poniedziałek, 18 kwietnia 2011

Rio (2011), Światła wielkiego miasta (1931).

City Lights (1931) – Chaplin wkupił się w moje łaski filmem The Kid. Od tamtego czasu nie miałem okazji zobaczyć niczego innego jego autorstwa, aż niespodziewanie wpadłem na Światła wielkiego miasta. Co prawda przeleciało mi kilka scen w telewizji, ale to były czas w których gardziłem dziełami gdzie dialogi były widoczne na czarnych planszach.
City Light to opowieść o pewnym włóczędze, w tej roli oczywiście Charles Chaplin, który ratuje życie milionerowi. Od tego momentu stają się przyjaciółmi. Problem w tym, że milioner poznaje „przyjaciela” tylko gdy jest pod wpływem napojów wyskokowych, na trzeźwo nieporadny mężczyzna w zabawnych butach jest tylko dziwnym nieznajomym.
Główny bohater w biały dzień gdy nie odwiedza klubów z nowo poznanym milionerem, spaceruje po mieści i pewnego dnia spotyka piękną kwiaciarkę, która za sprawą przypadku i swojej ślepoty bierze go za człowieka z wielkim majątkiem.
Losy bohaterów przeplatają się nawzajem, humor do którego trzeba się przyzwyczaić, ponieważ w większości to żarty sytuacyjne, daje sporo radości. Film, że tak przewrotnie powiem, to świeży powiew w moją filmografię to poznawanie początków kina i jednego z największych twórców jakim był Chaplin. Teraz jestem już w pełni przekonany, że muszę poznać dzieła Chaplina, raz, że czasami potrzeba odskoczni od współczesności, dwa, że naprawdę warto! 8/10

Rio (2011) – nie przepadam za papugami, moja żona nie przepada za ptakami w ogóle, może napisze wprost, boi sie wszystkiego co lata i nie można tego ogarnąć. Darmowe bilety traciły ważność, dziecko się rozchorowało, więc na seans musiałem udać się sam. Co myślały matki, które przyszły z dziećmi zobaczyć kreskówkę, na mój widok wole nie wiedzieć.
Rio to historia Blue, papugi zamieszkującej w bliżej nie określonej miejscowości w stanie Minnesota. Blue to ostatni samiec z swojego gatunku, za namową Lindy, dziewczyny która opiekował się nim od pisklęcia, wybiera się do Rio de Janeiro by poznać samiczkę z którą ma przedłużyć życie swojemu gatunkowi. Ta niezwykłość przysparza im jednak problemów, stają na celowniku handlarzy egzotycznych ptaków.
Przyznam się szczerze, że w dniu kiedy oglądałem film nie miałem nastroju na tego typu rozrywkę. Starałem dobrze się bawić, z wszystkich sił przekonywałem się, że będzie kolorowo, zabawnie, a tak naprawdę wierciłem się na krześle i tylko czekałem, aż zapalą się światła. Prezentowana opowieść może znaleźć swoich amatorów, lecz mnie totalnie nie poruszyła. Cały czas miałem wrażenie, że twórcy musieli stworzyć nowy film, ze ktoś wpadł na pomysł o papugach, a miejsce akcji podczas rozpoczynającego się karnawału będzie dobrze wyglądać na ekranie. Właśnie, sposób w jaki możemy obserwować miasto, architekturę zasługuje na pochwałę, wygląda bardzo realistycznie i oglądanie kadrów przedstawiających Rio daje trochę radości. Reszta to typowa opowieść o miłości z trudnym startem, o zwycięstwie dobra nad złem i temu podobnym przesłaniom. Oglądajcie na własną odpowiedzialność. 4,5/10

ps: jeśli Wasze dziecko lubuje się w łamigłówkach, bądz swoja przenikliwością potrafi doprowadzisz rodzica do pasji, już przed seansem zastanówcie się jak nazwać ptaka uwielbiającego kurze udka!

poniedziałek, 11 kwietnia 2011

Sala samobójców (2011), Yogi Bear (2010).

Sala samobójców (2011) – nie miałem zamiaru oglądać tego filmu w kinie, zdawałem sobie sprawę, że trzeba do niego podejść w odpowiednim czasie z takim też nastawieniem. Cierpliwie chciałem czekać na wydanie płytowe i w zaciszu domowym ocenić dzieło Komasy. Plan runął kiedy okazało się, że bilety na piątkowy pokaz Rio rezerwować trzeba było wcześniej, zostało mi więc męczyć się z polska produkcją...
Głównym bohaterem jest Dominik (Jakub Gierszał, bardzo dobra rola), chłopak wywodzący się z dobrej rodziny, gdzie miłość i wspólnie spędzony czas były zastępowane przeróżnymi gadżetami. Sala samobójców to opowieść o nastolatku, który odkrywa siebie, swoją seksualność, a jako, że żyjemy w wielce „tolerancyjnym” kraju, za upublicznienie swoich poglądów, zostaje odrzucony przez środowisko. Ucieka do wirtualnego świata, dosłownie zamyka się na ten zewnętrzny i w końcu może poczuć się potrzebny i akceptowany. Twórcy poruszają temat samobójstwa, odizolowania się od społeczeństwa, pokazują co może wydarzyć się kiedy dziecko dostaje wszystko oprócz rodzicielskiej miłości.
...zmęczony byłem jak diabli, wyjście z kina, powrót do domu, szukanie samochodu na parkingu to czynności normalne niczym oddychanie, ale po Sali samobójców jakieś takie mało znaczące, nierealne. Wchodząc do domu potrafiłem tylko usiąść w fotelu i rzucić: co za pojebany film. Przepraszam za ten skrót myślowy, ale jestem przekonany, że nie tylko ja miałem taki po projekcji. Podczas dwóch godzin spędzonych z obrazem, negowałem prawie wszystko, podchodziłem do wydarzeń z praktycznego punktu widzenia, starałem postawić siebie w sytuacji bohaterów i za grzyba nic mi nie pasowało. Nie potrafiłem pogodzić się z przedstawionymi faktami. Jedyną radą na „cieszenie” się filmem jest zostawienie za drzwiami swoich przekonań, wartości, trzeba otworzyć się na ponury i brutalny świat. Na rzeczywistość która przygnębia, daje do myślenia i pomaga określić co jest naprawdę niezbędne do egzystencji.
Zapraszam, wielki sukces reżysera i polskiego kina. Obraz solidny, współczesny, daje solidnego kopa. 8/10

Yogi Bear (2010) – półka z filmami ugina się od ich ciężaru, ścieranie kurzu z pudełek staje się rytuałem, a właściciel solidnej kolekcji uparł się na film którego miejsce jest w telewizji w niedzielny poranek. Powodem tego przedsięwzięcia są wspomnienia z dzieciństwa w których główną role odgrywa pewna kaseta VHS. W czasach kiedy polska telewizja oferowała widzowi 2 kanały, oglądanie kreskówek kończyło się na nieskończonym odtwarzaniu kaset na sprzęcie, o tajemniczo dziś brzmiącej nazwie, jaką jest: magnetowid.
Aktorska wersja kreskówki to historia niesfornych niedźwiedzi, których ulubionym zajęciem jest wykradanie koszyków piknikowych turystom. Dla przypomnienia, akcja dzieje się w parku Jellystone, którym zarządza strażnik Smith, miłośnik przyrody i mimo kłopotów z Yogim i Boo Boo, ich wierny przyjaciel. Pewnego dania nad parkiem zawisły czarne chmury, właściciele ziem na których leży park chcą go przekształcić w miejsce bardziej dochodowe, a bogaty drzewostan ma być zrównany z ziemią. Wymienieni bohaterowie, plus pewna reporterka będą robić wszystko by do tego nie doszło, za wszelka cenę będą chcieli uratować te urokliwe miejsce.
Pomysł na fabularny film o parku Jellystone i jego mieszkańcach od początku wydawał się trochę szalony, ciężko było sobie wyobrazić jak to ma wyglądać (obecnie kręcone są Smerfy, także z żywymi aktorami, zaczynam się bać). Moim zdaniem dostaliśmy film dla przedszkolaków, który dorosły jakoś przeboleje. Oglądałem go w wersji dubbingowanej i mam mieszane uczucia. Głosu niedźwiedziowi w zielonym kapeluszu użyczył Adam Ferency i tutaj wszystko poszło gładko, profesjonalnie, a nawet kilka razy się zaśmiałem. Niestety Zamachowski który udzielał się jako Boo Boo wypadł słabo, jego głos przepuszczony był przez komputer, ewentualnie nawdychał się helu i odgłosy wydawane przez mniejszego misia były momentami niestrawne. O reszcie nawet nie wspominam, poziom podkładanych głosów był naprawdę bardzo słaby, większe zróżnicowanie i oddanie słyszę w kreskówkach na MiniMini.
Jest kolorowo, komputerowo wygenerowane postacie wyglądają świetnie, aż chciało by się je przytulić, czas potrzebny na seans to nieco ponad godzina, więc tragedii i niepotrzebnych dłużyzn brak. 4,5/10

piątek, 8 kwietnia 2011

Schindler's List (1993), Robin of Sherwood (1984-1986, sezon 1)

Schindler's List (1993) – Oskar Schindler, postać historyczna, człowiek przepełniony pasją do hulaszczego trybu życia, kobiet i zarabiania pieniędzy. Wiedział dokładnie jak postępować z niemieckimi żołnierzami i dzięki odpowiedniej polityce załatwił kontrakty dla swojej fabryki i ich przychylność. Jego przynależność do partii nazistowskiej oraz działalność społeczna pozwoliły mu dokonać wielkich czynów, za które dostaje się wdzięczność nawet po śmierci. Dla porządku przypomnę tylko, że chodzi oczywiście o ocalenie ponad tysiąca ludzkich istnień od hitlerowskiej zagłady.
Moja ocena dzieła stworzonego przez Spielberga, jest zgodna z większością, czyli: wielkie ponadczasowe dzieło. Tutaj wszystko jest na najwyższym światowym poziomie, dzieło kompletne. Przywiązanie do szczegółów, oświetlanie pomieszczeń, sceny z uczestnictwem tysięcy statystów są wyśmienite, genialnie wpasowują się w powagę prezentowanej tematyki.
Mimo wszystko zauważyłem drobne elementy układanki, które minimalnie bo minimalnie ale mnie zraziły. Łyżką dziegciu była scena, kiedy Schindler obserwuje wysiedlenie Żydów i zauważa na ulicy dziewczynkę w czerwonym płaszczyku, co w czarno białym filmie zakrawa o banał. Domyślam się, że to był jakiś symbol, reżyser chciał zaakcentować zaistniałą sytuację, ale takim zabiegiem do mnie nie trafił. Przyczepić się jeszcze mogę do dzieci wybranych w kastingach, które mimo odpowiedniej charakteryzacji (poszarpane ubrania, umorusane twarze), wyglądały jak na zdjęciach Anne Geddes . Wstyd nie znać! 9,5/10

Robin of Sherwood (1984-1986) sezon 1 - czym było by życie bez wspomnień? Wspomnień do których chcemy wracać i w kółko się nimi delektować. Ulubione filmy, seriale oglądane kiedyś, przechowywane są w naszej świadomości w szufladce z napisem: arcydzieło. Co jeśli po latach te arcydzieła odświeżyć? Czy nasz rozwój i zdobyte doświadczenie mogą zepsuć wspomnienia? Niestety często tak bywa, ale ja postanowiłem zaryzykować i zobaczyć jeszcze raz Robina z Sherwood.
Werdykt czy opłacało jeszcze raz zobaczyć serial z Michaelem Praed, zapadł już po 15 minutach pierwszego odcinka, pierwszego sezonu. Wiem, że wcześnie ale moje przekonania nie zmieniły się do ostatniego epizodu (najlepszy z całego sezonu), tak, było warto!
Serial kolejny raz wywarł na mnie dobre wrażenie i pozwolił spędzić kilka godzina przed TV w dobrym nastroju. Pierwsze sekundy to czołówka z nieśmiertelnym motywem muzycznym i uśmiech na twarzy pojawia się automatycznie (wiem, ze to tylko 6 odcinków ale zawsze oglądałem całą czołówkę, a reakcja zawsze była taka sama) i w końcu zaczyna się opowieść o banicie wyjętym spod prawa. Zostajemy wciągnięci do Sherwood, poddajemy się magi tego miejsca i tak jak każdy rodzic uważa swoje dziecko za najlepsze na świecie, tak ja pod wpływem fabuły, zdjęć, cudownego klimatu podsycanego przez zespołu Clannad oddałem się bezkrytycznie serialowi. Wiem, że pewnie znajda się złośliwcy wytykający wady produkcji, ale ja będę się upierał, że mamy do czynienia z ciekawą przygodą, nietuzinkowym humorem, a to wszystko w atmosferze tajemnicy, magii i kultury średniowiecznej Anglii, a jeśli są elementy sprzeczne z historią, nie przeszkadzają w żaden sposób w pozytywnym odbieraniu wesołej gromadki Robina
Zapraszam i muszę w tym miejscu napisać, że trochę mnie nie będzie na blogu. Zapisuję się na lekcje łucznictwa... zamierzam wojować po okolicy ;) 8,5/10

niedziela, 3 kwietnia 2011

Bialy myśliwy o czarnym sercu (1990), Afrykańska królowa (1951).

White Hunter Black Heart (1990) – film nakręcony na podstawie powieści autorstwa Petera Viertela, nawiązujący do wydarzeń które miały miejsce przed nakręceniem filmu Afrykańska Królowa (film opisany poniżej) w reżyserii Johna Hustona. Film wyreżyserował jak i zagrał główną rolę Clint Eastwood i nareszcie miałem okazje zobaczyć mojego ulubionego aktora w kreacji odbiegającej od jego wizerunku. Cokolwiek by nie zagrał, jakkolwiek początkowo był zły, krnąbrny, nieznośny koniec końców okazywało się, że jego postać to człowiek o gołębim sercu, tutaj jest odrobinę inaczej. „Biały myśliwy, czarne serce” to opowieść o człowieku, który potrafi wstawić się za drugim człowiekiem, stanąć w jego obronie ale też o jego egocentrycznej naturze nie pozwalającej mu na wykonywanie obowiązków zawodowych. John Wilson (Clint Estwood) jako jeden z pierwszych reżyserów w Hollywood decyduje się na zrobienie filmu po za USA, plenery mają być kręcona w Afryce. Po ciężkich bojach z producentami, reżyser postawił na swoim, wyrusza z przyjacielem, pisarzem Pete Verrillem (Jeff Fahey) do Afryki. Na miejscu interesuje go wszystko tylko nie przygotowania do filmu. Nowa pasja, polowanie, zawładnęła nim doszczętnie, nie pozwala mu myśleć o niczym innym jak tylko o uśmierceniu słona. Zastrzelenie słonia staje się symbolem, buntem, popełnieniem grzechu, na który pozwala Bóg. Film przepełniony górnolotnymi hasłami czy też wręcz przekombinowanymi wypowiedziami, aczkolwiek z ust Eastwooda, wypadają całkiem znośnie w odbiorze.
Film jest przedstawieniem jednego aktora, nie wychyla się czymś szczególnym ale to interesująca pozycja z bardzo dobrą rolą Clinta Eastwooda. 7/10

The African Queen (1951) - współczesne kino, nazwijmy je popularne, ma sporo do zaoferowania widzowi. Począwszy od efektów specjalnych, udoskonalanie technologi 3D po filmy gdzie najważniejsze jest przesłanie, scenariusz i oczywiści aktor, jego interpretacja wykonywanej roli. Staram się śledzić współczesne produkcje, czy sięgać po nieco starsze perełki światowej kinematografii, a dzieła typu African Queen utwierdzają mnie tylko w przekonaniu, że dobre filmy robiono już kilkadziesiąt lat temu.
Afrykańska Królowa to narzędzie pracy dla Charliego, kapitana, handlowca, człowieka który porzucił wielkomiejski gwar, a podróżowanie łajbą, staje się jego pasją. Podczas swoich podróży po niebezpiecznych afrykańskich rzekach, zajmuje się handlem, poznaje miejscowe zwyczaje, kulturę, odkrywa piękno kontynentu na którym się znalazł. Akcja filmu jest osadzona na początku pierwszej wojny światowej, kiedy to niemieccy żołnierze równali z ziemią tubylcze wioski, a mieszkańców wcielali do armii.
W jednej z zniszczonych wiosek obecny był, wraz z swoją siostrą, kaznodzieja z misją niesienia wiary. Niespodziewany atak i rozpoczęcie wojny były dla niego druzgocące w skutkach, nie poradził sobie z zaistniałą sytuacją, początkowo odchodząc od zmysłów by koniec końców odejść w ramiona stwórcy. Siostra duchownego, Rose, została sama w zniszczonej wiosce, nie wiedząc co z sobą zrobić. Na szczęście pojawia się u jej drzwi Charlie, proponując swoją pomoc. Wspólna wędrówka głównych bohaterów początkowo przebiegała dosyć opornie, spotkały się dwa światy: z jednej strony lekkoduch, człowiek nie stroniący od dobrej zabawy przy alkoholu, z drugiej, kobieta z dobrego domu, z zasadami, dla której wystawny podwieczorek nie był niczym nadzwyczajnym w środku buszu.
Dzieło Huston'a, to opowieść nie tylko o podróży dwojga ludzi, którzy przynajmniej początkowo nie maja z sobą nic wspólnego, to film ku pokrzepieniu serc, to opowieść o walce z napotkaną tyranią. Przedstawia widzowi bohaterów, którzy mimo braku odpowiednich środków i okoliczności podejmują się niebezpiecznego zadania nie zważając na swoje życie. W głównych rolach zobaczymy Humphrey Bogart jako Charlie Allnut oraz Katharine Hepburn jako Rose Sayer Poczynania pary głównych bohaterów oddają w świetny sposób wzorce zachowań tamtych lat, uświadamiają widzowi jakie były relacje między kobietą a mężczyzną, w jaki sposób niegdyś rozkwitała prawdziwa miłość.
Film zapisał się w historii kina jako jeden z pierwszych kręconych w większości po za Hollywood i to w kolorze. Klasyk to może za duże słowo, ale z czystym sumieniem zapraszam na seans. 7/10

sobota, 26 marca 2011

Miasto złodziei (2010), Traffic (2000).

The Town (2010) – Charlestown, dzielnica Bostonu która wydała na świat spore grono przestępców zajmujących się napadami na banki oraz konwoje. To część miasta, gdzie napady stały się zawodem przekazywanym z ojca na syna, a sześcioletnie dzieci wiedzą jak odróżnić policjanta od agenta FBI. Tutaj ciężko znaleźć osoby chętne do współpracy z policją, to społeczność pomagająca sobie nawzajem, a płonąca ciężarówka na środku skrzyżowania i uciekający zamaskowani sprawcy napadu na nikim nie robią wrażenia.
Miałem okazję oglądać wersje rozszerzoną, która trwa dwie i pół godziny i byłem zaskoczony jak szybka seans się zakończył. Historia jest na tyle wciągająca, że spoglądanie na zegarek staje się zbędne. Obrazem uraczył nas Ben Affleck, odtwórca jednej z głównych ról i reżyser zarazem. Trzeba przyznać, że kierowanie akcją wychodzi mu o niebo lepiej aniżeli sama gra. Wielce prawdopodobne jest to, iż praca nad całością na tyle go wyczerpała, że nie starczyło już sił na wykrzesanie z siebie energii do grania.
Wspomniany Affleck (Doug MacRay), odgrywa rolę przywódcy szajki zajmującej się napadami. Po jednym z napadów, który kończy się wypuszczeniem zakładniczki w grupie dochodzi do dyskusji, co zrobić z przetrzymywaną dziewczyną, która przecież może być świadkiem w sprawie. Doug obliguje się do obserwacji Claire Keesey (w tej roli Rebecca Hall) by wykluczyć, że zakładniczka może rozpoznać któregokolwiek z członków szajki. Pierwsze spotkanie kończy się umówieniem na przysłowiowego drinka , a nasz bohater wplątuję się w niebezpieczny dla dziewczyny romans.
Dalsze losy bohaterów musicie zobaczyć sami, film jest tego wart. Twórcy obrazu postawili na prostotę, opowiadając los przyjaciół z podwórka, którzy skazani na swój lost, starają się go wypełniać jak najlepiej. To właśnie skromne środki wyrazu dają widzowi nić porozumienia z bohaterami. Pomimo, że w filmie padają określenia, że napady są dokonywane przez specjalistów, nie ma się wrażenia, że ich działania są nierealne czy też oderwane od rzeczywistości. Wszystko ma sens, konkretne działania mają swoje konsekwencję i tak naprawdę stajemy po stronie bandziorów za sprawą skrzętnie napisanej opowieści. 7/10

Traffic (2000) – scenariusz filmu rozpisano w taki sposób, że śledzimy kilka historii, które może nie łączą się dosłownie ale mają jeden wspólny mianownik: narkotyki. W pierwszych scenach biorą udział meksykańscy policjanci (w jednej z ról Benicio Del Toro z dobrą kreacją) obserwujący poczynania kartelu narkotykowego. Co ciekawe, wszystkie sceny kręcone w Meksyku są wyblakłe z kolorów, dominuje żółty, brak ostrości, jakby swoista metafora sytuacji panującej w kraju.
Kolejnym zabiegiem jaki zastosował reżyser to zimne odcienie niebieskiego w historii prokuratora podczas jego awansu na szefa do spraw zwalczania narkotyków, którego córka ma problemy z uzależnieniem. Opowieść z błękitnymi filtrami, to schemat zapracowanego ojca, który nie ma czasu na wychowanie, a dziecko w samotności wkracza na grząski grunt.
Aby zapiąć wszystko na ostatni guzik fabuła przewiduje jeszcze, ukazanie historii oczami policjantów jak i głównych sprawców całego zamieszania z narkotykami. Tutaj już bez żadnych udziwnień, standardowa taśma, może tylko chwilami odnosiłem wrażenie, że twórca czerpał z sprawdzonych patentów kina policyjnego.
Traffic to film dobrze poskładany, nie mąci tego nawet skakanie od jednej do drugiej opowieści. Trwa 150 min i mimo wolnego tępa świetnie się ogląda. Nie zmusza widza do oglądania brudów związanych z narkotykami, z wyczuciem nakreśla sytuacje w tej branży. Ogarnia temat po całości, daje spokój banalnym przesłankom jakie można by wpleść w tego rodzaju obraz. 7,5/10

niedziela, 20 marca 2011

Prawdziwe męstwo (2010), Władcy umysłów (2010).

True Grit (2010) – zabrzańskie Multikino, poniedziałek 9:00, 195 miejsc krzeseł, a ja sam na sali... tak powinien wyglądać dobrze rozpoczęty tydzień. Zdążyłem na jeden z ostatnich seansów jaki był wyświetlany i ciesze się z tego, ponieważ Prawdziwe Męstwo to kilkadziesiąt metrów kwadratowych dobrego kina.
Film opowiada historię 14 letniej Mattie Ross, której ojciec został zamordowany, a jego córka pragnie zemsty. Wszystko wskazuje na to, iż sprawca zdołał oddalić się z miejsca zdarzenia, więc trzeba było podjąć pościg. Do tego zadania Mattie werbuje lokalnego szeryfa, który po początkowych oporach decyduje się pomóc dziewczynie i wyruszają na poszukiwania Toma Chaney (Josh Brolin) . Wyprawę uzupełni strażnik teksasu (po serialu z Chuckiem Norrisem, nazewnictwo troszkę bawi) ścigający Chaneya już od dłuższego czasu.
Obraz braci Coen to film osadzony w realiach westernowych, aczkolwiek nie jest typowym przedstawicielem gatunku. To dzieło, które od początkowych scen wciąga i do samego końca nie pozwala się nudzić. Dla mnie najprościej opisać film w postaci wykresu, na którym jest linia pozioma, która co jakiś czas wystrzela w górę i potem znowu opada do poziomu w którym widz ogarnia całą sytuację i dalej może cieszyć się z oglądania. To typowe przedstawienie historii przez braci, to prowadzenie jej w interesujący sposób, by co kilkanaście minut z ekranu dostać konkretny cios. Podczas seansu możemy delektować się świetnymi zdjęciami, dobrą grą aktorską Jeffa Bridgesa czy też Matta Damona ale to młodziutka Hailee Steinfeld zawładnęła całym obrazem. Steinfeld dostała za swoja rolę nominację do oskara (co prawda nieporozumieniem jest fakt, że za role drugoplanową) i gdyby nie ostra konkurencja z strony starszych koleżanek pewnie by ją zgarnęła. Zapraszam, dobre kino. 8/10

The Adjustment Bureau (2011) – ten sam poniedziałek, ta sama sala, z ta różnicą, że już nie sam. Byłem zmuszony dzielić seans z nastolatkami na wagarach, delektującymi się chyba każdym specyfikiem z kinowego baru, które za cel obrały sobie robić wszystko tylko nie oglądać film.
Wychodząc z domu, widziałem jeden trailerem, przeczytałem tylko kilka słów o fabule. Nastawiłem się na sci-fi, na kilkadziesiąt minut zabawy z przeznaczenia. Głównym wątkiem fabuły jest świat całkiem podobny do naszego z jednym wyjątkiem, wszystko dla wszystkich jest zaplanowane, zapisane przez kogoś, a nasza wolna wola to tylko złudzenie. I ok, mamy do czynienia z próbami zmiany losu jednostki, ale jest to tylko posiłkowy element fabuły dla prostego i w miarę znośnego filmu o miłości i życiowych wyborach.
David Norris (Matt Damon, lubi tego aktora, ale twórcy mogli obsadzić kogoś młodszego, wyszło by naturalniej) to kongresmen startujący w wyborach do senatu. Przed ważnym publicznym wystąpieniem, spotyka na swojej drodze Elise Sellas (Emily Blunt, miła dla oka i całkiem niezła gra,) utalentowaną balerinę nowojorskiego baletu, która wprowadza spore zamieszanie w życie Davida. Obaj mają wyznaczone cele w życiu, wiedzą jak do nich dotrzeć, natomiast tajemniczy autor, rozpisał ich losy w osobnych rozdziałach, stwierdził, że mogą je osiągnąć tylko gdy nie będą razem. Poznana przez nas para, na wskroś wszystkiemu zakochuje się w sobie i robi wszystko aby zmienić swoje przeznaczenie.
Przedstawiona wizja niemożności zmiany swoich ścieżek życiowych jest tylko dopełnieniem fabuły. Nie poznajemy kto, kiedy i po co to wszystko zrobił, dostajemy tylko tajemniczych strażników wpływających bezpośrednio na losy bohaterów (komu jeszcze przypominają obserwatorów z Fringe?). Poznajemy także ciekawy sposób przemieszczania się pracowników nietypowej firmy, ale to wszystko. W scenariuszu głównie chodzi o to co zrobimy gdy wiemy jakie mogą być tego konsekwencje, film to opowieść o miłości w świecie sterowanym przez siłę wyższą. Zgrabne zrobione kino. 6,5/10

niedziela, 13 marca 2011

Novaya Zemlya (2008), Na końcu świata (2010).

Novaya Zemlya (2008) – tytułowa nowa ziemia to odległy zakątek świata, przeznaczony dla najbardziej niebezpiecznych i nie dających się zresocjalizować przestępców. Projekt w którym biorą udział, zakłada przewiezienie ich z przepełnionych więzień, początkowo tylko rosyjskich, w odludne miejsce, zostawienie im najpotrzebniejszych rzeczy do przetrwania w surowym zimowym klimacie i zostawienia ich samych sobie. Komunikacja z pomysłodawcami eskapady więźniów ma odbywać się za pomocą boi komunikacyjnej, zakotwiczonej kilkaset metrów od plaży na której lądują tuż po przyjeździe.
Film produkcji rosyjskiej z ciekawą fabułą (przynajmniej na papierze) zapowiadał intesujące, męskie widowisko. I faktycznie obraz jest skierowany do męskiej części widowni, jest brutalnie, jest przemoc ale te ciekawe zazwyczaj aspekty samczego kina podane są w nijaki sposób. Od początku przeszkadzało mi nielogiczność całej operacji. W filmie jest mowa, o rezygnacji z kary śmierci w zamian za spędzenie wyroku na odludziu z podobnymi do siebie, bez kontaktu z światem zewnętrznym. Nie trzeba wielkiego psychologa, żeby odgadnąć iż zostawienie setki mężczyzn w jednym miejscu bez kontroli z zewnątrz może skończyć się tragicznie. Dalej, dziwiło mnie bardzo, jak szybko ktoś chciał dojść do władzy, potem jeszcze szybciej zginął, by za dwa miesiące od przyjazdu do obozu zjadanie ludzi nie było już barbarzyństwem. Może bym uwierzył w takie zezwierzęcenie w odległej przyszłości, kiedy to ziemia jest spustoszona przez wojny, kosmitów czy cokolwiek, a nie w XXI i to nawet przy tak specyficznej społeczności jaką mamy w filmie.
Musze powiedzieć, że całość wyszła słabo, z miernym aktorstwem z niepotrzebnymi wątkami, z szokowaniem na siłę. 4/10

Kray (2010) – kolejny obraz przyjaciół za wschodniej granicy, następny który mną nie wstrząsnął ale dał radość z oglądania. Opowiada historię weterana II wojny światowej, wielkiego entuzjastę parowozów który po wojnie ląduje w wiosce, miejscu odpracowywania grzechów względem Związku Radzieckiego różnej maści ludzi. Butkus ma zostać prawą ręka naczelnika, ma mieć pieczę nad parowozem którym jest jedynym środkiem transportu w radzieckiej tajdze.
Główną słabością obrazu jest scenariusz, nie żeby był zły, tylko wygląda jakby był pisany przez kilka osób i żadna nie zapoznała się z tym co napisał poprzednik. Oglądając Kray ma się czasami wrażenie, że oglądamy bezmyślnie posklejane sceny i nawet sam twórca nie wie o co dokładnie chodzi. Moim skromnym zdaniem fabuła jest za bardzo rozlazła, powinna skupić się na dwóch najciekawszych sprawach poruszanych w filmie. Na miłości głównego bohatera do parowozów i jego skomplikowanych relacjach z kobietami. Czyli dla każdego coś dobrego, żeńska publiczność może z zaciśniętymi kciukami śledzić miłosne podchody bohaterów, męska natomiast przyglądając się fachowym okiem, ile można wycisnąć z „odkopanej”, zdezelowanej lokomotywy.
Film mimo drobnych niedogodności, ciągnie do przodu machineria wprawiana w ruch przez głównego bohatera. To on skupia na siebie całą uwagę i jeśli lubimy oglądać niebanalny romans, ogromne radzieckie parowozy w klimacie lat powojennych, z tajgą w tle to serdecznie zapraszam. 6/10

czwartek, 10 marca 2011

Ghost Whisperer (2005-2010, sezon 1-5)

Witam serdecznie, mam tu małe znajomości, więc otrzymałam pozwolenie na gościnny wpis :)
Wpis moim zdaniem potrzebny, co by rozświetlił nieco ciemne, męskie i niejednokrotnie brutalne opisy filmów, których oczywiście jestem fanką, ale trochę kobiecej pozytywnej energii wpadłam dodać.
Słowo wprowadzenia, nie lubię filmów, nie lubię chodzić do kina, jeśli mój mąż uzna, że jakiś film muszę koniecznie zobaczyć, to mnie do tego zmusza ;), tak było np. z The King's Speech
i oczywiście okazało się, że ma rację. Jestem fanką seriali, oglądam ich bardzo dużo, część jest tu już przedstawiona, ale ja opiszę, te które dla mnie są szczególnie ważne.
Mam nadzieję, że zaglądają tu jakieś dziewczyny :) kobiety ujawnij cie się, dajcie znać jakich seriali jesteście ciekawe, a może oglądacie jakiś ciekawy.
Na pierwszy ogień (zobaczymy czy będzie zgoda na następny raz) chciałam zachęcić Was do obejrzenia serialu, który ponoć już jest definitywnie zakończony, ale ja wierzę, że jak niektóre postacie w tym serialu, zostanie on wskrzeszony.

Mowa o Ghost Whisperer (2005-2010) – jest to serial o młodej kobiecie Melindzie Gordon, która posiada zdolności porozumiewania się ze zmarłymi. Tak, tak to właśnie tej rodzaj kina, jest to serial o zjawiskach paranormalnych, ale przedstawiony w tak klimatyczny sposób, z takim smakiem i gustem, że oglądanie mimo momentów strasznych, przynosi szczęście.

Melinda w tej roli moja ulubiona aktorka Jennifer Love Hewitt, żyje w pięknym małym miasteczku, prowadzi sklep z antykami i szczęśliwy dom z przystojnym mężem. Aktorstwo jest na wysokim poziomie, szczególnie uczucia pomiędzy Jimem i Melindą, aż promieniują z ekranu, stroje szczególnie w 3 pierwszych sezonach, zachwycają.
Oprócz codzienności życia, Melinda pomaga duszą zmarłych przejść na drugą stronę, historie nie powtarzają się, a ich zakończenia nie są przewidywalne, ponieważ duchy nie zawsze wybierają dobra stronę. Przykładem nieprzewidywalności może być zakończenie 1 sezonu, który do dziś robi na mnie spore wrażenie.

W kolejnych sezonach zdarza się kilka słabszych odcinków, ale ogólnie serial trzyma bardzo wysoki poziom przez wszystkie sezony, przyczepić można by się tylko do nagłego zakończenia serialu, gdzie na szybko zakończyć trzeba było wiele pośrednich wątków.

Nie pozostaje mi nic innego jak jeszcze raz gorąco zachęcić Was do obejrzenia serialu, szukajcie dvd :) lub powtórek na Fox Live, bo naprawdę warto.
Teraz ocena, co nie jest łatwe bo chyba nie padła tu jeszcze 10, więc żeby nie wychylać się daję 9,5 :)

Pozdrawiam Magda K.

wtorek, 8 marca 2011

The Fighter (2010), Pogrzebany (2010).

The Fighter (2010) – Fabuła filmu opowiada losy rodziny Ward, gdzie starszy z braci Dicky, pokonał na ringu bokserskim Sugar Rayem i gdy drzwi kariery stały otworem wolał wybrać narkotyki. Miłość do boksu została jednak w rodzinie i podejmuje się trenować swojego młodszego brata. W szkoleniu często przeszkadzało uzależnienie i narkotyczne manewry Dickyego. Micky (Mark Wahlberg, zagral najsłabiej z całej obsady, co wszyscy zauważają, ale na tyle z niego przyjemny aktor, że jak wszyscy tak i ja wybaczam mu średnich lotów aktorstwo) z wielkimi ambicjami i chęciami na zdobycie międzynarodowej sławy zaczyna w końcu szukać innych możliwości, a zaczyna od zmiany trenera.
Wszystko opowiedziane jest z dokumentalną precyzją, ważny jest przekaz, brak kolorowych obrazków. Reżyser ujawnia wstydliwe szczegóły z życia rodziny, daje do myślenia, obnaża kulisy sportu i jego bezlitosne prawa. Jeśli już mowa o boksie to warto wspomnieć o rozegranych walkach na ringu, o ich prezentacji. Wahlberg miał rację, wypowiadając się w którymś z amerykańskich talk show, zadawane ciosy wyglądają realnie, oddają atmosferę meczu bokserskiego.
No i na koniec kila słów o tym co wyczyniał na ekranie Bale, dostając do zagrania rolę w której można się wykazać. Zagrać sportowca, narkomana, trenera, brata w jednym filmie i to w roli drugoplanowej to dużo. Czas jaki miał, wykorzystał z nawiązką, kolejny raz do filmu stracił na wadze i znowu przykuwa widza do ekranu i nie pozwala mu się nudzić. Oskar w pełni zasłużony. 8/10

Buried (2010) – po zapoznaniu się z filmem 127 Godzin ciężko myślałem nad tym jak reżyser Pogrzebanego wybrnie z powierzonego mu zadania? Jak poradzi sobie z jednym aktorem, nie licząc rozmów telefonicznych oraz kilkusekundowego filmiku z komórki, i miejscem dalekim od prezentowania ciekawych kadrów. Ponieważ akcja filmu, w odróżnieniu od obrazu Boyla w 100% dzieje się w trumnie, nie ma żadnych retrospekcji, wspomnień, wizji bohatera, nic, tylko Ryan Reynolds jako Paul Conroy i pudełko zakopane w ziemi (przepraszam na moment pojawia się wąż).
Przede wszystkim podobni jak główny bohater, początkowo dostaje się lekkiego ataku klaustrofobii. Jest ciasno, duszno, ciemno, a świadomość bycia zakopanym nie wiadomo gdzie może budzić poważne lęki. Po czasie można się przyzwyczaić i oglądać z jakimi trudnościami musi zmagać się bohater, począwszy od niemożności dodzwonienia się do żony po fakt, że amerykanie nie negocjują z terrorystami.
Podczas seansu były momenty, że czegoś mi brakowało, chciałem żeby akcja przynajmniej na chwilę przeniosła się w inne miejsce, ale nic z tego. [UWAGA, dalej mogą wystąpić delikatne spoilery] Po godzinie miałem mieszane uczucia co do słuszności umiejscowienia filmu w jednym tylko miejscu, ale im bliżej końca, wszystko zaczęło do siebie pasować, akcja musiała się rozpocząć i zakończyć w trumnie. Ten brak banalnego zakończenia, to odważny krok ale w moim mniemaniu jest równie udany jak cały film. Polecam. 7,5/10

czwartek, 3 marca 2011

Wall Street (1987), Wall Street: Pieniądz nie śpi (2010).

Wall Street (1987) – już prawie miałem się zabrać za Pieniądz nigdy nie śpi, aż przy szukaniu o nim materiałów dowiedziałem się, że istnieje oryginał, pierwsza część. Będąc człowiekiem poukładanym, musiałem zapoznać się z obrazem z 1987 roku w reżyserii Olivera Stone.
Reżyser w głównych rolach obsadził, Charliego Sheena (Bud Fox) jako młodego, ambitnego maklera, który chce osiągnąć dużo więcej od tego na co pozwala mu praca w biurze maklerskim oraz Michaela Douglasa (Gordon Gekko), doświadczonego biznesmena. Fox jest człowiekiem ambitnym, upartym, zdaje sobie sprawę, że zarabianie wielkich pieniędzy musi się zacząć od znajomości, od kogoś kto wprowadzi go w świat wielkiego biznesu. Poznaje Gordona Gekko który staje się jego mentorem i wprowadza Fox'a w brutalny świat wielkiego biznesu.
Wydaje się, że świat przedstawiony w filmie nie odbiega od rzeczywistości, przekaz jaki niesie ze sobą jest do bólu oczywisty, mówi wprost, że w interesach liczny się tylko i wyłącznie pieniądz. Zysk z transakcji jest najważniejszy, tam nie ma miejsca na przyjaciół czy zaufanie. Twórcom udało się zainteresować widza, za sprawą dobrego scenariusza (mimo jego przewidywalności), dobrze dobranej obsady oraz miejsca akcji, dla mnie NY lat osiemdziesiątych zawsze będzie dobrze wpływał na klimat obrazu. Polecam, a ja czym prędzej zabieram się za Money Never Sleeps. 7/10

Wall Street: Money Never Sleeps (2010) – jest kontynuacją filmu opisywanego wyżej, opowiada co wydarzyło się na przestrzeni lat, a fabuła ląduje w 2008 roku. Opisywać jej nie chcę, żeby nie zepsuć obu części.
Pieniądz nigdy nie śpi, co tu dużo kryć jest słabszy, a wina moim zdaniem leży po stronie scenariusza. Film nie posiada dynamiki, potrafi przynudzać albo wywoływać emocje na siłę za pomocą szybkiego montażu w scenie po której bym się tego nie spodziewał. Za dużo w nim stricte technicznych szczegółów, zależności rynkowych których zwykły widz nie ma prawa znać.
Gdy przebrniemy przez te wpadki, możemy cieszyć się seansem, ciekawą intrygą, dobrym aktorstwem. Douglas grał w ciężkim dla siebie czasie (walka z chorobą) ale dał radę i chwała mu za to. Obawiałem się aktorstwa przyjaciela transformersów, okazało się jednak, że pan LaBeouf, zagrał z werwą, przekonaniem i ma u mnie plusik. Pojawił się także na kilka chwil Charlie Sheen, i choć ciężko to wytłumaczyć wolę jego aktorstwo z wcześniejszych lat.
Obraz jest przedstawicielem kina zrobionego dla pieniędzy, posiłkującego się dobrą pierwszą odsłoną Ogólny zarys jest dobry tylko te mniejsze klocki nie zawsze do siebie pasują bądź są wykonane z wątłego materiału. Aczkolwiek przypomnienie sobie czym zasłynął rok 2008 na światowych rynkach jest bezcenne. 5/10