czwartek, 18 sierpnia 2011

Zakazane Imperium (2010-?, sezon 1)

Boardwalk Empire (2010-?, sezon 1) – Fabuła serialu opowiada o wprowadzeniu prohibicji w 1920 roku w Ameryce. Akcja Rozgrywa się na kilku frontach, ale głównym miejscem zainteresowania producentów/importerów napojów procentowych, jest miasto Atlantic City i jego skarbnik Enoch Thompson (Steve Buscemi). Thompson zajmuje się pieniędzmi miasta w sposób dosłowny, ponieważ prócz oficjalnych obowiązków, para się także życiem mafioza, któremu bezwzględnie trzeba płacić haracz. Po wprowadzeniu zakazu handlu alkoholem, wkracza w nowy intratny biznes, sprowadzając zakazane trunki z poza granic Stanów Zjednoczonych.
Produkcja HBO nie jest dla wszystkich. Pierwsze kilka odcinków może tych mało wytrwałych lekko zniechęcić. Twórcy powoli włączają widza w historię, delikatnie przedstawiają o czym będzie mowa i trzeba wykazać pewną cierpliwość, ale zapewniam, warto! Dzieło renomowanej kablówki jest dobrze napisane, scenariusz to majstersztyk, świetne dialogi i ciekawe intrygi. Jest tak napisany, że widz nie mający pojęcia o latach dwudziestych XX wieku, może spokojnie śledzić losy bohaterów. Poznajemy kilka ciekawych faktów historii, początki działań Al Capone. Losy bohaterów, ich życie osobiste są rozbudowane, sporo czasu poświęca się na każdego z nich. Z resztą w Zakazanym Imperium niczego nie traktuje się po łebkach. Począwszy od męskich krawatów, poprzez plenery, szczegółowe wystroje wnętrz (powalające swym przepychem), a skończywszy skonstruowaniu scenariusza w taki sposób by trzymał w napięciu przez cały czas trwania odcinka. Serial HBO to dzieło kompletne w którym można się zatracić. Otaczający nas klimat, świat sprzed prawie stu lat, zachowania ludzi, polityczne zależności są genialne przedstawione.
Na wielkie wyróżnienie zasługuje obsada aktorska na czele z Steve Buscemi oraz Michael Pitt. Panowie nie grają, oni na tę chwile zwyczajnie są postaciami z serialu, a my czujemy się jakbyśmy podglądali sąsiadów z naprzeciwka. Polecam 8,5/10

niedziela, 14 sierpnia 2011

Garsoniera (1960)

The Apartment (1960) – CC Baxter, właściciel tytułowego mieszkania, człowiek o całkowicie niezasłużonej opinii, kobieciarza. Prawdą jest, że w jego czterech kątach często było słyszeć odgłosy dobrej zabawy, ale to nie właściciel mieszkanie był ich sprawcą. Baxter pracuje w dużej firnie ubezpieczeniowej i któregoś dnia jeden z kolegów poprosił go o wypożyczenie na chwilę mieszkania. W szybkim czasie wynajem na godziny stał się normą, nasz bohater z kalendarzykiem, ustalał godziny i dni spotkań około rozrywkowych w jego pieleszach. Powodem dla którego znosił te niedogodności była wizja awansu. Czwórka „przyjaciół” tak bardzo pragnąca zagrzać inne, zakazane łoże, miała dojścia, kontakty, ich dobre słowo czyniło cuda w dziale kadr. Nasz księgowy mimo przepełnionego mieszkania był bardzo samotnym człowiekiem, ciężko bowiem poznać kobietę nie mając się z nią gdzie podziać po randce na mieście. Jedynymi chwilami w których serce Baxtera biło szybciej, było kilka chwil w drodze do pracy. Windą, którą dostawał się na swoje 19 piętro kierowała, piękna i bardzo sympatyczna Fran Kubelik.
Film obejrzałem z okazji: czas na klasykę, czas zobaczyć coś w odcieniach szarości. I jak to nie raz już bywało mam tylko dwa zasadnicze wnioski. Amerykanie na początku lat sześćdziesiątych mieli do dyspozycji klimatyzatory w domach, gotowe posiłki do przygrzania w piekarniku, kina, teatry, taksówki, wieżowce, firmy ubezpieczeniowe zatrudniające ponad 30 tysięcy pracowników oraz ręczniki papierowe!
Druga konkluzja dotyczy treści filmu, realizacji, aktorstwa. Oraz odpowiem na pytanie dlaczego warto zapoznać się z opisywanym filmem. W sumie o treści już było, więc wszystko wiecie, no prawie, wypisywanie dalszych faktów mogło by popsuć seans. The Apartment kręcony jest w starym dobrym stylu, akcja rozwija się powoli z wielką gracją, znaczenie ma historia i postacie w niej zawarte. Obraz mimo, że ma ponad pól wieku w ogóle nie stracił na świeżości, ma wydźwięk bardzo uniwersalny i pomimo lekkiej atmosfery, reżyser potrafił wpleść kilka poważnych momentów.
Wreszcie dotarłem do aktorów, główne role zagrali Jack Lemmon (C.C. Baxter) oraz Shirley MacLaine (Fran Kubelik). Lemmona oglądałem w bardziej współczesnych produkcjach, stricte komediowych. Ale trzeba sięgnąć do starszych dzieł by dowiedzieć się jakim talentem włada ten człowiek. Stworzył bardzo przekonująca postać, w scenach gdzie w sumie nic wielkiego się nie działo grał całym ciałem, każdy gest miał znaczenie, potrafił zainteresować widza tak błahymi czynnościami jak sprzątanie mieszkania i przygotowywanie posiłku. Natomiast MacLaine przyszło zagrać kobietę, nieszczęśliwie zakochaną. Potrafiła zainteresować widza od samego początku pojawienia się na ekranie.
Zapraszam, dziś nie zobaczycie tak dostojnie i z wyczuciem zrealizowanej komedii romantycznej. 8/10

środa, 10 sierpnia 2011

Senna (2010)

Senna (2010) – muszę szczerze przyznać, że moje zainteresowanie wyścigami zaczęło się odkąd Rober Kubica został kierowcą testowym, a w końcu etatowym zespołu BMW Sauber. Pasja trwa nadal, a dziś po zobaczeniu filmu o jednej z ikon sportów motorowych Ayrtonie Senna, jestem święcie przekonany, że mam do czynienia z wyjątkowa dyscypliną. Film którego nie chciałem opisywać, nie czułem takiej potrzeby, myślałem, że może on tylko zainteresować pasjonatów F1, nawet tak raczkujących w tym temacie jak ja, ale zawsze. Po kilkudziesięciu minutach, szybko doszedłem do wniosku, że jednak coś tutaj napiszę, ponieważ takie dokumenty nie zdarzają się często.
Ayrton Senna od dzieciństwa chciał się ścigać. Pochodził z bogatej rodziny, więc zaspokojenie jego potrzeb nie było problemem dla rodziców. Szybko okazało się, że młody zawodnik startujący w wyścigach kartingowych ma talent, ma dar i chce go wykorzystać. Wdarł się do świata Formuły 1 i konkretnie zaznaczył swoją obecność. Zdobył trzy tytuły mistrza świata, doświadczył splendoru jaki niesie świat najbardziej prestiżowych wyścigów na świecie. Jego rywalizacja na torze z Francuzem Alain Prost dostarczała kibicom wiele satysfakcji, zabawy ale także szczerej niechęci zawodników do siebie. Ich relacje były bardzo skomplikowane, co przełożyło się na zaciętą walkę na torze, ale i po za nim
Twórcy przedstawili Brazylijczyka bez gloryfikowania, widz śledzi jego karierę, wszystkie potknięcia i sukcesy, jakby reżyser skorzystał z dostępnych materiałów, posklejał je w jedną całość, a wnioski mamy wyciągnąć sami. Choć te nasuwają się bardzo szybko, obiektywizm został zachowany. Nikt nie sili się byśmy polubili Senne, nie narzuca swoich poglądów. Na dokument składają się wywiady z głównym bohaterem, migawki z życia rodzinnego, no i same wyścigi. Efekt końcowy jest zdumiewający, wręcz hipnotyczny. Emocje, przy pomocy ciekawego udźwiękowienia, klimatycznych zdjęć, dawkowane są stopniowo, niczym w dobrym filmie fabularnym. Mimo, że wiemy jaki będzie finał, że od feralnego dnia minęło już 17 lat, na widok rozbitego bolidu Senny łzy same cisną się do oczu.
Zapraszam, życie takich ludzi warto znać! 9/10

niedziela, 7 sierpnia 2011

Żelazny rycerz (2011)

Ironclad (2011) – w 1199 na tronie angielskim zasiadł król Jan bez Ziemi (w rej roli świetny Paul Giamatti), jeden z najokrutniejszych monarchów w historii tego kraju. Pod jego dowództwem, Anglicy musieli uznać wyższość w wojnie z Francją. Nakładał na swoich ludzi coraz to większe podatki, nie dając nic w zamian. Po kilku latach rządów Jana bez Ziemi, ludność się buntuje i pod przywództwem baronów wybucha krwawa wojna domowa, która koniec końców zmusiła króla do poddania się. Warunkiem zostania na tronie było podpisanie Wielkiej Karty Swobód, dającej mieszkańcom wolność od tyrani władcy. Jan podpisując Kartę wiedział co robi, został na tronie, a z pomocą Watykanu i kościoła powoli zaczyna wprowadzać nowy ład. Jego celem było pozbycie się ludzi, mających cokolwiek wspólnego z dokumentem. Baron Albany przewidując plany króla zbiera swoich przyjaciół, przejmuje zamek w Rochester, o wielkim znaczeniu strategicznym.
Film w gruncie rzeczy opowiada o obronie zamku, o walce o sprawiedliwość, o tym jak Anglicy postawili się królowi i z pomocą Francuzów zdjęli go z tronu. Ciekawe czasy to i historia interesująca. Obraz zrobiony za relatywnie małe pieniądze, broni się bez większych problemów. Jest dowodem na to, że można zrealizować tego typu opowieści z ograniczonym budżetem. Jasne, że nie zobaczymy wielkich scen batalistycznych, ogromnych lokacji, czy też efektów komputerowych. Twórcy, wyszli obronną ręką, kręcąc sceny walk z bliska, wydaje się, że momentami operator specjalnie potrząsał kamerą, kręcili z ręki by nie było widać niedociągnięć w scenografii. Udało im się przedstawić w kameralny sposób obronę zamku, dobrze zrealizowane najazdy wojsk wtórujących Janowi, a i pokazane wnętrza czy stroje wyglądały autentycznie. Sceny walk, zrealizowane w sposób dosłowny i dosyć brutalny.
Głowiłem się jak jednym słowem opisać film nie używając słowa epicki. Żelazny rycerz to po prostu dzieło romantyczne, dosłownie i w przenośni. Jeden z głównych bohaterów grany przez James' Purefoy,
to Templariusz, który mimo silnej woli ulega kobiecie i tutaj ta dosłowność. Cała reszta wykonana jest jakby wszyscy na planie pracowali na dobry rezultat. Jakby ekipa dawała z siebie wszystko, gdy wokoło zimno, mokro, a kręcić trzeba. Reżyserowi i aktorom zależało, by w prawie teatralnej atmosferze, zrobić coś ciekawego, zainteresować widza, romantyzm w czystej postaci. 7,5/10

ps: moje wrażenia i ocena dotyczą fabuły. Okazuje się bowiem, że autor scenariusza po omacku obchodzi się z historią, więc faktów należy szukać w innym miejscu.

wtorek, 2 sierpnia 2011

Całkiem zabawna historia (2010)

It's kind of a Funny Story (2010) – lista z filmami po prawej stronie, to moje poznawanie kina, to nadrabianie zaległości, to chęć uczestnictwa w popkulturze. Bądźmy szczerzy, opisy obrazów tutaj umieszczonych nie należą do kina ambitnego, niezależnego. Na chwilę obecną wystarczą mi te doceniane przez masy, na niezależne wytwory jeszcze przyjdzie czas. Całkiem zabawna historia, należy do tych zwyczajnych obrazów, jest jednym z miliona, a jednak coś go wyróżnia, coś co w moim rankingu stawia go na wysokim miejscu. To energia która bije z ekranu, to pozytywny przekaz, zaserwowany w idealnych proporcjach, pozwalających na naturalny i szczery odbiór filmu.
Obraz w reżyserii Anny Boden oraz Ryana Fleck, opowiada o nastolatku z dobrego domu, który przedziera się przez życie jak każdy z nas. Tyle, że Craig w pewnym momencie swojego życia zostaje na tyle poważnie zagoniony w narożnik, że myśli o samobójstwie. Szczęśliwie dla jego rodziny, zamiast udać się na Brookliński most, szesnastolatek wybiera wizytę w specjalistycznym szpitalu. Niestety oddział dla młodocianych jest akurat remontowany i bohater trafia na oddział psychiatryczny dla dorosłych. W szpitalu spędza pięć dni, dni które go odmienią, dadzą inną perspektywę widzenia świata.
Musze się przyznać, że w życiu nie zabrał bym się za ten film gdyby nie jeden z aktorów w nim grających. Pierwsze kilka zdań nie miało sugerować, że mamy do czynienia z wiekopomnym dziełem, chciałem raczej powiedzieć, że filmy z „ciężką" tematyką, nie należą do moich ulubionych. Tyle, że w tym konkretnym obrazie zagrał Zach Galifianakis, który dla mnie jest obecnym królem komedii (choć tutaj w wspaniały sposób zaprezentował swój obszerny warsztat) . Zagrał pacjenta szpitala, przyjaciela głównego bohatera i swoją rolą wniósł wiele dobrego do filmu. Bo choć tematyka jest poważna, twórcy sprzedają nam historie w sposób lekki, z wyczuciem dawkując emocje. Dają widzowi wgląd do świata ludzi z prawdziwymi problemami, przypominając nam, że życie trzeba brać takie jakim jest i cieszyć się nim! Its kind of a funny story to pozytywny kopniak w cztery litery, który mnie znieczulił na wieczne podwyżki benzyny! 8/10.


ps: pisząc notatkę słuchałem - Chevelle - Sci-Fi Crimes (krótki przegląd utworów) – genialna płyta, to przy jej dźwiękach tak się rozpisuje :)

niedziela, 31 lipca 2011

Shameless (2011-?, sezon 1)

Shameless US (2011-?, sezon 1) – kolejny raz amerykańska stacja telewizyjna, tym razem Showtime, zajęła się nakręceniem serialu na podstawie angielskiej wersji. Oryginał emitowany jest od 2004 roku, do tej pory powstało 8 sezonów. Polska, mało odważna telewizja nie raczyła nam przybliżyć tej produkcji. Dziś, kiedy media stają się bardziej dostępne, możemy jednak poznać poczynania rodziny Gallagherów zza oceanu, za pośrednictwem płatnej telewizji n-Seriale.
Różnicę pomiędzy serialami, widać już po okładkach, „kartach” promocyjnych, obu produkcji. Brytyjscy aktorzy są mniej atrakcyjni fizycznie, wydaja się bardziej surowi i bliżsi naszym standardom. Amerykanie, jak zwykle polecieli trochę za bardzo, zatrudniając aktorów o ślicznych buźkach, dobrej prezencji i jakby nie z tego świata który reprezentują.
Shameless, opowiada historię rodziny Gallagherów, zamieszkujących niezbyt ciekawą dzielnicę Chicago. Frank, ojciec samotnie wychowujący szóstkę dzieci, wieczny pijak, mający tylko przebłyski trzeźwości. Opiekun to za duże słowo, jest tylko rodzicem biologicznym, nad ciągłością życia rodziny czuwa jego najstarsza córka, Fiona. Musi ogarnąć trójkę najmłodszych dzieci, wiecznie dorywczą pracę, dom, rachunki i temu podobne sprawy życia codziennego. Nie jest jej łatwo,ponieważ każdy z domowników jest specyficzny, przez co opieka bywa często bardzo trudna, wiążąca się z ciężkimi decyzjami.
Pierwszy sezon liczy 12, prawie godzinnych odcinków. Przez pierwsze trzy musiałem się przyzwyczaić do konwencji w której znalazł się serial. Ciężko było mi pogodzić się z niektórymi decyzjami, które zapadały w domu na przedmieściach wietrznego miasta, ich życie rodzinne wydawało się mało realne. Wiem, że wielodzietne rodziny, z wiecznie pijanym ojcem, funkcjonują w chaosie, każdy zajmuje się sobą i innymi jednocześnie, ale twórcy nie potrafili mnie przekonać, że tak to właśnie wygląda. Później doszedłem do wniosku, że jeśli chce oglądać rodzinę z problemami, zresztą jakąkolwiek rodzinę to musiałbym to robić przez judasza. A tutaj mamy do czynienia z serialem fabularnym, który ma nas bawić, zainteresować, a momentami powiedzieć coś mądrego. Szybko przekonałem się, że kolejny raz Showtime, po Californication, stworzyła serial słodko-gorzki, z sporą dawką dramatu, ironii i humory. Pokochałem go tak samo jak wyczyny Moodiego.
Dzieło kablówki posiada oprócz doskonałej fabuły, dobrą obsadę aktorską. Począwszy od najmniejszego członka, małego „słodziaka”, po ojca rodziny którego gra William H. Macy. Scena z jego udziałem są genialne, ani przez moment nie widać, że udaje pijaka, to postać zagrana w sposób absolutnie perfekcyjny. Wspomniana wcześniej, ta ładniejsza, część załogi także radzi sobie bardzo dobrze. Potrafią przekonać, że wygląd niewiniątek to tylko wygląd i szybko o nim zapominamy na rzecz ciekawych kreacji. Gorąco polecam! 8,5/10

czwartek, 28 lipca 2011

Rango (2011)

Rango (2011) – głównym bohaterem filmu jest kameleon. Gad, żyjący wśród ludzi, wiodący spokojny, acz niespełniony żywot. Pierwsze sceny przedstawiają głównego bohatera jako reżysera dyrygującego obsadą, składającą się z plastikowej rybki, tułowia lalki i drzewa o drewnianym talencie aktorskim. Akcja szybko przyspiesza, kiedy samochód w którym podróżuje poczciwy kameleon, napotyka na swojej drodze pancernika (tak mi się zdaje), a kierowca wartkimi ruchami stara się nie zderzyć z samochodami z naprzeciwka. W wyniku szamotaniny, akwarium, dom naszego bohatera, z impetem ląduje na asfalcie. Kameleon poznaje, szczęśliwie ocalonego pancernika, który staje się jego doradzą i przewodnikiem. Rango trafia w końcu do miasteczka Pył. Z wrodzoną skłonnością do przesady, wtapia się w środowisko i szybko zyskuje uznanie lokalnej społeczności. Mianowanie na szeryfa było formalnością, jednak zadanie z którym przyjdzie się zmierzyć nowemu włodarzowi, już takie oczywiste nie będzie.
Całokształt wydaje się być przyzwoity, ale poszczególne elementy składające się na efekt końcowy momentami kuleją. Jako widz ciężko miałem się przekonać do tej historii. Jasne, że można zaakceptować wizję twórców o miasteczku na środku pustyni, zamieszkałe przez drobne zwierzątka pod przewodnictwem zabawnego kameleona. Aczkolwiek wymyślenie tak dziwacznego tworu ma nam raczej zamydlić oczy i sprzedać banalny scenariusz z ciekawą oprawą graficzną. Co z tego, że troska o obraz jest na bardzo wysokim poziomie, jeśli cała reszta ledwo się broni. Humoru, mimo dobrej roli Deppa, praktycznie nie doświadczamy. Historia jest przedstawiona ciekawie, narratorem są cztery sowy, śpiewające o rychłej śmierci szeryfa, która nie następuję. Tyle, że nie powodowały one u mnie salw śmiechu, a tylko myśl, że ktoś to ciekawie zrealizował. Film wygląda jakby na sam przód zrobiono wszystko na komputerze, potem napisano szybko scenariusz, by w końcu na kilka dni zatrudnić Deppa, bo wiadomo, że jego nazwisko na plakacie dobrze wygląda. 6/10

wtorek, 26 lipca 2011

Auta 2 (2011)

Cars 2 (2011) – nie wiem czy to moje piękne oczy, czy to polityka Cinema City, ale przy kasie pani bileterka poinformowała mnie, że 4 letnie dzieci nie płacą! Więc już na początku nasz nastrój przed seansem poprawił się o jakieś 14 złoty. Jednak bardzo szybko podupadł, a podniósł się dopiero na końcu, tuż przed napisami.
Przed pójściem do kina z żoną i dzieckiem, wiedziałem jedno, że może być ciężko. Po tych wszystkich zapowiedziach które widziałem, domyślałem się, że twórcy zaczną film od mocnego uderzenia. Miałem racje, pierwsze 10 minut to strzelanie, groźnie wyglądające postacie, wybuchy i głośna muzyka. Mnie osobiście ten cały zgiełk nie poruszył, ale mój syn siedział już na kolanach żony, z stwierdzeniem: „gdzie stoi nasz samochód, ja chce do domu”.
Na nasze nieszczęście Pixar zdecydował się odejść od wyścigów, rywalizacji, dokonywania wyborów, pokazywania czym jest przyjaźń na rzecz wielkiej bezsensownej rozpierduchy. Przepraszam, były wyścigi, rywalizacja ale tylko jako tło, jako wypełniacz dla filmu szpiegowskiego. Ponieważ znany z swojej gapowatości Złomek, przez dziwne zbiegi okoliczności zostaje wciągnięty w szpiegowską aferę, a główna postać pierwszej części McQueen, zostaje zepchnięty na drugi plan.
Jeśli by podzielić film na cztery części to wyścigi i cała atmosfera wokół nich to tylko 25% całości. Ten malutki fragment filmu, był naprawdę interesujący (z punktu widzenia czterolatka). Kolorowe samochody w pięknie wykonanych sceneriach ścigające się o laur najszybszego. Wtedy mój potomek, spokojnie zasiadał na fotelu, zajadał popcorn i cieszył się filmem. Jednak ta sielanka bardzo szybko się kończyła i znowu trzeba było dołożyć do pieca z nikomu nie potrzebnym wątkiem spisku starszych modeli samochodów, z dominacją nad światowymi złożami ropy.
Animacje Pixara zawsze miały drugie dno, solidne przesłanie (Toy Story jest mi do tej pory obce, ale z zaufanych źródeł wiem, że to prawda), a tutaj ktoś ewidentnie poleciał z widzem w kulki. Zdaje sobie sprawę, że pierwsza część była tylko dobrze zrealizowanym obrazem, bez większej głębi, ale miało to coś. To co zatrzymuje rodzica i dziecko przed ekranem i pozwala im się cieszyć z oglądania filmu. Może mój syn jest jeszcze za mały na takie przygody swojego idola (faktycznego idola, który wzbudził w moim dziecku miłość do samochodów, do wyścigów, a czołówkę tegorocznej GP F1 potrafi wymienić podczas snu), albo zwyczajnie twórcy się nie popisali. Może chcieli zabrać głos w sprawie przyszłości ropy naftowej, ochronie środowiska, nie wiem. Wiem za to, że nam się taki McQueen nie podoba. 4/10

sobota, 23 lipca 2011

The Shield (2002-2008)

The Shield (2002-2008) – jak zacząć, jak opisać dzieło tak wielkie, że ledwo mieści się w pojęciu serialu policyjnego. W jaki sposób okiełznać emocje po zakończeniu ostatniego odcinka. I czy w końcu namawiać kogoś do oglądania The Shield? Ponieważ jeśli ktoś się zdecyduje, to gwarantuję kilkadziesiąt godzin wyrwane z życiorysu, a spoglądanie na produkcje telewizyjne nie będzie już takie samo jak przed zobaczeniem świata oczami policjantów z Los Angeles.
Vic Mackey, dowódca grupy uderzeniowej w najniebezpieczniejszej dzielnicy Los Angeles, Farmington. W jej skład wchodzi czterech oficerów policji, którzy zwalczają przestępczością zorganizowaną na ulicach LA. Gangi opanowały dzielnicę, a chłopaki w tylko sobie znany sposób musieli podołać zadaniu, bronienia obywateli. Robili wszystko by na ulicach był względny spokój, co wiązało się z nie do końca legalnymi środkami perswazji. Praca pod ciągłym ostrzałem, gdzie śmierć policjanta to chleb powszedni wpływa znacznie na postrzeganie rzeczywistości. Nasi bohaterzy starali się związać koniec z końcem polegając tylko na swoich pensjach. Z czasem to przestało wystarczać, a gdy napiszę, że już w pierwszym odcinku dowódca zabija nowo przydzielonego do swojej grupy, gdyż podejrzewa go o zdradę, naszkicuję tylko odrobinę tego co się wydarzy w kolejnych epizodach.
Siłą serialu jest zmyślna fabuła, która bije po oczach szczerością. Począwszy od umiejscowienia komisariatu policji w miejscu które służyło kiedyś za kościół, poprzez surowe zdjęcia, prace kamery z ręki, kończąc na doskonale napisanych rolach. W serialu nie ma dobra i zła, nie ma kolorów białego i czarnego, zawsze znajdzie się drugie dno, większość postaci coś ukrywa, każda ma swojego demona. Regularna obsada grała niczym prawdziwi policjanci, a widz obserwuje film dokumentalny. Jakby tego było mało do serialu zawitały na jeden sezon gwiazdy światowego formatu: Glenn Close oraz Forest Whitaker. Ich kunszt aktorski, a w szczególności Whitakera podziwiałem i zapamiętałem na długo po ich występie.
Shawn Ryan, człowiek odpowiadający za całość, dokonał czegoś niesamowitego. Jego dzieło z sezonu na sezon było lepsze, coraz bardziej wdzierało się w umysł widza. Nie pozwalało spokojnie usiedzieć na krześle podczas oglądania, a próby ogarnięcia zaistniałych wydarzeń często kończyły się porażką. Bałem się, że twórca zabrnął za daleko, że to co proponuje twórca, nie może mieć sensownego końca. Myliłem się, cały siódmy sezon, przygotowywał widza na finał, a ten był zrobiony w genialny sposób, po napisach końcowych pozostało mi tylko zebrać ząbki z podłogi i szlochać, że to już koniec. Gorąco Polecam! 10/10

wtorek, 19 lipca 2011

Niebiańska plaża (2000)

The Beach (2000) – Richard (DiCaprio), młody Amerykanin znudzony miejskim zgiełkiem, wybiera się w podróż do Tajlandii. W hotelu poznaje tajemniczego mężczyznę, po którym widać, że cierpi, że tajemnica którą tłamsi w sobie nie pozwala mu spokojnie żyć. Nazajutrz główny bohater odnajduje przyczepioną do swoich drzwi mapę, domyślając się od kogo może być, udaje się do pokoju nowo poznanego mężczyzny. Szybko okazuje się, że człowiek spektakularnie zakończył swój żywot. Richard, wiedziony swoją podróżniczą naturą postanawia odnaleźć tajemniczą wyspę i dowiedzieć się co mogło skłonić jego sąsiada do tak radykalnych czynów.
Do wyprawy zachęca parę młodych ludzi, wspólnie przemierzają szmat drogi byle by tylko dotrzeć do tytułowej Niebiańskiej Plaży. Za pomocą dobrze rozrysowanej mapy udaje im się to bez większych problemów. Te zaczynają się gdy docierają na wyspę i okazuje się, że raj na ziemi to także zakrojona na szeroką skalę produkcja marihuany, której pilnują „tambylcy” z karabinami maszynowymi jako środkami perswazji.
Pierwsze kilkanaście minut to film przygodowy, o wycieczce, o poznawaniu tajemnicy. W miarę upływającego czasu reżyser ukazuje widzowi, że ludzkie pragnienia i chciwość są jednakowe w wielkich aglomeracjach jak i w urokliwym miejscu na środku oceanu. Scenariusz opary jest na książce Alexa Gerlanda i to do niego mogę mieć pretensje, że umieścił w jednym miejscu gromadkę ludzi uciekających od wielkiego świata, żyjących wedle własnych reguł, z handlarzami i producentami narkotyków. Współistnienie tych dwóch grup jest mało realne, nie wyobrażam sobie sytuacji gdzie jest prowadzona nielegalna działalność, a zarządca niczym dobry gospodarz pozwala obok siebie rozbić obóz, pod warunkiem, że wczasowicze nie będą już nikogo ściągać na tę odludna wyspę.
Następną bolączka filmu jest jego nierówność. Z jednej strony Boyle przedstawia ludzi wiodących spokojny wręcz sielankowy żywot, wyrzekających się całego chaosu współczesnych czasów, by za moment ta sama społeczność była totalnie obojętna na krzywdy innych. Do tego stopnia, że poraniony przez rekina jeden z mieszkańców został wyniesiony do lasu, skazując go tym na śmierć, a to tylko dlatego, że jego wycie z bólu przeszkadzało w dobrej zabawie. Fakt, chcieli go początkowo ratować, jednakże pacjent był coraz bardziej uciążliwy. Niechęć zdradzenia lokalizacji raju na ziemi była ważniejsza od ludzkiego życia.
Pomimo moich wątpliwości film jest wart zobaczenia. DiCaprio już 11 lat temu potrafił porządnie zagrać, jego watek miłosny z Françoise (Virginie Ledoyen) miło podglądać. Dodając do tego ciekawe plenery i plażę którą naprawdę można nazwać rajską, wychodzi, może i lekko przekombinowany, aczkolwiek interesujący obraz. 6,5/10