niedziela, 19 czerwca 2011

Medium (2010)

Hereafter (2010) - jeśli na krześle reżysera zasiada Clint Eastwood to wiadomo, że film na pewno zobaczę. Co do fabuły tutaj już nie jestem takim optymistą, omijałem filmy, seriale o podobnej tematyce, sam jestem zwolennikiem twardego stąpania po ziemi. Jednak cóż byłby ze mnie za fan Eastwooda, który nie ogląda jego dzieł i cóż za człowiek nie potrafiący szeroko tworzyć oczy i uwierzyć!
Hereafter to trzy historie, które pod koniec się spotkają, tyle, że każda z nich dotyka zagadnienia z innej strony. Pierwsza z nich to historia bliźniaków z Londynu. Mieszkają z matką, narkomanką, więc obowiązki domowe jak i szkolne spadają na ich barki, a do tego robią wszystko by opieka społeczna nie zabrała ich z domu. Starszy o kilka minut Jason, podejmuje wszystkie decyzje, jest głową rodziny. Pewnego dnia w drodze powrotnej z apteki, podczas ucieczki przed młodocianymi oprychami wpada pod samochód. Marcus zostaje sam i od tej pory będzie szukał odpowiedzi, będzie chwytał każdą okazje by jakoś się skontaktować z bratem.
Druga opowieść to historia francuskiej dziennikarki Cécile De France (Marie Lelay), która podczas ostatniego dnia wakacji wpada w sidła tsunami. Wtedy to właśnie podczas próby jej reanimacji zatrzymuje się akcja serca, a główna zainteresowana doznaje objawienia, wizji. Od tej chwili zaczyna zastanawiać się co widziała, szuka odpowiedzi, aż w końcu wpada na pomysł wydania książki na ten temat.
Łącznikiem tych historii jest postać grana przez Matta Damona jako George Lonegan, medium. To człowiek, który w odróżnieniu od dziesiątek szarlatanów, którzy wyciągają tylko pieniądze od ludzi w ramach usług rozmów z zaświatami, potrafi rozumieć się z zmarłymi. Problem w tym, że uważa swoją przypadłość za brzemię, nie potrafi normalnie żyć gdy otacza się tylko śmiercią. Zatrudnia się więc w fabryce, robi wszystko być kimś zwyczajnym, lecz przeznaczenie w końcu się o niego upomni.
Medium (polski tytuł pasuje jak pięść do nosa) to skromna w wymowie opowieść o wierze w życie po śmierci, to radzenie sobie z życiem podczas gdy wiemy co jest po drugiej stronie, kiedy umknęliśmy cudem spod kosy. Mimo stonowanego przekazu, mamy do czynienia z poważnym tematem i należało by przed seansem rozważyć czy jesteśmy gotowi na taką historię, czy potrafimy się otworzyć i zaakceptować wizję Eastwooda? Jeśli tak, to 120 min przed ekranem będzie należało do udanych. 7/10

środa, 15 czerwca 2011

Spartakus: Bogowie Areny (2011)

Spartacus: Gods of the Arena (2011) - Stacja Starz po zakończeniu emisji Spartakusa, miała nie lada orzech do zgryzienia. Serial osiągnął wielki sukces i wszystko wskazywało, że zamówienie drugiego sezonu to tylko formalność. Niestety brutalna rzeczywistość popsuła plany twórcom, ponieważ odtwórca głównej roli Andy Whitfield zachorował. Włodarze stacji odłożyli na bok przygotowania i dali mu czas na spokojna rekonwalescencję. Fani śledzili postępy leczenia Andyego i gdy pojawiły się pierwsze sygnały o powrocie do zdrowia, wszystkim ulżyło i ludzie zaczynali myśleć o kontynuacji serialu. Niestety po krótkim czasie świat obiegła informacja o nawrocie choroby Whitfielda i jego ostatecznym wycofaniu się z projektu. Więc niejako by zaspokoić fanów, oraz dać sobie czas Starz wpadli na pomysł nakręcenia prequela swojej sztandarowej produkcji.
Bogowie Areny to opowieść o początkach Crixusa, to historia Oenomausa, to intrygująca opowieść o domu Batiatusa, o tym co uczyniło go tak znanym i szanowanym lanistą. Serial posiada prawie dokładnie taka sama magię jak Spartakus: Blood and Sand, opowiedziany w podobny sposób z identyczną werwą i zacięciem. Ciężko zaskoczyć widza w preqelu, przecież wiemy co się wydarzy w przyszłości ale uczestnictwo w życiu gladiatorów jest interesującym przeżyciem. Autorzy mimo, iż mieli mało czasu na napisanie scenariusza, poradzili sobie z zadaniem w satysfakcjonujący sposób. Jeśli miałbym się czepiać to fabularnie jest minimalnie słabiej od poprzednika, mniej zwrotów akcji (to jednak jakby samo przez się), nie ma już tego klimatu tajemnicy oraz zdarzają się momenty nudy i standardowe zapychacze. Atmosfera domu Batiatusa, była duszna, przepełniona rządzą, namiętnością, krwią i zdrad. Tutaj takich smaczków jest znacznie mniej, twórcy poszli na łatwiznę, a szkoda bo budowanie takiego klimatu było ogromną zaletą podczas emisji serialu z Andyem w roli głównej.
By wpuścić trochę pozytywnej energii w notatkę muszę wspomnieć o rzeczach które wyszły twórcą jak i samym aktorom lepiej niż poprzednio. Role odegrane przez głównych bohaterów, gospodarzy domu, czyli John Hannah jako Batiatus oraz Lucy Lawless w roli Lucreti, były nadzwyczaj dobrze zagrane, oglądać tę dwójkę na ekranie to przyjemność. Poprawiła się także oprawa graficzna walk, praca komputera jest subtelniejsza, widać, że aktorzy musieli włożyć sporo pracy w przygotowania. Krew nadal tryska po oczach widza, aczkolwiek zminimalizowano efekt sztuczności, zadawane rany są wykonane może nie wzorowo ale realniej (strach pomyśleć co będzie się działo w kontynuacji przygód gladiatorów).
To wszystko zebrane razem, kolejny raz tworzy interesujący i odważany serial, który zostaje na dłużej w pamięci i warto go znać! 8/10

piątek, 10 czerwca 2011

Hanna (2011)

Hanna (2011) – 97 kilometrów za kołem podbiegunowym, w głębokiej dziczy, pośrodku niczego, żywot wiodą ojciec z córką. Tyle, że nie jest to zwyczajna ucieczka od cywilizacji, tylko próba zostawienia za sobą przeszłości. Ojciec Hanny, to były agent CIA, to człowiek który kwestionował metody działania i plany agencji. W pewnym momencie stał się jej wrogiem, a jedynym wyjściem z sytuacji była ucieczka. Jako, że dwuosobowa rodzina żyła na niezamieszkałym terenie, Eryk musiał być dla Hanny ojcem, nauczycielem i przyjacielem w jednej osobie. Zdawał sobie sprawę, że córka pewnego dnia będzie chciała posmakować normalnego życia, wiedział, że musi ją przygotować na brutalne zderzenie z rzeczywistością. Mam tutaj na myśli Marisse, pracownika CIA (Cate Blanchett, ciekawa kreacja) która dla obojga pragnie śmierci. Hanna podczas wielu lat treningu z ojcem rozwinęła zdolności do posługiwania się bronią, walki wręcz, jej wiedza o świecie zewnętrznym, choć tylko teoretyczna była olbrzymia. Władała kilkoma językami, potrafiła upolować zwierzynę i można powiedzieć, że była zadowolona z tego co posiada. Jednak z dnia na dzień bardziej pragnęła ucieczki od chatki w lesie i pomimo, iż zdawała sobie sprawę z niebezpieczeństwa jakie ją czeka, postanowiła, że już czas na przeprowadzkę.
Jeśli by podzielić obraz w reżyserii Joe Wrighta na dwie części, to o pierwszej chce się jak najprędzej zapomnieć, ale już druga daje solidnego kopa i pozwala pobłażliwie myśleć o wstępie. Jasna sprawa, że początki bywają trudne, trzeba widza wprowadzić w historię, zainteresować bohaterami i zachować trochę tajemnicy do końca seansu, by było na co czekać. Reżyserowi wszystkie te zabiegi wyszły w miarę sprawnie, aczkolwiek wkradło się kilka elementów, które psuja odbiór, a w głowie kotłują się myśli, dlaczego twórcy postąpili właśnie w taki, a nie inny sposób.
Nie zdradzę chyba zbyt wiele z fabuły pisząc, że Hanna dostaje się do ośrodka CIA, bardzo szybko i gładko z niego ucieka. Po tym jak zaakceptujemy, że nastolatka jest w stanie postawić się uzbrojonym żołnierzom, że z zimna krwią likwiduje jednego po drugim, jak mam zaakceptować, fakt, że podczas ucieczki gubi broń w tak trywialny sposób, że głowa boli. Kilka sekund później, bohaterka wydostaje się na zewnątrz przez właz szerokości metra, który jest na równo z gruntem. Przejeżdża tam kilka samochodów i żaden z nich nie wpada do dziury, każdy z wielkim wyczuciem bierze dziurę tzw środkiem. Kiedy dziewczyna spotyka pierwszych ludzi na swojej drodze (zdaje sobie sprawę, że to w jej przypadku wielkie przeżycie) recytuje im jak się nazywa, gdzie mieszka i kogo ma za przyjaciela co wypada bardzo sztucznie i podejrzanie z ust tak wyrafinowanej nastolatki. I już kończąc rzekę narzekań, muszę wspomnieć, że pomysł twórcy, o tym, że Hanna ma się wystraszyć elektrycznego, bezprzewodowego czajnika i odbiornika telewizyjnego jest tak trafiony jak zakup Bugatti Veyrona na samochód rodzinny.
Gdy już układałem sobie w głowie jakie straszne rzeczy napiszę o tym filmie, gdy już zacząłem się wciekać, że znowu nabrałem się na dobrze zrobione zapowiedzi, coś drgnęło. Akcja nabrała tempa, dostajemy ciekawy montaż, okazuje się, że muzyka która towarzyszy scenom akcji (bardzo dobra robota zespołu The Chemical Brothers), świetnie wpisuje się w obraz. Nareszcie elementy układanki zaczynają do siebie pasować i można oddać się filmowi. Pomaga w tym świetna gra młodej aktorki Saoirse Ronan, przyzwoita rola Eryca Bany, a umiejscowienie akcji w europie czyni obraz bardziej swojskim. Brawa należą się także za ostatnie sceny rozegrane w opuszczonym i nadszarpniętym zębem czasu wesołym miasteczku. Polecam. 7,5/10

czwartek, 9 czerwca 2011

Pula śmierci (1988)

The Dead Pool (1988) – Pierwsze kilka minut zwiastuje pewne nowum, jakby twórca już na starcie chciał zaciekawić widza i sprawić by szybko zapomniał o Sudden Impact. Harry Callahan zyskuje uznanie wśród szefostwa i dziennikarzy za przyczynienie się do osądzenia i skazania mordercy. Prawda, że jak na serię, to szokujące wiadomości? W dalszej części obrazu mamy do czynieni z kalką poprzednich odsłon przygód nieustraszonego stróż prawa. Inspektor znowu musi walczyć o życie, skazany mafiozo tak łatwo nie odpuszcza i pragnie zemsty. Domyślacie się, że z meczu, czterech mężczyzn z bronią automatyczną na jednego z rewolwerem, bez szwanku wychodzi Harry, przy okazji niszcząc kolejny samochód. Kilka chwil po tej akcji, inspektor, przyciągany niczym magnes do ogromnego kawałka metalu, wpada wprost na kolejny napad rabunkowy. Tylko sobie znanym sposobem, karci bandziorów i załatwia sprawę w kilka chwil.
Wspomniane wydarzenie zaprezentowano w ciekawy sposób i dawały nadzieje na ciekawe kino. Jakież było moje zdziwienie, gdy z minuty na minutę było coraz lepiej. Na ekranie zobaczymy Jamesa Careya (obecnie Jima, krótka ale znacząca rola), którego obserwujemy na planie teledysku. Wykonuje utwór, Welcome to the Jungle, pochodzący z repertuary Guns N' Roses, którego członkowie pojawia się na moment przed kamerą, co już w ogóle mnie zaszokowało.
Tytułowa Pula śmierci, to zabawa w świeci filmowym, zabawa polegająca na wytypowaniu listy osób które w najbliższej przyszłości odejdą z tego świata. Pierwszym nieszczęśnikiem okazuje się wspomniany muzyk, a akcja przenosi się na plan filmowy. Tam poznajemy reżysera, cenionego twórcy horrorów (wcielił się w niego Liam Neeson) Pierwsze podejrzenia padają właśnie na tego pana, ale Callahan i jego nowy partner Al Quan nie są do końca przekonani co do tej teorii. . Fabuła będzie krążyć wokół filmu, zginie nawet krytyk, co przypomina mi, o odpowiednim artykułowaniu cierpkich słów kierowanych do twórców.
The Dead Pool okazuje się produkcją jedną z lepszych w całej serii poprzez zastosowanie banalnych zabiegów. Nowy partner inspektora to zabawny Azjata, przy którym nawet główny bohater potrafi się rozchmurzyć. Nareszcie wpuszczono trochę humory do fabuły, a ten często pomaga w przymykaniu oka na słabości scenariusza. W końcu także zatrudniono aktora, który potrafi coś zagrać. Neeson wspaniale wkomponował się w konwencje filmu i widać, że dobrze mu się współpracowało z Eastwoodem.
Na koniec muszę wspomnieć o finale, tak przerysowanym, tak bezczelnie przesadzonym, że aż miło. Callahan w ostatecznym starciu, dzierży w dłoniach ogromny harpun, kształtem przypominający potężną strzeblę. Robi to do czego nas przyzwyczaił, aczkolwiek ta scena zagrana przez kogo innego pewnie była by śmieszna i mało przekonująca, w wykonaniu Eastwood wygląda pysznie. Aktor żegna się z rolą, a widz ku swojej uciesze może obserwować solidne przypieczętowanie serii. Polecam. 7,5/10

wtorek, 7 czerwca 2011

Nagłe uderzenie (1983)

Sudden Impact (1983) – seria dołuje, zasmuca mnie to niesamowicie. Łudziłem się nadzieję, że czwarty z kolei film będzie lepszy i solidnie zaznaczy swoją obecność. Moje nadzieje rozkwitły, gdy w czołówce ujrzałem, że producentem i reżyserem jest sam Eastwood.
Pierwsze kilkanaście minut wskazywały na to, że będzie dobrze. Nie pojawiło się nic nowego, aczkolwiek oglądanie nie sprawiało nieprzyjemnego uczucia: ja już nie chcę!. Callahan kolejny raz rozwiązuje sprawę napadu, tym razem na kafejkę, kilkoma strzałami, nie ginie nikt postronny więc szafa gra i buczy. Na rozprawie sądowej, sędzia oskarża inspektora o bezprawne pobranie dowodów do sprawy przez co nie można nikomu postawić oskarżeń. Przełożeni mają już dosyć przemocy stosowanej przez inspektora, szkód jakie wyrządza.
Wreszcie pojawia się morderstwo, ofiarą okazuje się mieszkaniec San Paulo. Inspektor zmuszony jest do wyjazdu (w ramach zejścia ze świecznika, doprowadził do zawału serca szefa mafii, a ta chce zemsty), poprzez swoje zadanie, zostanie wplątany w sprawę na większą skalę. Film traci przez to, że akcja przenosi się do małego miasta. Metropolia dobrze wpływała na klimat, niestety ten się kończy wraz z zmiana lokalizacji. Zmniejsza się także czas kiedy na ekranie występuję Eastwood. Reżyser daje nam poznać sprawcę morderstw, jej przeszłość oraz okoliczności które zmusiły ją do vendetty. Niby dobrze, ale kolejny raz nie ma żadnej tajemnicy, widz dostaje wszystko na tacy i musi tylko obserwować jak detektyw łączy fakty i dochodzi do wniosku kto zabijał. Film trwa dwie godziny i naprawdę nie wiem po jaką cholerę tak długo.
Nie wyszło Clintowi, zdarza się najlepszym. Przyznam, że punkty musiałem rozdać za malutkie perełki (np automatyczne Magnum), jakoś muszę ratować reputację mojego ulubieńca. 5,5/10

piątek, 3 czerwca 2011

Strażnik prawa (1976)

The Enforcer (1976) – początek trzeciej części nie różni się za bardzo od pozostałych. Nieustraszony inspektor zupełnie przypadkiem przejeżdża obok sklepu, w którym bandyci przetrzymują zakładników. Żądają samochodu z policyjnym radiem aby mogli nim uciec z miejsca zdarzenia. Callahan nie myśląc zbyt długo, nie czekając na rozkazy z góry, daje im samochód, tyle że zbyt dosłownie. Wjeżdża swym brązowym wehikułem wprost przez okno wystawowe, załatwia sprawców napadu, nikt z zakładników nie ucierpiał, więc sprawa została załatwiona szybko i skutecznie.
Zwierzchnikom Harrego coraz bardziej zaczynają przeszkadzać jego metody, oraz idąc z biegiem czasu chcą zatrudnić w roli detektywów kobiety. Nie było by w tym nic złego, gdyby nie fakt, że inspektorami w wydziale zabójstw zostają ludzie bez doświadczenie, bez obycia z pracą na ulicy. Callahan dostaje nowego partnera, kobietę którą sam egzaminował, zajmującą się do tej pory papierkową pracą. Początkowo nie był zadowolony z nowego przydziału, ale jak to często bywa w takich sytuacjach, poznał się na partnerce i z czasem zaczął darzyć ja szacunkiem.
Przyszło im zmierzyć się z szajką, mianującą się wyzwolicielami narodu. Żądają od miasta (biedne te San Francisco, cięgle te okupy) kilku milionów dolarów, ponieważ jeśli nie dostana pieniędzy, zdetonują materiały wybuchowe i zrobią sobie strzelnicę na mieście.
Zdaję sobie sprawę, że w latach siedemdziesiątych nie przywiązywano tak ogromnej wagi do ochrony jak dzisiaj, ale żeby magazynu z bronią, amunicją i materiałami wybuchowymi pilnował jeden człowiek to przesada. Raz, że jeden to dodatkowo poczciwy staruszek, który wpuszcza przestępców, ubranych w uniformy firmy gazowniczej, pod pretekstem wycieku gazu. Twórcy zadrwili z widza i ciężko było im odbudować moje zaufanie. Później nie doświadczamy nonsensów na tak wielka skalę, ale tak prawdę mówiąc nie doświadczamy niczego. Akcja, jeśli tak można nazwać kilkadziesiąt minut nudnego dochodzenia, nie wciąga i toczy się najzwyczajniej w świecie. Dopiero pod koniec reżyser przypomniał sobie, że jest w San Francisco i ma do dyspozycji wyspę z legendarnym więzieniem Alcatraz. Tam właśnie ukrywają się szantażyści przetrzymujący burmistrza, których oczywiście odnajduje Brudny Harry i kolejny raz wymierza sprawiedliwość. Te kilka scen z więzienia osładza całość, nareszcie jest trochę napięcia i akcji. Niestety za mało by kogokolwiek przymuszać do oglądania, a już teraz wiem, że kolejna część jest jeszcze słabsza, ale to już w następnym wpisie. 6/10

niedziela, 29 maja 2011

Siła Magnum (1973)

Magnum Force (1973) - Magnum, kaliber 44 i jego właściciel na tyle spodobali się publiczności, że postanowiono nakręcić drugą część przygód inspektora Callahana. Znowu przyjdzie mu się zmierzyć z niedoskonałościami prawa, okaże się, że najprostsze rozwiązanie jest najbardziej właściwe.
San Francisco wstrząsa fala brutalnych morderstw, a inspektor nie może nad nimi pracować ponieważ został odsunięty z wydziału zabójstw. Dociera jednak na miejsce zbrodni, „rzuca” fachowym okiem i jak gdyby nigdy nic udaje się do baru szybkiej obsługi, gdzie serwują najlepsze kanapki w mieście. Ulubiony bufet znajduję się na lotnisku, Harry mimo, że przed momentem widział miejsce brutalnej zbrodni, pochłania ulubiony przysmak. Podobnie jak w pierwszej części tak i tutaj inspektor całkowicie przypadkiem ratuje życie innym. Jak lotnisko, to i samoloty, a jak samoloty to i porywacze. Callahan sugeruje obsłudze lotniska, że uda się na pokład w roli kapitan samolotu i spróbuje rozwiązać ciężka sytuację. Siada za sterami maszyny i już ma wystartować, aczkolwiek okazuje się, że przecież tego nie potrafi, wciska hamulec, wszyscy się przewracają, a on ratuje kilkadziesiąt pasażerów od podróży pod przymusem.
Trochę się rozpisałem o scenie która niczego do filmu nie wnosi, ale z drugiej strony nie zdradza fabuły. A ta jest na tyle mało skomplikowana, że mogę tylko wspomnieć, że w głównym wątku wystąpią policjanci oraz przestępcy, a Harry będzie musiał to wszystko poukładać i ocenić co jest bardziej słuszne i wybrać mniejsze zło.
Siła Magnum w reżyserii Teda Posta nie różni się za bardzo od dzieła Dona Siegiela (reżyser Dirty Harry). To podobny klimat, choć tym razem twórca zaoszczędził widzowi nadmiaru nocnych, źle doświetlonych scen. To także fabuła nie wymagająca większego skupienia podczas oglądania, z niestety ale słabszą ścieżką dźwiękową. Muzyka już nie jest tak soczysta jak poprzednio, dźwięki bardziej wytłumione, nie do końca spełniają swoją rolę.
To dopiero drugi film z serii, a ja już wiem, że mam do czynienia z kinem nie najwyższych lotów, które trzeba lubić lub darzyć odtwórcę głównej roli sympatią. To wystarczy by nacieszyć zmysły podczas seansu. 7/10

sobota, 28 maja 2011

Brudny Harry (1971)

Dirty Harry (1971) - dzisiejszy wpis to początek opowieści o inspektorze Harrym Callahanie, zwanym także brudnym Harrym. Na przestrzeni siedemnastu lat powstało pięć filmów o nieugiętym policjancie. W główną role wcielił się nie kto inny jak mój ulubieniec, Clint Eastwood. Tym razem porzucił dziki zachód, konia zamienił na amerykańskie krążowniki (bujające się kilkanaście sekund po zatrzymaniu się, co zawsze powoduje uśmiech) i pilnuje porządku na ulicach San Francisco.
Harry to dobry gliniarz, kierujący się w pracy bardzo prosta zasadą: „Gdy dorosły facet goni kobietę i chce ją zgwałcić, to go zabijam”. A na pytanie skąd o tym wiedział że antybohater chce dokonać tak bestialskiego czynu, odpowiada na odczepnego: „Kiedy nagi koleś goni kobietę z nożem i fiutem na wierzchu, to chyba nie zbiera datków na czerwony Krzyż”. Dosadnie i konkretnie, bez zbędnych pytań czy wątpliwości, taki jest właśnie główny bohater.
W pierwszej części przyjdzie mu się zmierzyć z szaleńcem, zabijającym dla wyłudzenia okupu od miasta. Co nie przeszkadza mu w pomocy samobójcy chcącemu skoczyć z dachu, robi to w sposób mało konwencjonalny, ale skuteczny. Reżyser nie tłumaczy widzowi dlaczego morderca atakuje, skąd się wziął i po co. Jest i już. W rolę złego wcielił się Andrew Robinson, i jak dla mnie grał trochę za bardzo, nad interpretował swoją postać. W odróżnieniu od dzisiejszych produkcji złoczyńca nie był wyrachowanym draniem, inteligentnym ale pokrzywdzonym przez życie obywatelem, tylko zwyczajnym pomyleńcem nie wiedzącym co zrobić z wolnym czasem. Podoba mi się ta koncepcja, czyniąc film bardziej realnym, i pro społecznym, ponieważ bandyta ma być zły, a policjant dobry i kropka.
Szybko licząc film ma już czterdzieści lat i nie ma się co oszukiwać to widać na pierwszy rzut oka. Dziś filmy tego rodzaju są kręcone inaczej, jest więcej energii, akcji, efektów specjalnych. Aczkolwiek mimo swojego wieku Dirty Harry broni się bez większego problemu, przywołując klimat lat siedemdziesiątych, tamtego społeczeństwa. Muzyka jest wyśmienita, kilka motywów z perkusją na pierwszym planie przewyższa elektroniczny bełkot, który często się dziś słyszy.
Nie chce wywoływać wilka z lasu (w dobie remaków) ale w dzisiejszym kinie brakuje takiego charakteru ja Harry Callahan. Obrazy XXI wieku emanują poprawnością polityczną, tam policjant nie pociągnie za spust, tylko odda przestępcę w ramiona wymiaru sprawiedliwości. Wiem, że są wyjątki, ale to raczej w produkcjach amerykańskich stacjach kablowych, albo w kinie niszowym. Zdaję sobie sprawę, że przez te kilkadziesiąt lat świat zdziczał jeszcze bardziej, stał się bardziej brutalny, ale miło by było zobaczyć tak surową i bezinteresowną postać w teraźniejszej produkcji. Ja tego pana kupuję. 7,5/10

wtorek, 24 maja 2011

Wszystko co kocham (2009)

Wszystko co kocham (2009) – przy okazji filmów podejmujących temat stanu wojennego, często wyobrażam sobie jak bardzo bym cierpiał za swoje poglądy, bo to, że byłbym punk rokowcem jest pewne.. Moje wspomnienia z początku lat osiemdziesiątych dotyczą tetrowych pieluch i mleka w proszku załatwionego cudem z pobliskiej parafii. Więc moja wiedza o latach osiemdziesiątych bierze się z lekcji historii, książek czy też opowiadać znajomych, czasami z filmów. Oczywiście fabuła może nie oddawać w pełni prawdy, ale daje ciekawe obrazy, sytuacje z których sam mogę wyciągnąć wnioski.
Film Jacka Borcucha osadzony jest na początku lat osiemdziesiątych, obserwujemy rozpoczęcie stanu wojennego, reakcje ludzi na wystąpienie generała i próbę prowadzenia normalnego życia, kiedy wojsko przejęło władzę nad społeczeństwem. Śledzimy losy kilku młodych znajomych, grających w zespole punk rockowym, ich nastoletnie wybryki, pragnienia, pierwsze prawdziwe zauroczenia. Reżyser pokazuje ówczesną młodzież jako buntowników, pełną nadziei na lepsze jutro i gotową do walki z systemem. Obserwujemy także z jakimi trudnościami musieli borykać się młodzi zakochani kiedy ich rodzice stali po przeciwnych stronach barykady. Borcuch czerpie z utartych schematów na temat relacji rodziców z dziećmi, dorosłych z młodzieżą dając do zrozumienia, że mimo upływu lat tak naprawdę w tych stosunkach nic się nie zmienia.
Bardzo ucieszył mnie fakt, że w fabule nie dominuje ciężki klimat tamtych czasów, jest konkretnie zaznaczony ale nie rzuca ponurego światła na całość. Obraz opowiada o miłości młodych, jest o nastolatkach którym przyszło żyć w ciężkich czasach. Starają się jak mogą by młodość przeżyć intensywnie, z winem w dłoni nie oglądając się za siebie.
Reżyser zgromadził ciekawą ekipę aktorską z Andrzejem Chyrą na czele, a towarzysza mu Anna Radwan, Marek Kalita, Ewa Kolasińska. Wszyscy zagrali na poziomie, większość z nich przeżyła lata komunizmu, zna realia więc mieli ułatwione zadanie. Ale tutaj brylowała jednak młodzież. W rolach głównych wystąpili Mateusz Kościukiewicz jako Janek i Olga Frycz w roli Basi Martyniak Wymieniona para wyglądała bardzo realistycznie na ekranie, a ich scena na plaży, choć pewnie musiał ich dużo kosztować, pozwoliła na chwilę zapomnieć o szarej rzeczywistości i dała szansę podziwiania młodzieńczych pragnień (a zawsze nam rodzice wmawiali, że takie sceny to tylko po ślubie w tamtych czasach).
Nie potrafię podać konkretnego powodu, ale czegoś mi w tym filmie brakowało, jakiegoś mocnego akcentu, czegoś po czym zapamiętamy obraz na dłużej. Fabuła mogła by na moment być bardziej dosadna, prawdziwa by całość nie wyglądała jak Harnaś z promocji, tani, smaczny ale w porównaniu z przedstawicielem puszczy Białowieskiej już nie taki atrakcyjny. Gadanie... też sponiewiera... Polecam! Film oczywiście. 7,5/10

piątek, 20 maja 2011

Mary and Max (2009)

Mary and Max (2009) – dziwne, choć film opisywany kilka wpisów wcześniej (Sala samobójców), kończy się podobnie do tej animacji, odczucia przy napisach końcowych są całkowicie odmienne. Zaraz, jest jeszcze jedno podobieństwo, bohaterowie porozumiewają się za pośrednictwem środków komunikacji, należycie do lat w których dzieje się akcja, a ich osobiste spotkanie kończy się w podobny sposób. Ot takie moje spostrzeżenie.
Mary mieszka z rodzicami w urokliwym australijskim miasteczku Mount Waverley. Jest zwyczajną ośmiolatką, borykająca się z brakiem przyjaciół, pociesza ją tylko oglądanie ulubionej kreskówki i czekolada. Jej matka leczy swoje smutki Sherry, ojciec - pracownik fabryki, zajmujący się przyczepianiem sznurków do herbacianych torebek, wolał wypychać martwe ptaki, aniżeli spędzić czas z córką. W końcu Mary by wypełnić jakoś pustkę w swoim życiu, znajduje adres mieszkańca Nowego Jorku i pisze do niego list. Korespondencja trafia do Maxa, także samotnika pragnącego mieć kogoś z kim może porozmawiać. Max to 44 letni Żyd i ateista w jednej osobie, to człowiek z trzema marzeniami: mieć przyjaciela, wygrać na loterii oraz zrobić sobie zapas czekolady na całe życie. Zmaga się z nadwagą, przeraża go otaczający świat, każdy dzień to walka o spokój umysłu. Bohaterów łączy pragnienie przyjaźni, czekolada i telewizyjna kreskówka, która oboje uwielbiają oglądać. Mając na uwadze różnice wieku i odległość od siebie, wydawać by się mogło, że ciężko jest utrzymać przyjaźń. Nic bardziej mylnego, film powstał w oparciu o prawdziwe wydarzenia i jestem skłonny uwierzyć w tę historie.
Mary i Max to animacja którą świetnie się ogląda. Głosy użyczone postacią doskonale do nich pasują, plastelinowe ludki jak i cała scenografia prezentują się bardzo dobrze. Mimo, że świat Maxa przedstawiony jest w odcieniach szarości, z biegiem czasu jego otoczenie zmienia się, pojawiają się kolorowe elementy, czyli prezenty od Mary. W otoczenie dziewczynki dominuje jej ulubiony brązowy kolor i jego odcienie. Przedstawione osoby przedstawione są w sposób karykaturalny, otoczenie pozbawione tęczowych barw.
Polecam, jak dla mnie spora dawka pozytywnej energii. 8/10