Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1976. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1976. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 24 listopada 2011

Wyjęty spod prawa Josey Wales (1976)

The Outlaw Josey Wales (1976) – wyjęty spod prawa, bo nie chciał się poddać wojskom Unii, a nie chciał się poddać, bo miał rachunki do wyrównania. Reżyser (Eastwood w dwóch rolach – gra główną postać i dowodzi na planie) w pierwszych scenach przedstawia klasyczny konflikt. Zwyczajny (przynajmniej na początku swojej drogi) obywatel, mąż, ojciec traci w brutalny sposób swoją rodzinę. Jeden z dowódców wojsk Unii w ten sposób przekazuje wiadomość, że za wszelką cenę dopnie swego, a każdy sprzeciw będzie się kończył tragicznie dla oponenta. Krótko po tych wydarzeniach, Walesa odwiedza nieformalny oddział południowców, dalej stawiających opór w tej praktycznie przegranej już wojnie. Ten przystępuje do nich i staje się rewolwerowcem z krwi i kości. Grupa partyzantów szybko jednak dochodzi do wniosku, że dalsze działania nie mają sensu i oddają się w ręce Jankesów. Od tej pory Josey, nie oddając broni, nie porzucając swych poglądów musi radzić sobie sam, no prawie sam.
Eastwood w swym filmie zbudował silną, interesującą postać, wsadził w ramy czasowe końca wojny secesyjnej i posklejał to w taki sposób, że wyszedł niespieszny film drogi. Fabuła nie pędzi jak oszalała, bohater zmierza do celu, po drodze walcząc z łowcami głów, a gdy ktoś potrzebuje pomocy, udziela jej. Mimo, że zagrożenie czeka na każdym kroku, nie waha się przystanąć, porozmawiać, a w scenach gdy wydaje się, że śmierć jest blisko, potrafi znaleźć czas by splunąć, a dopiero potem się bronić. Wales to twardy facet, którego napędza żal, gorycz, a przede wszystkim nienawiść, to kowboj oglądający się cały czas za siebie, myśląc jednocześnie jak się odpłaci.
To z założenia nie miał być film o dzikim zachodzie, w sensie stricte. Wygląda na to, że reżyser przedstawił swój punkt widzenia na tamte czasy, odniósł się do sprawy Indian, jasno dał do zrozumienia, że tak jak na każdej wojnie szlachetne cele są przypłacane życiem niewinnych ludzi. Skrytykował także ówczesne władze. Na przykładzie rozmowy głównego bohatera z wodzem jednego z plemion, dał do zrozumienia w jaki sposób można było rozwiązać istotne kwesties. Myślę, że Wyjęty spod prawa, to dobra lekcja historii, a Clinta nigdy dość, więc zapraszam. 7,5/10

piątek, 3 czerwca 2011

Strażnik prawa (1976)

The Enforcer (1976) – początek trzeciej części nie różni się za bardzo od pozostałych. Nieustraszony inspektor zupełnie przypadkiem przejeżdża obok sklepu, w którym bandyci przetrzymują zakładników. Żądają samochodu z policyjnym radiem aby mogli nim uciec z miejsca zdarzenia. Callahan nie myśląc zbyt długo, nie czekając na rozkazy z góry, daje im samochód, tyle że zbyt dosłownie. Wjeżdża swym brązowym wehikułem wprost przez okno wystawowe, załatwia sprawców napadu, nikt z zakładników nie ucierpiał, więc sprawa została załatwiona szybko i skutecznie.
Zwierzchnikom Harrego coraz bardziej zaczynają przeszkadzać jego metody, oraz idąc z biegiem czasu chcą zatrudnić w roli detektywów kobiety. Nie było by w tym nic złego, gdyby nie fakt, że inspektorami w wydziale zabójstw zostają ludzie bez doświadczenie, bez obycia z pracą na ulicy. Callahan dostaje nowego partnera, kobietę którą sam egzaminował, zajmującą się do tej pory papierkową pracą. Początkowo nie był zadowolony z nowego przydziału, ale jak to często bywa w takich sytuacjach, poznał się na partnerce i z czasem zaczął darzyć ja szacunkiem.
Przyszło im zmierzyć się z szajką, mianującą się wyzwolicielami narodu. Żądają od miasta (biedne te San Francisco, cięgle te okupy) kilku milionów dolarów, ponieważ jeśli nie dostana pieniędzy, zdetonują materiały wybuchowe i zrobią sobie strzelnicę na mieście.
Zdaję sobie sprawę, że w latach siedemdziesiątych nie przywiązywano tak ogromnej wagi do ochrony jak dzisiaj, ale żeby magazynu z bronią, amunicją i materiałami wybuchowymi pilnował jeden człowiek to przesada. Raz, że jeden to dodatkowo poczciwy staruszek, który wpuszcza przestępców, ubranych w uniformy firmy gazowniczej, pod pretekstem wycieku gazu. Twórcy zadrwili z widza i ciężko było im odbudować moje zaufanie. Później nie doświadczamy nonsensów na tak wielka skalę, ale tak prawdę mówiąc nie doświadczamy niczego. Akcja, jeśli tak można nazwać kilkadziesiąt minut nudnego dochodzenia, nie wciąga i toczy się najzwyczajniej w świecie. Dopiero pod koniec reżyser przypomniał sobie, że jest w San Francisco i ma do dyspozycji wyspę z legendarnym więzieniem Alcatraz. Tam właśnie ukrywają się szantażyści przetrzymujący burmistrza, których oczywiście odnajduje Brudny Harry i kolejny raz wymierza sprawiedliwość. Te kilka scen z więzienia osładza całość, nareszcie jest trochę napięcia i akcji. Niestety za mało by kogokolwiek przymuszać do oglądania, a już teraz wiem, że kolejna część jest jeszcze słabsza, ale to już w następnym wpisie. 6/10