piątek, 17 lutego 2012

Moneyball (2011)

Moneyball (2011) – przedstawia historię menagera, nie spełnionego jako zawodnika, klubu bejsbolowego Oakland Athletics. Billy Beane i jego drużyna przegrywa mecz w ćwierćfinale. Kluczowi zawodnicy zostają wykupieni do innych klubów, a głównemu bohaterowi zostaje tylko gorycz porażki. Na domiar złego klub nie dysponuje budżetem pozwalającym na skompletowanie nowego, solidnego składu. Beane z pomocą asystenta wprowadza plan ratowania drużyny, polegający na komputerowej analizie osiągnięć zawodników, na statystykach które chce przełożyć na boisko. Obrany kierunek nie spotyka się z entuzjazmem, ale właścicielowi zespołu nie pozostaje nic innego jak powierzyć los tabelkom i liczyć na szczęście.
Spora część obrazu dzieje się na boisku i terenach mu przyległych, jednak fabuła krąży wokół postaci menagera, odnosi się do osoby z sprecyzowaną wizją i żelaznymi zasadami. To Brad Pitt skupia na sobie prawie całą uwagę (dobra rola także Jonah Hilla), to jego postać trzyma widza przed ekranem w świecie tak niezrozumiałym jakim jest baseball dla europejczyka. Dla fana tego sportu finał był oczywisty, dla mnie okazał się miłym zaskoczeniem. Mając do czynienia z filmem o tematyce sportowej, potrafi zaskoczyć i wychodzi poza utarte ramy.
Ciekawe tutaj jest to, że chwilami wydaje się, że oglądamy dokument o drużynie z Oakland, stoimy z boku i przyglądamy się bohaterom. Przez ten zabieg całość ogląda się dobrze, nie ma sztucznego podnoszenia ciśnienia u widza, czy silenia się na tanie sztuczki. Historia choć o człowieku z ogromnym duchem walki, to jednak odrobinę przygnębiająca i gorzka. Odkrywa brutalnie zasady rządzące się sportem i przypomina, że to pieniądz definiuje klasę teamu. 7,5/10

poniedziałek, 13 lutego 2012

Żelazna Dama (2011)

The Iron Lady (2011) – szczypta żelaza, garść demencji, halucynacji, zagubienia, walki z przeciwnościami losu. Takie wnioski nasuwają się już po pierwszych minutach seansu i zostają z widzem do końca. Reżyser przedstawiła historię wpływowego polityka, osoby twardo stąpającej po ziemi z konkretnym planem na przyszłość przez pryzmat schorowanej kobiety, osoby zmęczonej życiem, decyzjami jakie musiała podejmować jako głowa państwa.
Historię Margaret Thatcher zaczynamy w kuchni podczas śniadania. Jajko, kawa, grzanka i jej mąż (jako wytwór wyobraźni). Zaraz potem główna bohaterka udaje się po mleko i z wielką trwogą stwierdza, że produkt straszliwie podrożał. Scena miała na celu ukazanie świadomości życia zwykłego obywatela, pani premier jako córka sklepikarza świetnie zdawała sobie sprawę z codziennych trudów podejmowanych na najniższych szczeblach społecznych. Została przedstawiona jako kobieta z silnym charakterem, która w politycznym świecie mężczyzn pragnie udowodnić, że płeć w rządzeniu krajem nie ma znaczenia. Szkoda, że reżyser nie podjęła historii w kwestii czysto politycznej. Za to przedstawia losy staruszki rozpamiętującej przeszłość, nie radzącej się z teraźniejszością. Jakby czerpała satysfakcję z potknięć Thatcher, z poświęceniu się polityce, a nie rodzinie. Co dla mnie jest odrobinę krzywdzące. Nie można być rodzicem 24h na dobę i solidnym, nie bojącym się kontrowersyjnych decyzji, pracującym nocami politykiem. Przez to film wygląda jak krytyczne spojrzenie na życie dowódcy, a nie rzetelne pokazanie politycznej drogi bohaterki, z jej wzlotami i upadkami.
Na długo przed seansem zostałem przekonany, że rola Meryl Steep jest oskarowa. Po seansie zgadzam się z większością, to czego dokonała aktorka zasługuje na statuetkę. Aczkolwiek, to czy zagranie roli napisanej wręcz pod Strip jest, aż tak wartościowe zostawiam pod ocenę akademii. Zapraszam na film, który dynamikę ma tylko podczas przedstawiania historii wojny o Falklandy, który nie prezentuje całego wachlarza przebytej drogi przez Żelazną Damę. 6/10

piątek, 10 lutego 2012

Star Trek: The Motion Picture (1979)

Star Trek: The Motion Picture (1979) – po dziesięciu latach od emisji serialu Star Trek: The Original Series, który popularność zdobył dopiero po zdjęciu z ramówki, na ekranach kin pojawił się film pełnometrażowy. Zabrałem się za niego z mizernie odrobionym zadaniem domowym. Świat Treka znam tylko z epizodów przedstawiających losy USS Voyager. Wcześniejsze dokonania twórcy Zjednoczonej Federacji Planet są mi obce z dwóch powodów. Te w miarę współczesne (DS9 i Enterprise) nie potrafiły mnie wciągnąć, przynudzały i nie widziałem sensu dalej tego ciągnąć. Za starsze nie zabrałem się z powodów czysto estetycznych.
Do ziemi zbliża się mgławica w której prawdopodobnie znajduje się statek kosmiczny. Tajemniczy obiekt niszczący wszystko na swojej drodze, może powstrzymać tylko USS Enterprise z kapitanem Kirkiem „za sterami”. Kiedy już cała załoga zostaje zebrana, a wszystkie prace na pokładzie zostają w pośpiechu zakończone, misja ratownicza rusza w nieznane. Okazuje się, że oponent nie przyjmuje racjonalnych żądań kapitana, a sytuacja komplikuje się z każdą chwilą.
Krążące mało pochlebne opinie o pełnometrażowych filmach w uniwersum stworzonym przez Gene'a Roddenberry'ego okazały się prawdziwe. Obraz który trwa ponad dwie godziny ma treści wystarczającej na jeden 40 minutowy odcinek. Rozumiem, że autor nie rozwodzi się nad przedstawianiem postaci, bo te są znane z serialu, ale nad cała reszta także nie jest jakoś specjalnie rozbudowana. No chyba, że zamiarem była prostota, to wtedy ok, wyszło idealnie. Nie wspomnę o efektach specjalnych bo te z racji wieku nie mogą zaskoczyć, a z szacunku nie będę się nad nimi rozwodził. Natomiast uczepić się trzeba i wskazać palcem na uniformy załogantów. Tu kostiumolog ma się czego wstydzić. Spodnie były na tyle obcisłe, że wystarczyło spojrzeć od pasa w dół, a rozpoznanie płci nie stanowiło problemu. Ta część garderoby była także wykorzystana jako ochrona obuwia, co wyglądało komicznie i świadczyło o braku wyobraźni i pomysłu. Ale to nie koniec humoru w filmie. Aktorzy powracający do swoich ról po dziesięciu latach wyglądali jakby dobrze bawili się na planie. W szczególności DeForest Kelley jako doktor McCoy, który to wyglądał jak osoba odpowiedzialna za dobry nastrój całej ekipy. Dochodzą do tego także sceny zagrane bez dyscypliny w sferze długości ujęć (oglądanie zacumowanego okrętu przez kapitana i głównego mechanika trwało o dużo za długo) jak i postawy aktorów. Chwilami można było odnieść wrażenie, że oglądamy wstęp do erotycznej parodii Star Treka, a nie oryginał w czystej formie.
Upór w oglądanie filmu do końca jednak się opłacił. Bowiem ostatnie 20 min to kwintesencja eksploracji kosmosu i geniusz twórcy. Rozwiązanie zagadki czym była mgławica, okazało się interesujące. Było czymś czego można oczekiwać od dobrego sci-fi, a także przyćmiło potknięcia w fabule. Sprawiło, że miłość do uniwersum odżyła i chyba już najwyższy czas sięgnąć po klasyczne seriale którymi do tej pory gardziłem. 6/10

wtorek, 7 lutego 2012

Robin z Sherwood (1984-1986, sezon 2)

Robin of Sherwood (1984-1986, sezon 2) – z przykrością zawiadamiam, że drugi sezon przygód Robin Hooda odbiega znacznie od oczekiwań. Te nie były wcale wygórowane. Jak pisałem dziesięć miesięcy temu, pierwszy odsłona historii w lesie Sherwood nawet po latach potrafiła ucieszyć widza. Tym razem główny scenarzysta, Richard Carpenter tylko w trzech epizodach postawił na przygodę (i to takie naciągane trzy), reszta liczącego siedem odcinków sezonu, po brzegi wypełniona jest okultyzmem. W jednym z odcinków słowo Lucyfer pada kilkadziesiąt razy! Przekonuje mnie przełom XII i XIII wieku, czyli średniowieczne wierzenia, czarownice, zaklęcia, święte księgi i temu podobne, ale żeby w opowieść o banicie i jego kompach wtrącać tak dosłowne odniesienia, żeby Robin musiał pokonywać samego Lucyfera to lekka przesada (w dwuczęściowym odcinku pt Miecze Waylanda, upadły anioł dosłownie się zmaterializował!?)
Dlaczego się czepiam magii, dlaczego tak bardzo nie podobały mi się seans spirytystyczny podczas którego ożywiono pewnego barona (dosłownie) czy też czarownice rzucające urok? Ponieważ serial o zabarwieniu przygodowo-komediowym (tak odebrałem pierwszy sezon) taki powinien zostać. Tutaj, jak mniemam z braku pomysłów na kolejne pojedynki człowieka w kapturze z szeryfem z Nottingham, skryba dał upust swojej fascynacji tematem, czy zwyczajnie wybujałej fantazji i spłodził dzieło tak ciężko strawne. Bo jeśli już pominiemy moje oczekiwanie co do rozwoju wydarzeń, to nie godzi się umieszczać poważnych tematów w serialu gdzie pojedynki między wieśniakami a żołnierzami wyglądają na zabawę, a nie walkę na śmierć i życie. Nie pasuje mi opowiadanie o wierzeniach, zabobonach, duchowych sprawach kiedy charakteryzacja bohaterów potrafi się zmienić co scena, a ostrze opuszczające jeszcze przed chwilą cieszącego się świeżym powietrzem człowieka nie nosi śladów krwi. Można by tak jeszcze wymieniać, można by wspomnieć o ścieżce dźwiękowej która tym razem nie pomaga historii, a często przeszkadza, ale już dam spokój.
Siódmy epizod, ostatnie pięćdziesiąt minut ukoiło moje nerwy, uspokoiło sumienie i odrzuciło w niepamięć treści przepełnione ZŁEM . Wreszcie doczekałem się odrobiny normalności. Herne był jedynym z pogranicza życia i śmierci, człowieka i Boga. Sytuacje o symbolicznym znaczeniu były przedstawione z wyczuciem i subtelnie. Nie atakował nas z każdej strony sam Belzebub. Wzruszyłem się nawet odrobinę, podczas rozmowy Robina z Marion w jednej z ostatnich scen. Niestety za całość tylko 5/10.

sobota, 4 lutego 2012

Kowboje i obcy (2011)

Cowboys & Aliens (2011) – połączeni skrajnie różnych gatunków filmowych, zestawienie w jednym obrazie kowboi i kosmitów brzmi pysznie. Mniej smakowicie przedstawia się jednak scalenie owych nurtów z sobą w sposób zaprezentowany przez twórców filmu. To, że w pierwszych kilkunastu minutach wynudziłem się nie jest niczym nadzwyczajnym, lecz ziewanie podczas następn1ych kilkudziesięciu minut to już przesada. Ratuje się jedynie koniec, ostateczna rozgrywka i postacie obcych, wyglądające na nie skalane komputerem.
Akcja zaczyna się pośrodku pustynie. Faceta z amnezją zaczepia trzech drabów szybko dochodząc do wniosku, że samotny kowboj może być poszukiwany i sakiewki za niego można napełnić. Ten co to nie pamięta co jadł na śniadanie w ciągu kilku sekund likwiduje przeciwników i udaje się do najbliższego miasteczka w celu ustalenia szczegółów z swojej przeszłości. Gdy dociera do bliżej nie określonej mieściny, nowe ja, wrzuca go wir wydarzeń. Wieczorem jest już u szeryfa na garnuszku. I wtedy pojawiają się obcy.
Jak już nieraz wspominałem moja sympatia do aktorów wpływa na odbiór obrazu. Tutaj wielbiąc prezentowane gatunki miałem spory problem z obsadą. Daniel Craig nie potrafi wkupić się w moje łaski, Olivia Wilde nie powoduje zgięcia w kolanach z zachwytu, a i aktorsko mnie męczy. Światełkiem w tunelu był Harrison Ford. Nie przypomina swoją grą profesora Indiany, ale posiada przebłyski chęci pracy i kilka minut należało do niego. Wspomniana ostatnia scena, to godna podziwu sekwencja. właściwie dawkująca akcję nie wstydząc się przy tym brutalności. Początek i rozwinięcie miotają się pomiędzy niby to wesołym westernem, a miernym sci-fi. W moim odczuciu filmowi brakowało mroku, poważnego podejścia do problemu. Wiem, że moje podejście kłóci się z zaprezentowanym, ale gdyby tą ścieżką poszła fabuła pewnie los bohaterów byłby mi bliższy. 5/10

środa, 1 lutego 2012

Giganci ze stali (2011)

Real Steel (2011) – Charlie Kenton, skończył już z boksowaniem, ale ta kwadratowa arena nadal jest mu bliska. Z tą różnicą, że w szranki na ringu z przeciwnikiem staje robot. W 2020 to norma, ludziom znudziły się tradycyjne potyczki. Krew, pot i łzy zastąpił smar, zgrzytanie blachy i latające w powietrzy części zawodników. Ten dorosły mężczyzna porusza się w świecie nielegalnych walk i szemranych zakładów niczym dziecko na placu zabaw, czyny wyprzedzają myślenie. W ten ogromny chaos wpada jeszcze jedno zdarzenie. Pod swoje skrzydła, z przymusu i wielce niechętnie musi przygarnąć na czas wakacji 11 letniego syna.
Czy ten schematyczny z rażącymi po oczach banałami może się podobać? Czy gdy mój syn dorośnie do dwugodzinnych nie animowanych filmów, to chętnie zobaczę Gigantów ze stali ponownie? I czy w końcu można przyklasnąć dziełu bazującemu na najniższych emocjach, nie wstydzącemu się brnąć ścieżką przeoraną tak, że nie przypomina już szlaku komunikacyjnego? Tak!. Dlaczego? Ponieważ ta dmuchana przez cały seans bańka nie pęka nam pod koniec w twarz powodując bezwolny grymas. Staje się elementem dobrej zabawy angażując w nią całą rodzinę. Sceny gdzie dorosły widz zagryza zęby by się nie odezwać (o jakie to...) w gronie familijnym, występują z rzadka i trwają mniej niż mrugnięcie oka. Obraz ma ciekawą, dynamiczną ściekę dźwiękową, solidnie podkręcającą atmosferę i niejednemu zgredowi zeszkli oko, przypominając pierwsze podrygi Rocky'ego. Twórcy zafundowali widzowi nowoczesny film familijny angażując do niego walczące maszyny (pierwszorzędny wygląd i prezencja tych urządzeń zagłady) podpierając się tradycyjnymi środkami wyrazu. 7/10

sobota, 28 stycznia 2012

Geneza planety małp (2011)

Rise of the Planet of the Apes (2011) – może nie czarne, ale równie piękne co w przebrzmiałym hicie gwiazdy jednej piosenki. Pierwszy raz w historii kina i efektów specjalnych, spece od komputerów stworzyli cyfrowo wygenerowaną postać z żywymi oczami. Narząd wzroku do tej pory zawsze był najułomniejszą graficznie częścią tworzonej postaci. W oczach nie można było zaobserwować emocji, puste spojrzenie bez głębi psuło odbiór. Tutaj twórcy zbliżyli się do perfekcji w konstruowaniu bohatera za pomocą komputera.
Film w gruncie rzeczy opowiada o przyspieszonej ewolucji. Will Rodman (James Franco, chwilami jego gra wyglądała nazbyt drętwo), pracuje nad lekarstwem na Alzheimera, nad substancją regenerującą zniszczone komórki. W testach na zwierzętach okazuje się, że droga jaką obrali naukowcy jest słuszna. Kiedy już ma dojść do próby na ludziach, spotkanie zarządu firmy pracującej nad lekiem przerywa rozszalały szympans, przekreślając tym samym dalsze prace nad rewolucyjnym środkiem. Will, od tej pory pracuje na własną rękę. W domu ma dwa obiekty do obserwacji. Pierwszy z nich to ojciec, poddany działaniu leku, oraz naczelny imieniem Cezar, który dostał w prezencie od matki, udoskonalone geny.
Udany seans, choć miałem obawy, że historia może mnie nie porwać. Stało się jednak inaczej, szalejące małpy, rozwój Cezara prezentuje się w miarę logicznie i interesująco. Choć film nie ma aspiracji w sferze naukowej, podejmuje ciekawy dialog z widzem. Zadaje pytanie na ile można się posunąć w laboratorium, brutalnie obnaża cele wielkich korporacji, które mimo szczytnych celów w gruncie rzeczy chcą tylko zarobić. Reżyserowi udało się tak przedstawić społeczeństwo, że bez problemów widz, a przynajmniej ja, kibicowałem tym bardziej futrzastym ssakom. Film to dobrze zapowiadający się początek historii o zmianie warty na stanowisku dowodzenia, z niecierpliwością czekam na następną część. 7,5/10

środa, 25 stycznia 2012

Czarny Czwartek. Janek Wiśniewski padł (2011)

Czarny Czwartek. Janek Wiśniewski Padł (2011) – film opowiada wydarzenia z grudnia 1970 roku. Reżyser przybliża widzowi rodzinę jednego z zamordowanych robotników stoczni, gości u państwa Drywa na wigilijnej kolacji w rok poprzedzający tragiczne wydarzenia. Z tej krótkiej sceny dowiadujemy się, że rodzinę czeka rychła przeprowadzka do nowego mieszkania z którą pokładają nadzieje na lepszy byt. Sen o dobrobycie i spokojnym życiu brutalnie przerywa, radykalna podwyżka cen żywności, będąca początkiem zajść na ulicach Gdyni
Ocena filmu w tym konkretnym przypadku jest odrobinę skomplikowana. Obraz przedstawia wydarzenia, które zwykły obywatel odbiera jako bestialski atak na jednostkę i chyba w większości z widzów odzywają się pierwotne instynkty mogące przesłaniać rzetelną opinie na temat Czarnego Czwartku. Świadom tego, do pisania notatki zabrałem się gdy kurz już opadł, a wrzask skandujących robotników nie huczał w głowie.
Uradowany i to na samym początku byłem z obsady. Twórcy postawili w większości na nowe twarze i udało im się zebrać świetną ekipę. Marta Honzatko jako żona jednego z robotników stoczni miała okazje się wykazać i skorzystała z niej w pełni z szansy, jej rola to mocny akcent filmu. Michał Kowalski jako głowa rodziny Drywa, czy też ich współlokator Wojciech Termiszewski, znany z sceny kabaretowej, także dobrze wpisali się w obraz i prezentowane wydarzenia. A pytanie: „Busole ideologiczne Wam się rozregulowały towarzysze ?” z ust Piotra Fronczewskiego to istny majstersztyk, którego słuchanie za każdym razem dostarcza podobnych doznać estetycznych.
Twórcy filmu postawili w swojej pracy ukazać wydarzenia w sposób prawdziwy i rzetelny. Zachowania i reakcje władz czy też społeczeństwa wypadły autentycznie i dało się odczuć, że głównym zamiarem reżysera jest pokazanie prawdy o tym smutnym okresie w naszych dziejach, nie popadając przy tym w przesadę. Interesującym zabiegiem były wstawki z kronik filmowych, oddając w ten sposób jeszcze dosadniej atmosferę panującą na ulicach miasta. 8/10

sobota, 21 stycznia 2012

Drive (2011)

Drive (2011) – muzyczny motyw przewodni, piosenka „The Real Hero” rozbrzmiewa mi w głowie. Przed oczami wciąż migoczą obrazy darowane przez Nicolasa Windinga Refn. I gdy szok powoli opada, kiedy mogę w końcu napisać kilka słów nie będących kwestią wypowiedzianą przez Rona Perlmana na widok zdumiewającego samochodu - (polskie rymy do ów cytatu brzmiały by: musi, bak, na bakier – wyjaśnia kof), rzeknę: arcydzieło w każdym calu, w każdej minucie, w każdej zawieszonej sekundzie. Reżyser przydusił dwutlenkiem węgla, ogłuszył syntch popem, podpalił okoliczne lasy i kazał oglądać. Podczas seansu wskazówki zegara nie istniały, nie musiałem spoglądać wiedziałem, że ich tam nie ma.
Tytułowy bezimienny bohater ma talent do jazdy jak i samych samochodów. Jest kaskaderem, pracuje w warsztacie, a gdy uzna to za słuszne eliminuje przeciwników w sposób nie pozwalający im zadzwonić na policję. Dostaje angaż przy pewnym zadaniu. Pomaga mężowi sąsiadki wyjść na prostą i spłacić więzienne długi. Jego dobra wola prowokowana jest kiełkującym uczuciem do kobiety mieszkającej za ścianą.
Historia trzeba przyznać mało skomplikowana, gdzie próżno szukać twistów, efektów czy popisów aktorskich. Tutaj wszystko robione jest nieśpiesznie. Drive łamie zasady kina i prezentuje je w nowym świetle. Reżyser nie idzie utartą ścieżką, wydeptuje sobie nową. Obsadził w głównych rolach osoby fizycznie pasujące bardziej do komedii romantyczny, a nie jako postacie w thrillerze w jakikolwiek sposób by on nie był o miłości. Ryan Gosling oraz Carey Mulligan stworzyli wspaniały duet, który jak wszystko tutaj odstaje od przyjętych standardów. Twórca odszedł od banalnej seks bomby i głównego męskiego bohatera ociekającego testosteronem. Przedstawił widzowi uroczą aktorkę i jak mniemam aktora który także może się podobać. Brak nachalności i niepotrzebnego rozpraszania widza, czymś co nie służy historii,
Idąc dalej tym tropem, trzeba wspomnieć o sposobie kręcenia, o pracy kamery, która także, a bardziej jej operator miał czas by się nacieszyć chwilą. Dyrygent potrafił celebrować, rozczulać się nad jakąś konkretną sceną dłużej niż można by się tego spodziewać. Jednym to przeszkadzało, innym w tym mnie hipnotyzowało i dawało wiele radości. Przykładowo, ostatnie kilkanaście sekund filmu, to mnóstwo treści przy praktycznie zamarzniętym kadrze. Esencja całego obrazu, to scena z minimalistycznym gestem potrafiącym rozgrzać serce.
Na koniec słówko o muzyce, która jeszcze na długo będzie u mnie gościć. Większa część z ścieżki dźwiękowej to tzw syntch pop. Zastosowanie utworów tego typu było moim zdaniem ryzykowne. Ten rodzaj twórczości powinien mieć dobrą oprawę graficzną ilustrująca coś istotnego, inaczej sama muzyka wypadła tanio i nieszczerze. Udało się, obraz współgra idealnie z melodią, opiera się na niej tworząc niezniszczalny tandem. 9,5/10

środa, 18 stycznia 2012

Apollo 18 (2011)

Apollo 18 (2011) – oficjalnie, ostatnia amerykańska misja na księżyc była opatrzona numerem 17. Po jej zakończeniu NASA porzuciło program tłumacząc to względami finansowymi. Twórcy obrazu poszli dalej i wpadli na ciekawy pomysł. Na potrzeby scenariusza stworzyli Apollo 18, który wyleciał nieoficjalnie, by zbadać po raz kolejny ciało niebieskie. Początkowo astronauci wykonują rutynowe czynności i wszystko jest w należytym porządku. Akcja w niewinny sposób zaczyna się zmieniać gdy próbki zebranych skał bez pomocy załogantów wydostały się z opakowania w którym były wcześniej. Reszty nie będę opowiadał, film trwa tylko godzinę i szesnaście minut, i pomimo fali krytyki pod jego adresem, zachęcam poświęcić mu te kilka chwil.
Film Apollo 18 kręcony jest z ręki oraz kamerami wewnątrz statku kosmicznego. Nie ma praktycznie wcale statycznych ujęć. Co chwila zmienia się proporcje obrazu i jego jakość. Przez co oczy, mimo stosunkowo niedługiego czasu trwanie, potrafią się zmęczyć. Nic to, uczucie klaustrofobii, niepokoju i tajemnicy trzyma za gardło podczas całego seansu. Obraz jest tak skondensowany, że od pierwszych minut można się w niego wgłębić, przeżyć przygodę i pogratulować twórcom, że za małe pieniądze dokonali rzeczy dobrej. Nikt nie bawi się w techniczne szczegóły, stosunki polityczne między dwoma mocarstwami (akcja umiejscowiona jest w latach kiedy między USA a Związkiem Radzieckim panowały chłodne relacje) także nie stanowią głównego wątku. Fabułą skupia się na ludziach z misją do wykonania, w miejscu niedostępnym dla przeciętnego człowieka, gdzie wszystko musi iść zgodnie z planem, inaczej pasztet murowany. Zapraszam na wyprawę w nieznane. 7/10