracuje w dużej firnie ubezpieczeniowej i któregoś dnia jeden z kolegów poprosił go o wypożyczenie na chwilę mieszkania. W szybkim czasie wynajem na godziny stał się normą, nasz bohater z kalendarzykiem, ustalał godziny i dni spotkań około rozrywkowych w jego pieleszach. Powodem dla którego znosił te niedogodności była wizja awansu. Czwórka „przyjaciół” tak bardzo pragnąca zagrzać inne, zakazane łoże, miała dojścia, kontakty, ich dobre słowo czyniło cuda w dziale kadr. Nasz księgowy mimo przepełnionego mieszkania był bardzo samotnym człowiekiem, ciężko bowiem poznać kobietę nie mając się z nią gdzie podziać po randce na mieście. Jedynymi chwilami w których serce Baxtera biło szybciej, było kilka chwil w drodze do pracy. Windą, którą dostawał się na swoje 19 piętro kierowała, piękna i bardzo sympatyczna Fran Kubelik.
Film obejrzałem z okazji: czas na klasykę, czas zobaczyć coś w odcieniach szarości. I jak to nie raz już bywało mam tylko dwa zasadnicze wnioski. Amerykanie na początku lat sześćdziesiątych mieli do dyspozycji klimatyzatory w domach, gotowe posiłki do przygrzania w piekarniku, kina, teatry, taksówki, wieżowce, firmy ubezpieczeniowe zatrudniające ponad 30 tysięcy pracowników oraz ręczniki papierowe!
Druga konkluzja dotyczy treści filmu, realizacji, aktorstwa. Oraz odpowiem na pytanie dlaczego warto zapoznać się z opisywanym filmem. W sumie o treści już było, więc wszystko wiecie, no prawie, wypisywanie dalszych faktów mogło by popsuć seans. The Apartment kręcony jest w starym dobrym stylu, akcja rozwija się powoli z wielką gracją, znaczenie ma historia i postacie w niej zawarte. Obraz mimo, że ma ponad pól wieku w ogóle nie stracił na świeżości, ma wydźwięk bardzo uniwersalny i pomimo lekkiej atmosfery, reżyser potrafił wpleść kilka poważnych momentów.
Wreszcie dotarłem do aktorów, główne role zagrali Jack Lemmon (C.C. Baxter) oraz Shirley MacLaine (Fran Kubelik). Lemmona oglądałem w bardziej współczesnych produkcjach, stricte komediowych. Ale trzeba sięgnąć do starszych dzieł by dowiedzieć się jakim talentem włada ten człowiek. Stworzył bardzo przekonująca postać, w scenach gdzie w sumie nic wielkiego się nie działo grał całym ciałem, każdy gest miał znaczenie, potrafił zainteresować widza tak błahymi czynnościami jak sprzątanie mieszkania i przygotowywanie posiłku. Natomiast MacLaine przyszło zagrać kobietę, nieszczęśliwie zakochaną. Potrafiła zainteresować widza od samego początku pojawienia się na ekranie.
Zapraszam, dziś nie zobaczycie tak dostojnie i z wyczuciem zrealizowanej komedii romantycznej. 8/10

środa, 10 sierpnia 2011

Senna (2010)

Senna (2010) – muszę szczerze przyznać, że moje zainteresowanie wyścigami zaczęło się odkąd Rober Kubica został kierowcą testowym, a w końcu etatowym zespołu BMW Sauber. Pasja trwa nadal, a dziś po zobaczeniu filmu o jednej z ikon sportów motorowych Ayrtonie Senna, jestem święcie przekonany, że mam do czynienia z wyjątkowa dyscypliną. Film którego nie chciałem opisywać, nie czułem takiej potrzeby, myślałem, że może on tylko zainteresować pasjonatów F1, nawet tak raczkujących w tym temacie jak ja, ale zawsze. Po kilkudziesięciu minutach, szybko doszedłem do wniosku, że jednak coś tutaj napiszę, ponieważ takie dokumenty nie zdarzają się często.
Ayrton Senna od dzieciństwa chciał się ścigać. Pochodził z bogatej rodziny, więc zaspokojenie jego potrzeb nie było problemem dla rodziców. Szybko okazało się, że młody zawodnik startujący w wyścigach kartingowych ma talent, ma dar i chce go wykorzystać. Wdarł się do świata Formuły 1 i konkretnie zaznaczył swoją obecność. Zdobył trzy tytuły mistrza świata, doświadczył splendoru jaki niesie świat najbardziej prestiżowych wyścigów na świecie. Jego rywalizacja na torze z Francuzem Alain Prost dostarczała kibicom wiele satysfakcji, zabawy ale także szczerej niechęci zawodników do siebie. Ich relacje były bardzo skomplikowane, co przełożyło się na zaciętą walkę na torze, ale i po za nim
Twórcy przedstawili Brazylijczyka bez gloryfikowania, widz śledzi jego karierę, wszystkie potknięcia i sukcesy, jakby reżyser skorzystał z dostępnych materiałów, posklejał je w jedną całość, a wnioski mamy wyciągnąć sami. Choć te nasuwają się bardzo szybko, obiektywizm został zachowany. Nikt nie sili się byśmy polubili Senne, nie narzuca swoich poglądów. Na dokument składają się wywiady z głównym bohaterem, migawki z życia rodzinnego, no i same wyścigi. Efekt końcowy jest zdumiewający, wręcz hipnotyczny. Emocje, przy pomocy ciekawego udźwiękowienia, klimatycznych zdjęć, dawkowane są stopniowo, niczym w dobrym filmie fabularnym. Mimo, że wiemy jaki będzie finał, że od feralnego dnia minęło już 17 lat, na widok rozbitego bolidu Senny łzy same cisną się do oczu.
Zapraszam, życie takich ludzi warto znać! 9/10

niedziela, 7 sierpnia 2011

Żelazny rycerz (2011)

Ironclad (2011) – w 1199 na tronie angielskim zasiadł król Jan bez Ziemi (w rej roli świetny Paul Giamatti), jeden z najokrutniejszych monarchów w historii tego kraju. Pod jego dowództwem, Anglicy musieli uznać wyższość w wojnie z Francją. Nakładał na swoich ludzi coraz to większe podatki, nie dając nic w zamian. Po kilku latach rządów Jana bez Ziemi, ludność się buntuje i pod przywództwem baronów wybucha krwawa wojna domowa, która koniec końców zmusiła króla do poddania się. Warunkiem zostania na tronie było podpisanie Wielkiej Karty Swobód, dającej mieszkańcom wolność od tyrani władcy. Jan podpisując Kartę wiedział co robi, został na tronie, a z pomocą Watykanu i kościoła powoli zaczyna wprowadzać nowy ład. Jego celem było pozbycie się ludzi, mających cokolwiek wspólnego z dokumentem. Baron Albany przewidując plany króla zbiera swoich przyjaciół, przejmuje zamek w Rochester, o wielkim znaczeniu strategicznym.
Film w gruncie rzeczy opowiada o obronie zamku, o walce o sprawiedliwość, o tym jak Anglicy postawili się królowi i z pomocą Francuzów zdjęli go z tronu. Ciekawe czasy to i historia interesująca. Obraz zrobiony za relatywnie małe pieniądze, broni się bez większych problemów. Jest dowodem na to, że można zrealizować tego typu opowieści z ograniczonym budżetem. Jasne, że nie zobaczymy wielkich scen batalistycznych, ogromnych lokacji, czy też efektów komputerowych. Twórcy, wyszli obronną ręką, kręcąc sceny walk z bliska, wydaje się, że momentami operator specjalnie potrząsał kamerą, kręcili z ręki by nie było widać niedociągnięć w scenografii. Udało im się przedstawić w kameralny sposób obronę zamku, dobrze zrealizowane najazdy wojsk wtórujących Janowi, a i pokazane wnętrza czy stroje wyglądały autentycznie. Sceny walk, zrealizowane w sposób dosłowny i dosyć brutalny.
Głowiłem się jak jednym słowem opisać film nie używając słowa epicki. Żelazny rycerz to po prostu dzieło romantyczne, dosłownie i w przenośni. Jeden z głównych bohaterów grany przez James' Purefoy,
to Templariusz, który mimo silnej woli ulega kobiecie i tutaj ta dosłowność. Cała reszta wykonana jest jakby wszyscy na planie pracowali na dobry rezultat. Jakby ekipa dawała z siebie wszystko, gdy wokoło zimno, mokro, a kręcić trzeba. Reżyserowi i aktorom zależało, by w prawie teatralnej atmosferze, zrobić coś ciekawego, zainteresować widza, romantyzm w czystej postaci. 7,5/10

ps: moje wrażenia i ocena dotyczą fabuły. Okazuje się bowiem, że autor scenariusza po omacku obchodzi się z historią, więc faktów należy szukać w innym miejscu.